Sunday, July 5, 2020
Home / Kultura  / Recenzje  / Za stara na Snapchata

Za stara na Snapchata

Czyli o zacieraniu się granic między życiem wirtualnym a tu i teraz.

Ten moment, kiedy smartfon staje się przedłużeniem twojej ręki / fot. Fotolia

Zaczęło się od Snapchata. Nie w social media, ale w mojej głowie. Usłyszałam, że jestem za stara na Snapchata. Pomijam z góry kłopotliwą kwestię wieku i uprzejmości mojego rozmówcy i skupiam się na drugim członie komunikatu. Snapchat. Nowe dziecko społecznego digitalu – co to jest?

Ten moment, kiedy smartfon staje się przedłużeniem twojej ręki / fot. Fotolia

Ten moment, kiedy smartfon staje się przedłużeniem twojej ręki / fot. Fotolia

Snapchat to jeden z młodszych aktorów dzisiejszej sceny social mediów. Powstały niecałe cztery lata temu, zdążył już pozyskać ponad 100 milionów użytkowników, co jest wynikiem imponującym, nawet przy 1,5-miliardowej grupie użytkowników Facebooka. Mark Zuckerberg (twórca Facebooka) próbował już Snapchata wykupić, prawdopodobnie widząc przyszłość w zastosowanych w nim rozwiązaniach. To zrozumiałe, bo aż 60 proc. użytkowników Snapchata to osoby poniżej 25. roku życia. W przypadku Facebooka osoby do trzydziestki to zaledwie 35 proc. użytkowników. Wszystko się zatem zgadza: rzeczywiście nie mieszczę się w dominujących widełkach wieku – Snapchat to komunikator dla najmłodszych. Dla generacji Z.

Generacja Z to ciut młodsi koledzy millenialsów. My, millenialsi, pamiętamy zabawę na podwórku bez komórek, a na półkach mamy drukowane encyklopedie PWN, które dostaliśmy na komunię. „Zeci” są – jak pokolenie Y – otwarci, wychowani w dobrobycie i przekonani o swojej wyjątkowości, z tym że bardziej… zsieciowani.

Dzieci z sieci

O najmłodszych mówi się też digital natives. Czyli rdzennie internetowi. To pokolenie, dla którego internet nie jest kolejnym etapem technologicznego rozwoju. To generacja urodzona już w czasach sieciowego rozkwitu, która częściej rozmawia z dziadkami na Skypie niż przy stole. Nie zna świata bez internetu, intuicyjnie więc obsługuje urządzenia mobilne. Już kilkulatki niejednokrotnie są sprawniejszymi internautami niż ich rodzice. Kilkanaście miesięcy temu świat obiegł filmik z dwulatką, która nie rozumiała, że strony drukowanej gazety przekłada się inaczej niż tej czytanej na tablecie.

W swoim socialmediowym dochodzeniu docieram do artykułu Marca Prensky’ego Digital natives, digital immigrants (Sieciowi z urodzenia, imigranci w sieci) i wiem już, że ludzie „urodzeni w sieci” myślą inaczej. To, co tam znajdują, jest dla nich jak najbardziej prawdziwe, dlatego system edukacji i rynek pracy będą musiały się zreformować. Digital native’om zarzuca się, że uciekają od „prawdziwego życia” w stronę tego wirtualnego. Ale dla ludzi wychowanych w sieci to, co wydarza się online, nie jest mniej prawdziwe od tego, co dzieje się na ulicy, w szkole czy sklepie. Emocje, które tam powstają, tym bardziej. Nauczeni jednak, że w sieci więcej wolno, nie zawsze mają zrozumienie dla emocji „realnych” i konsekwencji świata wirtualnego w tym „prawdziwym”. Nie do końca zdają sobie sprawę, że nie wszystko powinno się filmować i potem wrzucać do internetu. I że nie zawsze można użyć guzika „wstecz”.

Suby dla tych z internetu

Internet to dziś najważniejsze forum wymiany myśli, budowania pozycji towarzyskiej i pozyskiwania wiedzy. Kilka miesięcy temu w programie Kuby Wojewódzkiego gościli Abstrachuje – autorzy jednego z najpopularniejszych kanałów youtube’owych w Polsce. Noszą dumnie koszulki głoszące „jestem z internetu”, deklarując, że telewizję znają głównie z opowieści rodziców. Już dzisiejsi trzydziestolatkowie rzadko umieszczają telewizor na liście pierwszych poważnych zakupów, a młodsze roczniki bez bólu oglądają TV tylko podczas świątecznych obiadów.

Vlogi to dziś najmodniejszy sposób na budowanie popularności w tzw. internetach. Już nawet tradycyjne blogi są passé. Bo to za dużo pisania, a na pewno za dużo czytania. Co innego vlog – kilkuminutowy filmik pełen żartów i zabawnych gagów, który w skondensowanej i przystępnej, potocznej formie opowiada o danym temacie, ale i przybliża postać samego autora. Autora, który się przejęzycza, nie mądrzy i jest taki jak jego odbiorca. To youtuberzy (zarówno ci z milionowymi odsłonami, jak i ci mało popularni) pełnią obecnie rolę społecznych komentatorów i autorytetów. O czym chcielibyście posłuchać? O lekturach szkolnych? (mietczyński) O kinie i popkulturze? (Hasztag Warsztat) O samych sobie? (Abstrachuje, Szparagi) To ich słuchają wasze dzieci, wyrażając poparcie „subami”, czyli subskrypcjami kanałów.

Nic na serio

fot. Fotolia

fot. Fotolia

Ten wyraźny zwrot ze słowa w stronę obrazu doskonale wyczuli twórcy Snapchata. Tu się nie pisze, tu się snapuje. Jak się szybko orientuję po ściągnięciu aplikacji – wysyła się kilkudziesięciosekundowe filmiki (lub zdjęcia), czasem z podpisem, okraszone zabawną animacją lub z dorysowaną grafiką. Podobnie jak na Instagramie tekst bywa służebny względem obrazu – może go wyjaśniać, pozycjonować, rzadko jednak występuje bez niego. Na Snapie każda z wysłanych do znajomych wiadomości ma swój „czas egzystencji” i ustaloną ilość odtworzeń. Co to oznacza? Że filmik zniknie. W przeciwieństwie do innych portali społecznościowych, gdzie wszystkie posty są przechowywane i wyświetlają się na profilach. Nietrudno się więc domyślić, że snapchatowa nietrwałość rozluźnia kryteria tego, co chcielibyśmy pokazać innym. Skoro to tylko na chwilę, to chyba można pokazać więcej?

Tworzenie roznegliżowanych snapów jednak sobie podarowałam, ale fascynuje mnie obecny tu zwrot z „publicznego” na „prywatne”: brakuje mi sfery publicznej, walla, na którym wszyscy się spotykają. Zamiast więc wirtualnego rynku lub targowiska jest głównie komunikacja intymna. Komunikacja, w której za każdym razem określam odbiorców, do których mówię. To zamknięcie na wspólną (choćby i wirtualną) rzeczywistość i koncentracja na wiadomościach ściśle prywatnych to jednak średni budulec postaw prowspólnotowych…

Konwergencje rzeczywistości

Snapchat to hit dzisiejszych apek. Ale za kilka lub kilkanaście miesięcy pojawi się nowa, jeszcze ciekawsza platforma. Czym nas zaskoczy? Zobaczymy, ale pewne jest to, że tożsamość jest dziś już równoległa – fizyczna i wirtualna. Internetowy avatar, czyli online’owy wizerunek jest przedłużeniem tożsamości, która wychodzi poza „ja” cielesne, namacalność przestaje być kryterium statusu i wagi danej sprawy. Odmowa funkcjonowania w świecie wirtualnym nie jest już niczym chwalebnym, lecz prowadzi do społecznego wykluczenia, a na pewno niewiedzy. Media się mieszają i zmuszają do współuczestnictwa w wielu kanałach, czy tego chcemy czy nie.

A ja? Niedługi test Snapchata pokazał, że fajna aplikacja to za mało, bo… nie mam z kim snapować. To chyba ostateczny dowód na to, że zbliżam się do granic socialmediowej emerytury. Znajomy, o którym wspomniałam na początku, mógł mieć rację. Pamiętam w końcu Gadu-Gadu, Myspace i początki fejsa, ale mimo to mam insta, bloga i czasem twittuję. Trochę jednak jestem z internetu. A ty, skąd jesteś?

Krótki przewodnik po social media:
Blogger, wordpress – dla niespełnionych pisarzy i autorów rękodzieła
Facebook – przypomina niedzielny obiad z całą rodziną
Google + – miał być drugim Facebookiem. Nie wyszło
Instagram – zdjęcia stóp i jedzenia
Tinder – szybki seks?
Twitter – polityka i linki do ambitnej prasy…
Gadu-Gadu – jeżeli jeszcze z tego korzystasz, to jesteś ostatnim żywym dinozaurem

Anna Petelenz

Oceń artykuł
1KOMENTARZ

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach