Tuesday, August 9, 2022
Home / Inne  / Yellow dog azjatycki smak!

Yellow dog azjatycki smak!

Jeżeli kiedykolwiek pomyślicie o tym, by spróbować kuchni azjatyckiej to TO jest miejscem, w którym będziecie mogli posmakować jej doskonałości. Jeżeli chcecie doświadczyć namaszczenia kulinarnego to TO miejsce niewątpliwie jest dla Was. Jeżeli wszystko inne

Yellow Dog / fot. abitetoeat.pl

Yellow Dog / fot. abitetoeat.pl

Jeżeli kiedykolwiek pomyślicie o tym, by spróbować kuchni azjatyckiej to TO jest miejscem, w którym będziecie mogli posmakować jej doskonałości. Jeżeli chcecie doświadczyć namaszczenia kulinarnego to TO miejsce niewątpliwie jest dla Was. Jeżeli wszystko inne w Krakowie Was znudziło i szukacie dosłownie smakowego wystrzelania Was po pysku, to TO miejsce nadaje się do tego najlepiej. Miejscem tym jest Yellow Dog.

Yellow Dog / fot. abitetoeat.pl

Yellow Dog / fot. abitetoeat.pl

Położone na ulicy Krupniczej odstaje od krakowskich lokali. Duża, przeszklona witryna uchyla rąbka tajemnicy i przyciąga nietuzinkowym wnętrzem. Ściana z cegieł, szarości i drewno. Przestrzeń, która od razu skojarzyła mi się z londyńskimi, azjatyckimi knajpkami. Mają one to do siebie, że są bardzo estetyczne, proste w formie i skupiają całą Twoją uwagę na jedzeniu. A moja uwaga skupiła się na nim całkowicie, bo chłonęłam każdy składnik otwierając coraz szerzej oczy. I z Wami będzie podobnie.

Zacznijmy od karty. Pozycji w niej jest w sam raz, zmieniana jest raz na jakiś czas i jak niewiele miejsc w Krakowie, jest totalnie w klimacie Slow Food. Mnie zafascynował fakt, że warzywa podawane w Yellow Dog-u uprawiane są na podmiejskiej ziemi rolnej. Tak, też mnie ogarnęło zdziwienie, bo jak kapusta chińska POK CHOY (zwana też BOK CHOY) może rosnąć w podkrakowskich Liszkach. A Kai lan, liscie laksy, shiso zielone, perillę, tajska bazylia, liście batatów, rukiew wodna, rukiew ogrodowa, musztardowce, wilec wodny? Da się. Wymaga to wizyty w Singapurze i zaangażowania Krakowskiej Akademii Rolniczej, ale przede wszystkim miłości do tej kuchni. A tego tam nie brakuje. Właścicielami jest małżeństwo, które jak nieliczni krakowscy restauratorzy – pracują w swoim lokalu od rana do wieczora. On Singapurczyk jest kucharzem. Jego żona Luiza to Polka, zarządza tym miejscem na co dzień. Ich rodzinny dom znajduje się w Londynie. Dlaczego to jest ważne? Bo w każdym centymetrze, w każdej podanej misce, talerzu, przygotowanym menu czy napoju widać ich pasję do dzielenia się z ludźmi czymś, co stało się dla nich życiem. I cieszę się, że przenieśli to życie do Krakowa.

Yellow Dog / fot. abitetoeat.pl

Yellow Dog / fot. abitetoeat.pl

Przejdźmy jednak do meritum, czyli menu. Co możecie znaleźć w karcie? Hmmm, opowiem Wam co ja spróbowałam. Swoją przygodę z tą kuchnią rozpoczęłam od POK CHOY z WOKA (16 zł). Wyczytałam w menu, które zawiera przypisy, że pomimo tego, iż warzywo to zostało przywiezione w XIX wieku przez Europejczyków, to nadal jest bardzo rzadko wykorzystywane w kuchni. Jest mięsiste i ma dominujący smak. Zachwycił mnie również YEE SANG (15 zł) – tradycyjna sałatka serwowana podczas Chińskiego Nowego Roku (Idealna pora!), na którą składały się: łosoś, ogórek, orzeszki, daikon, sezam, kolendra, buraki, marynowany imbir, biała rzodkiew i tajemniczy dresing Yellow Doga. Podobno dobrze wymieszana ma przynieść szczęście i pomyślność. Jest lekko słodkawa, chrupiąca i jak nie przepadam za sałatkami – na pewno zjem ją ponownie. Po tak ciekawym wstępnie wybór padł na mięsną przystawkę SATAY Z KURCZAKA (17 zł), które jest robione na podobieństwo sławnego satay-a z Klubu Satay w Singapurze. Wierzę, że tak jest ale na zdjęciu możecie zobaczyć tylko sos orzechowy podawany do tego dania, ponieważ nie zdążyłam cyknąć foty zanim spałaszowałam sataye. Zapomniałam się na chwilę. Ze zdziwieniem zjadłam też NEM (10 zł) – lekkie rolki ryżowe potocznie znane jako sajgonki z tą różnicą, że w Yellow Dogu nigdy nie są smażone! Jedliście kiedyś surowy papier ryżowy z nadzieniem składającym się z krewetki, sałaty, kolendry, makaronu ryżowego, marchewki, prażonej szalotki, chili i sosów? Warto spróbować bo z typowymi, znanymi nam sajgonkami nie ma to nic wspólnego.

Yellow Dog / fot. abitetoeat.pl

Yellow Dog / fot. abitetoeat.pl

Po takim wstępie przyszedł czas na zupy. Nie mogę się zdecydować czy lepsza była ZUPA CURRY Z RYBĄ czy ZUPA POMIDOROWO – KOKOSOWA (12 zł). Obie ostre, o wyrazistym smaku, pełne niedopowiedzeń. Moim faworytem chyba jednak jest Curry z dużymi mięciutkimi kawałkami ryby. Drugą ciekawostką jaką Was zaskoczę – jeżeli już otrząsnęliście się z faktu uprawy egzotycznych warzyw w Liszkach – jest fakt, że w kuchni Yellow Doga nie używa się soli. Komponuje się tak przyprawy ze sobą, że nie jest ona potrzeba i mimo tego, że ja bez soli obejść się nie potrafię, nie odczułam jej braku w ogóle!! Nie znajdziecie jej na stołach, nie znajdziecie jej w kuchni i w daniach.

Zjedliście już ze mną przystawki i zupy, przejdźmy do dań głównych. Szybko zniknęły NALEŚNICZKI Z KACZKĄ (18 zł). Jak donosi menu, tradycyjnie, w Pekinie kaczki pieczone są w ceglanych piecach opalanych drewnem śliwkowym lub z gruszy. Czy Was nos po przeczytaniu takiego opisu czuje ten aromat? Bo mój tak i wysyła sygnał do ślinianek, które nie mogą się opanować! „Zażywanie jagód goji uczyni twe życie wzniosłym jak niebo i ziemia” – fragment legendy z okresu Dynastii Tang zapowiada danie pod nazwą POLICZKI WOŁOWE HOSIN (32 zł). Najdelikatniejsze mięso tak rzadko spotykane w Polsce, importowane przez nasz kraj do najlepszych restauracji na świecie faktycznie czyni życie wzniosłym. Na pewno to kulinarne. Duszone policzki wołowe, liście musztardowca, kolcowój chiński i słodki tajemniczy sos – wchłonęłam tak szybko, jak szybka jest obsługa w YD – w całe 7 minut.

Najedzona po takiej uczcie nie mogłam odmówić sobie deseru. Dlaczego? Bo nigdy w życiu nie jadłam SERNIKA Z ZIELONEJ HERBATY Z DOMOWYM SOSEM Z HIBISKUSA (15 zł) oraz TARTY MISO (12 zł). Tak, wiem MISO kojarzy Wam się z zupą. Tu podane jest na słodko i ma puszystą konsystencję. Jeżeli musicie zdecydować się na jedno to sugeruje sernik. Nie, w sumie tartę. Nie, sernik. Aaaa weźcie najlepiej oba desery, jak nie zjecie to zapakują Wam na wynos. Pewnie na koniec tego kulinarnego poematu zapytacie mnie o historię nazwy tej restauracji? Wiem, ale nie powiem. Idźcie sami i zapytajcie Luizę. Poznacie wtedy historię tego miejsca i zrozumiecie, dlaczego tak bardzo warto pisać o takich lokalach, jeść w nich i wracać po więcej.

Dodatkowe udogodnienia:

– wina do dań dobiera sommelier

– w menu znajdziecie pozycje specjalnie skomponowane dla dzieci

– mini strefa zabaw dla dzieci w postaci kuchni

***

O Ani:

Uważa jedzenie za magię, a jego powstawanie – za czarowanie. Lubi wszystkie kuchnie świata, nawet ekstremalne. Eksperymentuje, dośiwadcza i dzieli się swoją pasją z czytelnikami swojego bloga www.abitetoeat.pl Zwyciężczyni pierwszej edycji „Ugotowani” w TVN. Subiektywnie opowiada o poznanych miejscach, smakach serwując swoje wariacje na temat jedzenia.

O blogu:

A bite to eat czyli „coś do jedzenia” to blog kulinarny mojej pasji – gotowania. Znajdziecie tu różne kulinarne wyzwania, przepisy moje i zapożyczone, pomysły i wariactwa, opowieści o kulinarnych podróżach, recenzje odwiedzanych przeze mnie miejsc. Chcę by „A bite to eat” było dla Was inspiracją do codziennego gotowania.

abitetoeat.plZapraszamy na: www.abitetoeat.pl

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ