Saturday, May 8, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Tomasz Schimscheiner obnażony

Tomasz Schimscheiner obnażony

Tomasz Schimscheiner opowiedział nam o zakochiwaniu się na scenie, męskich kompleksach, kryzysie wieku średniego i poszukiwaniu tożsamości. Więcej, niż sam się spodziewał.

Ci, którzy go kochają, mówią, że fantastyczny aktor, kumpel, przyjaciel. Ci z przeciwnego bieguna, że zapatrzony w siebie i trudny we współpracy. Jaki jest naprawdę? On sam nie wie i nie ufa tym, którzy wiedzą wszystko. Na pewno potrafi mówić godzinami. Nam opowiedział o zakochiwaniu się na scenie, męskich kompleksach, kryzysie wieku średniego i poszukiwaniu tożsamości. Więcej, niż sam się spodziewał. Rozmawia Aneta Pondo, zdjęcia: Jacek Ura

tomasz_schimscheiner2

Wiem, że dużo umiem na scenie. To jedyna rzecz, która mnie jakoś trzyma. Uciekam z domu do pracy, choć wiem, że bez tego domu mi słabo. / fot. Jacek Ura

Miasto Kobiet: Na kilka dni przed spektaklem „Miód albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem”, dowiedziałam się, że nie ma już biletów. Czy to znaczy, że w Krakowie chodzi się do teatru na Schimscheinera?
Tomasz Schimscheiner: Tytuł sztuki, z małym skandalem w postaci „bzykania”, na pewno przyciąga. To zabieg komercyjny. A czy się chodzi na Schimscheinera? Nie wiem. Jeśli tak, jest to dla dyrektora mojego teatru fantastyczna wskazówka, a dla mnie informacja, że moje nazwisko jest marką. Ale nie chciałbym zejść na próżność w tej rozmowie.

Miasto Kobiet: Dlaczego?
Tomasz Schimscheiner:  Moim zawodem jest wychodzenie na scenę i zabawianie ludzi w taki lub inny sposób, wskazywanie im nowych dróg, rozwijanie ich wrażliwości. Jakie znaczenie ma to, co wypowiadam prywatnie? I nie o skromność chodzi, bo znam swoją wartość, ale o plotki i szufladki. Przez całe lata grałem w serialu „Na Wspólnej” i wiem, że producenci, którzy kompletują obsady do nowych rzeczy, mają już swoją strukturę Tomka Schimscheinera, zbudowaną na podstawie tego serialu i postaci, którą tam zagrałem. A mogę przecież zbudować tyle innych ról. Podobnie z wywiadem. Ktoś go przeczyta i na jego podstawie zbuduje o Schimscheinerze pogląd, który może się kompletnie rozmijać z tym, jaki jestem.

Miasto Kobiet: Jaki więc jesteś? Czy Ty sam znasz na to pytanie odpowiedź?
Tomasz Schimscheiner:  Nie, skąd. Ja tego szukam cały czas. A skoro ja szukam, to co dopiero ktoś, kto o mnie przeczyta. Tego Schimscheinera nie mogę złapać jeszcze za pięty, a co dopiero twardo stanąć na nogach.

Miasto Kobiet: Może jest rola, w której czujesz, że jesteś całym sobą?
Tomasz Schimscheiner:  A może jestem aktorem, bo mam szansę być każdym po trochu? W Teatrze Stu, w „Kogucie w rosole” gram cwaniaka, twardego gościa, który wie, czego chce, i zrobi wszystko, żeby dopiąć celu, a parę dni później w „O psychiatrach, psychologiach i innych psycholach” faceta cierpiącego na parafazję, który idzie do psychologa i jest kompletnie pogubiony. A potem jadę do Wrocławia i w „Rewizorze. Według Bobczyńskiego” jestem człowiekiem całym utkanym ze strachu. Trzy różne postaci. Mam szansę być każdą z nich przez parę godzin. I jestem nimi na sto procent. Czy to jest Tomek Schimscheiner? Jest to rodzaj ucieczki od odpowiedzi na pytanie, kim jestem w rzeczywistości.

Miasto Kobiet: To brzmi, jakbyś był na etapie szukania swojej tożsamości.
Tomasz Schimscheiner:  Może człowiek szuka swojej tożsamości non stop, aż do śmierci? Miałem w szkole teatralnej profesora Jerzego Golińskiego, starszego ode mnie o 40 lat, już nie żyje. Kłóciłem się z nim, nie zgadzałem z jego poglądami, natomiast dzisiaj coraz częściej wracają do mnie jego słowa i zaczynam je rozumieć. Gdy na scenę wychodził aktor i mówił: „Panie profesorze, ale nie wiem, jak to zagrać”, on odpowiadał: „Ja też nie wiem, jakbym wiedział, to bym umarł”. Rozumiesz, do czego zmierzam, może niewiedza jest nam przypisana do samego końca? Nie ufam ludziom, którzy wszystko wiedzą.

Miasto Kobiet: Składasz się więc z tych wszystkich ról, które grasz?
Tomasz Schimscheiner:  Tych, które gram i które pełnię w życiu. Dziś byłem już mężem, ojcem, kierowcą, kumplem, aktorem. Postaci, które ubieramy na siebie w ciągu dnia, jest kilkanaście w zależności od tego, co robimy i jak bogatą mamy osobowość. Ciągle jesteśmy kimś innym. Teraz udzielam wywiadu i próbuję być Tomkiem Schimscheinerem intelektualistą, który stara się ująć to wszytko w jakąś syntezę, co nawiasem mówiąc, średnio mi wychodzi, i szuka sposobu na wyrażenie tego, co się w nim dzieje. Mam wrażenie, że ciągle jest nas mnóstwo. I w każdej roli odzywają się sprzeczne potrzeby. Rodzina wymaga ode mnie odpowiedzialności. Teatr wymaga czegoś kompletnie przeciwnego – braku odpowiedzialności przy tworzeniu, przy kreowaniu. Jest tu duży konflikt.

Miasto Kobiet: Lepiej byłoby być artystą bez tych zobowiązań, które narzuca życie rodzinne i społeczne?
Tomasz Schimscheiner: To jest pytanie, z którym mierzę się prawie od zawsze, od wejścia w dorosłe życie, odkąd zacząłem studiować w szkole teatralnej. Mam wrażenie, że dobrym artystą jest ktoś, kto ma poczucie braku czegoś, dzięki temu musi do tego dążyć. Inne braki ma człowiek zniewolony przez rodzinę, a inne ten, który rodziny nie ma. Może z tego braku rodzi się coś pięknego? Sztuka?

Miasto Kobiet: Gdzie jesteś prawdziwszy? W domu czy na scenie?
Tomasz Schimscheiner: Odpowiem ci, że jestem prawdziwszy na scenie, to będzie to znaczyło, że w domu coś udaję. Odpowiem ci, że w domu, to będzie, że udaję coś na scenie.

Miasto Kobiet: To byłoby naturalne, że udajesz na scenie, w końcu jesteś aktorem.
Tomasz Schimscheiner: To tak nie działa. Ja na scenie nie mogę udawać. Muszę być postacią, którą gram. Inaczej byłoby to nieprawdziwe i nieuczciwe wobec widza. W „Rewizorze. Według Bobczyńskiego” mam scenę, w której mój bohater jest zakochany w córce Horodniczego. W czasie prób robiliśmy improwizacje na poziomie uczucia między nami, i ja się musiałem w tej dziewczynie naprawdę zakochać. Nie mogłem kłamać, że ją kocham. Tak to jest z udawaniem na scenie.

Miasto Kobiet: A potem wracasz do domu i…?
Tomasz Schimscheiner: Jak przyjeżdżałem z prób we Wrocławiu, pakowałem się z tym Bobczyńskim do mieszkania, no i żona zaczynała mnie denerwować. Ale Beata ma intuicję i mówi: „Natychmiast zostaw mi tego faceta za drzwiami. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Przyjadę na premierę i będę go oglądać, ale nie wchodź mi z nim do domu”. Od tej pory starałem się więc zostawiać Bobczyńskiego za drzwiami, co nie było proste.

Miasto Kobiet: Wszyscy grają w ten sam sposób?
Tomasz Schimscheiner: Tego nie wiem, ale ja nie jestem wszyscy, każdy szuka swojej drogi.

Miasto Kobiet: Bo to chyba nie jest zdrowe.
Tomasz Schimscheiner: Tak, to nie jest zdrowe. Ale z drugiej strony masz dar doświadczenia kilku bytów w ciągu jednego życia. Jak w grze komputerowej. Żyjesz dłużej. W teatrze, jak jesteś na scenie, czas się zatrzymuje, nie istnieje, a ty lecisz w inne rejony.

Miasto Kobiet: Przy każdej sztuce tak masz?
Tomasz Schimscheiner: Nie przy każdej. Zależy od reżysera. Dajesz tyle, ile dostajesz. Jak w związku, który jest wypadkową dwóch ogromnych sił. I jak w seksie. Kiedy się kochasz z mężczyzną, kiedy on cię obejmuje i tobie jest dobrze, to chcesz mu oddać objęcie. Nie z premedytacji, ale intuicyjnie, on to w tobie uruchamia. I lecicie razem. Dostajesz – oddajesz, dajesz – dostajesz. Porozumienie aktor – reżyser jest jak seks.

Miasto Kobiet: To jest ważniejsze niż zespół, inni aktorzy?
Tomasz Schimscheiner: To są zupełnie inne poziomy. Reżyser jest dowódcą. On robi plan, mówi, o co walczymy, po co idziemy, kto gdzie ma stanąć. Dobry reżyser potrafi porzucić własne ego. Fascynują mnie ludzie, którzy potrafią wyzbyć się siebie, żeby zrobić coś istotnego dla człowieka.

Miasto Kobiet: Kto ma większe ego, aktor czy reżyser?
Tomasz Schimscheiner: Z moich obserwacji wynika, że aktor. To się bierze z wychodzenia na scenę. Reżyser największą zabawę ma z tego, jak dochodzi do dzieła, a aktor jeszcze długo z nim zostaje. On musi brać na siebie klęskę albo sukces, bo on staje przed widownią. Żeby się bronić przed porażką, trzeba sobie zbudować silne ego.

Miasto Kobiet: Jeśli spektakl okazuje się porażką, kto jest winny? Aktor czy reżyser?
Tomasz Schimscheiner: Zawsze jest to wspólne. To jak z małżeństwem. Mam wielu znajomych, którzy się porozchodzili, każdy z nich próbuje znaleźć dla siebie usprawiedliwienie, obwinia drugą stronę. A prawda leży pośrodku. Gram w spektaklu Agaty Dudy-Gracz „Ja, Piotr Riviere…”. To spektakl o winie, historia z kronik francuskich z końca XIX wieku. O facecie, który zaszlachtował siekierą brata, siostrę, ojca i całą wieś. Zostaje osądzony i skazany na karę śmierci, a gdy go ułaskawiono, popełnia samobójstwo. Dlaczego je popełnił? Nie pasuje to do układanki. Kiedy zaczyna się grzebać, szukać motywów, wychodzi, że ilość krzywd, których bohater doznaje ze strony tej społeczności, jest tak nieprawdopodobna, że zatraca ludzki wymiar i zaczyna szaleć. Przez pół spektaklu nienawidzimy tego człowieka, a przez drugie pół zaczynamy go rozumieć.

Miasto Kobiet: A czego się nauczyłeś o strachu z „Rewizora. Według Bobczyńskiego”?
Tomasz Schimscheiner: To jest potworny stan. Towarzyszy nam w każdej chwili, codziennie, na różnych poziomach. Strach o innych? Nie. To jest zawsze strach o siebie.

Miasto Kobiet: Pozwolił Ci zidentyfikować własne lęki?
Tomasz Schimscheiner: Na pewno wiem więcej o strachu. Strach powoduje, że zachowujesz się irracjonalnie i nieobliczalnie. Jest taka scena. Nie pamiętam gdzie, może u Edelmana? Siedząca w piwnicy matka ze strachu przed Niemcami tak mocno zatyka usta płaczącemu dziecku, żeby nie zdradziło jej i ukrytych z nią innych ludzi, że dusi je. Masz stan ekstremalny. Modlę się, żebyśmy nie byli poddawani takim stanom.

Czytaj na następnej stronie

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Review overview
NO COMMENTS

POST A COMMENT

Chcę być informowany/a o odpowiedziach