Wstyd, kompleksy, transformacja i uzdrowienie. Krótka opowieść o piersiach
Jak zaakceptować małe piersi
Ola Abigail Jaros, fot. Magdalena Panfiłowa
To będzie moja historia. Od kilku miesięcy czuję, że chcę się nią podzielić. Co pomyślisz, czytając to, nie wiem. I chciałabym powiedzieć, że już nie interesuje mnie Twoja ocena, ale jeszcze nie do końca tak jest. Choć jest dużo lepiej niż kiedyś. I skoro odważam się opowiedzieć moją historię, to jest to już olbrzymia zmiana we mnie. To będzie opowieść o piersiach. Moich.
Za małe, za duże, ciągle nie takie
Jeśli jesteś kobietą to wiesz, co to za temat – kobiece piersi. U wielu kobiet to powód kompleksów i nieustającej uwagi na nie. Czy dobrze je eksponuje, czy może nie, czy za bardzo, czy za mało, czy są odpowiednio (duże, małe, ładne, jakieś).
Bo… przecież to jeden z głównych atrybutów kobiecości. Co tam brzuch, pośladki czy nogi. Powiedzą te, których główna uwaga jest właśnie tu. Na piersiach, cyckach, biuście. To „obiekt pożądania” chyba każdego mężczyzny. A może nie, może to tylko w mojej głowie… Chociaż nie sądzę.
I to też był, a może jeszcze trochę wciąż jest, mój temat.
Bo jak tu zaakceptować takie nieduże piersi, żeby nie powiedzieć małe.
Kiedy są pełne mleka, wtedy wyglądają atrakcyjnie. Dla mnie. Bo są większe i inne niż zwykle. I to chyba był najtrudniejszy i najbardziej przełomowy moment w procesie akceptacji moich piersi, kiedy 8 lat temu po urodzeniu piątego dziecka, podczas kobiecych warsztatów przyszła taka myśl: Jeśli moim wzorcem kobiecości są krągłe biodra i obfite piersi, to kiedy mogę zaakceptować siebie? Będąc w ciąży i karmiąc dzieci. Czy naprawdę dlatego zostałam matką piątki dzieci??? Nie! Ale przez moment w to uwierzyłam…
To pokazuje skalę tego, co sobie same i sobie nawzajem robimy kreując niedościgniony „model kobiety”. Bardzo to odcierpiałam. Na szczęście nie utknęłam w tym miejscu. Ale od tamtej pory zaczęłam bardziej świadomą pracę z akceptacją własnego ciała.
Polecamy też:
Abigail Jaros: Przez sny dobija się do nas podświadomość
Przynajmniej nogi fajne
Myślałam, że i tak jestem szczęściarą, bo przecież mam fajne nogi – podobno, bo sama nie do końca tak uważałam. Robiłam przeróżne rzeczy. Przełamywałam swój wstyd, by pokazać się nago przed innymi kobietami, kąpiąc się nago w rzekach, jeziorach czy morzach. Odważając się rozebrać na kąpieliskach dla nudystów. Robiąc sobie sesje zdjęciową u naprawdę zaufanej kobiety, przy której mogłam poczuć się na tyle bezpiecznie by nago zapozować do zdjęć.
Ten temat pokazywał się podczas moich sesji terapeutycznych na różne sposoby. Mijały lata. Coraz przychylniej i łaskawiej patrzyłam na swoje ciało a przede wszystkim na swoje piersi.
Aż wiosną tego roku, gdy wyszłam z kąpieli i spojrzałam w lustro przyszła taka myśl: Lubię swoje piersi, one naprawdę mi się podobają. I uśmiechnęłam się szeroko do siebie. Przyszło wzruszenie, jakby na znak tego, że tego nie wymyśla moja głowa. Tylko tak naprawdę poczułam.
Zachowałam to dla siebie. Aż po kilku dniach w sytuacji intymnej usłyszałam od męża, że mam piękne piersi. I tamy puściły. Długo płakałam nie mogąc się uspokoić. On nie wiedział co się dzieje. Mówił to tyle razy. Ja nie słyszałam… Tam stał wielki mur, który mnie od tego odcinał. Nie wierzyłam. Nigdy. Ktokolwiek to mówił.
Dopiero gdy sama zaakceptowałam, polubiłam i uznałam swoje piersi za piękne, mogłam to usłyszeć. Do tego momentu wszystkie pozytywne słowa dotyczące moich piersi ginęły tak szybko jak echo odbijając się ode mnie.
Uznawałam, że ktoś mówi to tylko po to, by mnie pocieszyć? Zrobić mi przyjemność? Ale na pewno tak nie myśli. To nie możliwe. To ja znam jedyną prawdę. Są za małe i niewystarczające.
I tak, to była moja prawda, ale nie uznawałam nawet, że ktoś może mieć inaczej.
Zobacz koniecznie:
Podróż do Amazonii. 7 lekcji z dżungli
Wstyd i myślokształty
Po co o tym piszę? Aby zrobić jeszcze taki krok ku uzdrowieniu, akceptacji, polubieniu własnych piersi, a może w końcu pokochaniu ich. By wyjść ze wstydu. Co to za emocja obezwładniająca, znana chyba każdemu, którą trzeba zobaczyć, uznać i najlepiej pożegnać. Niezależnie od tego przy jakim temacie się „zagnieździ”.
I piszę to też dla tych z Was, którzy(re) zobaczą w tej historii jakąś nieakceptowalną część siebie. Będziesz wiedział(a) jaką, na pewno.
Tą część Twojego Ciała czy Duszy, która od tak dawna woła o uwagę i akceptację. By mogła w końcu odpocząć. A Ty byś mógł(a) zająć się czymś innym, równie ważnym, po to by ta część mogła żyć już własnym życiem, bez Twojej surowej oceny i niepotrzebnych myślokształtów, które zaburzają prawdziwy obraz. Pozwól jej żyć i być taką jaka jest. A ona „magicznie” zmieni się dla Ciebie 🙂
Tego sobie i Wam życzę. Abyśmy akceptowali powoli i z czułością każdą nawet najciemniejszą cząstkę siebie. Czy fizyczną, czy tego jacy jesteśmy. Bo tylko wtedy może nastąpić przemiana.
We mnie proces wciąż żywy, pękają kolejne tamy. I mam w sobie takie pytanie.
Dlaczego pomimo tak dużej pracy nad sobą (jak to brzmi ) wciąż ocena drugiej osoby ma dla mnie takie znaczenie.
Aż niewiarygodne. Czekam na ten moment, kiedy ocena drugiego człowieka, niezależnie czy to komplement, czy konstruktywna krytyka nie będą miały dla mnie znaczenia. A będą miłym dodatkiem do życia. I nie przez brak szacunku do drugiej osoby, ale dzięki miłości i szacunkowi do siebie.
To dla mnie duży akt odwagi, podzielić się tym z Wami. Ciekawe co tam dziś słychać w moich gwiazdach, że tak się odsłaniam.
tekst: Ola Abigail Jaros
