Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Żanna Słoniowska: Dom z witrażem z Nagrodą Conrada (wywiad)

Żanna Słoniowska: Dom z witrażem z Nagrodą Conrada (wywiad)

Przez pięć lat pisałam tekst, na który nikt nie czekał – mówi Żanna Słoniowska, tegoroczna laureatka Nagrody Conrada za „Dom z witrażem”

Żanna Słoniowska

Żanna Słoniowska zadebiutowała książką „Dom z witrażem” i od razu odniosła sukces (fot. materiały prasowe)

Jedna siedzi w brzuchu drugiej, nie do końca wiadomo, która w której, wiadomo tylko, która żyje, a która już nie, jesteśmy jak matrioszki przeszyte jednym strzałem na wylot – Żanna Słoniowska pisze o lwowiankach tak, że każda z nas odnajduje część siebie w tej osobliwej układance życiorysów. Za książkę „Dom z witrażem” zebrała już wiele nagród, była m.in. nominowana do Nagrody Literackiej „Nike” 2016, a 30 października 2016 roku otrzymała Nagrodę Conrada na Festiwalu Conrada w Krakowie

Żanna Słoniowska

Żanna Słoniowska zadebiutowała książką „Dom z witrażem” i od razu odniosła sukces (fot. materiały prasowe)

Miasto Kobiet: Napisałaś książkę, która budzi emocje, zwłaszcza w warstwie politycznej, ale ja wolę porozmawiać z tobą o kobietach. Mam wrażenie, że one najbardziej cię fascynują, zwłaszcza Prababka.

Żanna Słoniowska: Oj!, na pewno. Spotykałam w życiu potworne stare kobiety, jednocześnie fascynujące jako osobowości. Na tyle okropne dla swoich najbliższych, że zadawałam sobie pytanie, kiedy i dlaczego stały się potworami. W przypadku Prababki istotne jest, że ukształtowało ją poczucie niespełnienia – marzyła o karierze śpiewaczki operowej. Tego dowiadujemy się po jej śmierci. Być może, gdyby dane jej było śpiewać na scenie, nie stałaby się monstrum. To tylko jeden z tropów, bo nie mam odpowiedzi na to pytanie.

Jej córka Aba choruje na reumatoidalne zapalenie stawów. Ta choroba jest symboliczna. Chodzi o poczucie bycia wykorzystaną?

Żanna Słoniowska: Tak. Jej choroba symbolizuje unieruchomienie. Aba nigdy się nie uwolniła od matki, ponieważ matka do końca wypominała jej poświęcenie z czasów wojny: głód, oddawanie ostatniej porcji chleba. Myślę jednak, że mimo tego okrutnego szantażu dla Aby najgorsza, traumatyczna wręcz była świadomość, że matka jej nie kocha, że nie doznaje z jej strony czułości i bliskości. Ona cały czas żywi się okruszkami tej miłości, którą jej matka daje kochankom. Oczywiście, że Aba była ofiarą, ma nawet psychologiczne cechy ofiary. Ale mogła być ofiarą wyłącznie sfrustrowaną i zgorzkniałą, a ona potrafiła zostawić sobie obszar twórczości, miłości i dobra, rozwijać się (w odróżnieniu od swojej matki, która zatruwała wszystkich dookoła). Kiedyś była wziętą lekarką, ale już jest na emeryturze. Nie zostało jej nic oprócz wspomnień i tego malowania od czasu do czasu. To jedyny obszar jej wolności.

Sztuka była ważna, o ile nie najważniejsza w życiu twoich bohaterek. W tej rodzinie artystek rodzi się jednak dziewczynka, która nie ma słuchu, tak jakby była głucha na coś. To też jest symboliczne. Córka Marianny nie umie docenić jej talentu?

Żanna Słoniowska: Niekoniecznie. Jest wrażliwą dziewczyną i potrafi wszystko docenić. Jest to rodzaj gry, przyjętej roli. Opera, śpiew, sztuka to świat, do którego ona nie ma dostępu, to świat jej matki, więc ona demonstruje: „Ja przecież nie chcę mieć z tym światem nic wspólnego, on mi zabiera matkę”. A po drugie, to może być próba ucieczki od przekleństwa dziedzicznego talentu, bo tragedia trudnego wyboru – być albo nie być artystką – powtórzyłaby się po raz trzeci w tej rodzinie.

Tym bardziej że w przypadku Marianny śpiewanie nie wystarcza. Znamienne jest, że kiedy angażuje się w walkę, traci głos.

Żanna Słoniowska: Tak, to było dla mnie bardzo ważne, bo dużo nad tym rozmyślałam: czy można połączyć sztukę i walkę z reżimem, czy można być rewolucjonistą i pozostawać artystą. Wydaje mi się, że nie, że to się sprawdza tylko przez chwilę. A Marianna jest za długo zaangażowana w te sprawy i musi dokonać wyboru. Porzuca sztukę, dlatego umiera.

Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ta rodzina jest jak grupa Laokoona, w wężowych splotach.

Żanna Słoniowska: Jest nawet termin „rodzina splątana”, która żyje ze sobą za blisko. Związek Radziecki generował takie rodziny. Sprzyjała temu „kwestia mieszkaniowa”. Ludzie kochali się i nienawidzili na niewielkim metrażu, byli skazani na siebie. Nie mogli się oddzielić, gdy tego potrzebowali. Niemożliwe było urządzenie codziennych spraw w satysfakcjonujący sposób, żeby np. czerpać przyjemność z posiłków, prostych czynności. Człowiek w Związku Radzieckim był skazany na to, co dostał, na takie warunki mieszkaniowe, jakie dało państwo. Szczytem szczęścia miał być fakt, że nie ma wojny. Dlatego ludzie ignorowali teraźniejszość, unikali jej. Dlatego moje bohaterki uciekają w sztukę.

Ale ona i tak nie daje im szczęścia.

Żanna Słoniowska: Myślę, że ta książka ukazuje różne sposoby, próby wyrwania się z tego nieszczęścia, samotności, ciasnoty. W przypadku Prababki byli to kolejni kochankowie, a potem kościół. Aba miała malarstwo… Marianna poświęciła się sztuce, a potem działalności politycznej i walce. Główna bohaterka obserwuje te próby. Nie wiem, mam nadzieję, że nie wszystkie kończą się fiaskiem i że nie zostawia to poczucia wielkiego nieszczęścia. Ktoś mi mówił, że w mojej książce dominują bardzo mroczne klimaty… Chciałam jednak, żeby była w niej jakaś nadzieja.

Muszę zapytać o witraż, bo tytuł książki sugeruje, że kamienica jest bohaterką równie ważną co jej mieszkanki.

Żanna Słoniowska: Znam ten witraż, odkąd skończyłam 16 lat. Odgrywa w moim życiu bardzo ważną rolę. Kiedy jeszcze mieszkałam na Ukrainie, debiutowałam w telewizji programem o tym właśnie secesyjnym zabytku. Dzięki niemu nawet dostałam etat. Potem byłam zaangażowana w ratowanie witraża, w próby znalezienia pieniędzy… To jest Lwów, momentami nic nie da się zrobić. Pomyślałam, że skoro tak, mogę jedynie opisać go w książce. I wewnętrznie pozwoliłam mu na niszczenie, bo nie mogłam tego znieść, tej bezsilności, że on się na naszych oczach rozpada i nikomu to nie przeszkadza. I tu pojawia się wątek „mistyczny”, bo kiedy skończyłam książkę i po wielu korektach oddałam ją do druku, dostałam wiadomość, że witraż został usunięty z kamienicy i zabrany do konserwacji.

We Lwowie ten witraż jest podziwiany, ale z drugiej strony funkcjonuje tylko w prywatnym obiegu dla wybrańców. Jak to możliwe?

Żanna Słoniowska: To nie jest zabytek tej klasy co ratusz i katedra łacińska, obok których nie można przejść obojętnie, ale nie jest to też rzecz mało wartościowa. To zabytek średniej rangi, taka ziemia niczyja. Ale dla niektórych ludzi to jest probierz poziomu kultury miasta – jak się traktuje tego typu zabytki. Ukraina jest państwem w budowie. W latach 90. było tak samo. Twórczy chaos, momentami bardzo frustrujący. A do tego dochodzi jeszcze problem: nasze czy nie nasze. Polska spuścizna, austriacka spuścizna, „miejscowi”, Rosjanie… I witraż jest ofiarą całej tej sytuacji. Nikt nie uważa go za swój, poza grupą wtajemniczonych, którzy się wokół niego jednoczą, ale naprawdę nic nie mogą zrobić, są bezradni. Ja i grupa moich przyjaciół tak właśnie czuliśmy się w latach 90. we Lwowie. I byliśmy bardzo miejscowi. To było nasze.

I tu dochodzimy do kwestii „narodowości lwowskiej”. Czy to jest pojęcie funkcjonujące w świadomości lwowian?

Żanna Słoniowska: Głównych bohaterów wymyśliłam, ale bardzo zależało mi na tym, żeby w tle wprowadzić znane postaci z historii Lwowa. I dlatego mamy Czornowiła (do którego w rzeczywistości nikt nie strzelał i którego nikt własną piersią nie zasłaniał), mamy Salomeę Kruszelnicką i Walerego Bortiakowa. Każdy z nich ma ciekawą historię. Bortiakow był reżyserem Teatru Polskiego we Lwowie. Ten Rosjanin urodzony na Syberii przyjechał jako dziecko do Lwowa i zaakceptował go jako swoje miasto. A kulturę polską i ukraińską uznał za absolutnie swoją kulturę. I to on stworzył ten termin, „narodowość lwowska”, prawdopodobnie na swój użytek. Zestawiam tę postać z Rosjanami okupantami, których opisuję na imprezie u wujka. Pokazuję, że tożsamość nie zależy od narodowości, tylko od stosunku do tej ziemi, na której nam przyszło żyć. Bortiakow jest bardziej „swój” niż niejeden autochton w piętnastym pokoleniu – Polak czy Ukrainiec. Ponieważ Lwów jest pograniczem kultury, rodzi silną tożsamość – to jest kwestia genius loci.

Przy okazji książki Ziemowita Szczerka Przyjdzie Mordor i nas zje wywiązała się dyskusja o tym, po co Polacy wyjeżdżają na Ukrainę. Czy wyobrażałaś sobie wycieczki śladami twojego Lwowa?

Żanna Słoniowska: Za parę miesięcy moja książka ukaże się na Ukrainie. Mój wydawca – dobre, duże, prężne wydawnictwo nagradzane w Bolonii za elitarne wydania książek dla dzieci – mówił mi, że sprzedają książki w miejscach nietypowych, np. w sklepikach z pamiątkami. Bo mamy zapaść rynku księgarskiego. I pomyślałam sobie: „Moja książka jako suwenir? Czemu nie?”. Myślałam też o mapie dołączonej do książki. Może kiedyś? Jeśli witraż wróci i będzie przypominał siebie sprzed lat.

Rozmawiała Łucja Kucia

O książce Dom z witrażem i Nagrodzie Conrada

Żanna Słoniowska, autorka debiutanckiej powieści „Dom z witrażem” (wydawnictwo: Znak Literanova), została ogłoszona laureatką Nagrody Conrada za najlepszy debiut literacki 2015 roku. Zwycięską książkę wybrali internauci, którzy do północy 29 października głosowali na pięć nominowanych debiutów. Uroczyste wręczenie statuetki odbyło się 30 października 2016 na Gali Nagrody w Centrum Kongresowym ICE Kraków. Oprócz statuetki zwyciężczyni otrzymała nagrodę pieniężną w wysokości 30 tysięcy złotych, możliwość odbycia miesięcznego pobytu rezydencjalnego w Krakowie oraz promocję podczas przyszłorocznego Festiwalu Conrada oraz na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Niedzielna gala zakończyła 8. Festiwal Conrada.

Dom z witrażem

„Dom z witrażem” to czteropokoleniowa saga rodzinna, której opowieści o polskiej i ukraińskiej historii splatają się ze sobą na poziomie osobistych wyborów, losów poszczególnych bohaterów.

Urodzona w 1978 roku dziennikarka, tłumaczka i pisarka jest Ukrainką z polskimi korzeniami. Od lat mieszka w Krakowie. Znawczyni historii Lwowa, autorka albumu „Przedwojenny Lwów. Najpiękniejsze fotografie” (2013). Żanna Słoniowska została laureatką zorganizowanego przez „Znak” w 2014 roku konkursu na najlepszą powieść za projekt „Dom z witrażem” – nagrodą było wydanie powieści. Pisarka została również nominowana do Nagrody Literackiej „Nike” 2016.
„Każdy człowiek szuka bezpieczeństwa, ale dla mnie osobiście pisanie tej książki było wbrew tej ludzkiej, podstawowej potrzebie. Przez pięć lat to była kwestia wiary. Pisałam tekst, na który nikt nie czekał, pisałam w rodzinnym języku, rzuciłam nawet moją pracę. Jednak światy, które w zamian odkryłam przerosły moje najśmielsze oczekiwania”. – mówiła na scenie Żanna Słoniowska.
„Dom z witrażem” to opowieść o relacji między młodą kobietą i dojrzałym mężczyzną, o poszukiwaniu i określaniu własnej tożsamości, z łuszczącymi się fasadami i wybrzuszonymi balkonami lwowskich kamienic w tle. To czteropokoleniowa saga rodzinna, której opowieści o polskiej i ukraińskiej historii splatają się ze sobą na poziomie osobistych wyborów, losów poszczególnych bohaterów. „Jestem narodowości lwowskiej” – oświadcza Mikołaj, jedyna męska postać w klanie kobiet, z których każda doświadczyła życia w innej epoce.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach