Zauroczenie, które przyszło za późno / fot. canva
Kiedy Marta przyleciała do Barcelony na Erasmusa, nie spodziewała się, że największym wyzwaniem nie będą studia ani nowe miasto, tylko… współlokator. Luis, student z Kolumbii, miał w sobie coś, co od pierwszego dnia sprawiło, że jej serce biło szybciej. Był otwarty, zabawny, zawsze uśmiechnięty. Potrafił rozładować największe napięcie w mieszkaniu jednym żartem.
– Wcześniej myślałam, że takie zauroczenia to coś dziecinnego, że z wiekiem człowiek uczy się kontrolować emocje. Ale wystarczył jego jeden uśmiech, żeby wszystko mi się w głowie mieszało – wspomina Marta.
Wspólne chwile, które budowały coś więcej

Miłość, której bałam się przyznać / fot. canva
Mimo że Marta czuła, że on nie traktuje jej jak potencjalnej dziewczyny, spędzali razem niemal każdą wolną chwilę. Chodzili grać w siatkówkę na plaży Barceloneta, zamawiali tapas w knajpkach w Gotico, a wieczorami oglądali mecze jego ukochanej drużyny – FC Barcelony – w barach pełnych kibiców.
– Niby byliśmy tylko przyjaciółmi, ale czasami patrzył na mnie tak, że serce podchodziło mi do gardła. Tylko zawsze szybko odwracał wzrok, jakby bał się, że coś wyczytam z jego oczu – mówi Marta.
Z czasem relacja stała się jeszcze bliższa: wspólne gotowanie, nocne rozmowy o życiu, plany na kolejne wyjazdy. Z każdym dniem Marta była pewniejsza, że się zakochała. Ale nie potrafiła zrobić kroku do przodu.
– Bałam się, że jeśli się odsłonię, a on tego nie odwzajemnia, popsuję wszystko. A ja nie chciałam go stracić, wolałam milczeć i cieszyć się każdą chwilą – przyznaje.
Pożegnanie i wiadomość, która przyszła za późno

Wspomnienie, do którego wciąż wracam / fot. canva
Kiedy nadszedł ostatni tydzień Erasmusa, Marta czuła, że czas ucieka. Luis pomagał jej pakować rzeczy, żartował, że i tak wróci do Barcelony, bo to miasto uzależnia. Ale w środku oboje byli coraz bardziej przygaszeni. Pożegnali się na lotnisku zwykłym uściskiem. Marta wsiadła do samolotu ze łzami w oczach i poczuciem, że coś ważnego właśnie jej umknęło.
Kilka godzin po wylądowaniu w Polsce dostała od niego wiadomość.
„Nie wiem, czy powinienem to pisać teraz, ale… odkąd się poznaliśmy, nie mogłem przestać myśleć o Tobie. Byłem za tchórzliwy, żeby powiedzieć to wcześniej. Gdybyś kiedyś wróciła do Barcelony, chcę, żebyś wiedziała, że tu na Ciebie czekam.”
Marta przeczytała te słowa dziesiątki razy. Najpierw była w euforii, potem przyszła frustracja. – Z jednej strony czułam się najszczęśliwsza na świecie, że czuł to samo. Z drugiej – byłam już w Polsce, zaczynałam nowy etap, a między nami było tysiące kilometrów i niepewność.
Życie po powrocie i nieustanne „co by było gdyby”

Między przyjaźnią a miłością / fot. canva
Od tamtej pory minęło kilka miesięcy. Marta próbowała randkować w Polsce, ale żaden chłopak nie przypominał Luisa: jego energii, pasji, czułości w drobnych gestach. Każdy kolejny był tylko bladym cieniem Kolumbijczyka z Barcelony.
– Czasem myślę, że powinnam była się odważyć, powiedzieć mu wszystko przed wyjazdem. Albo rzucić wszystko i wrócić do niego. Ale życie nie jest filmem – mówi Marta. – Wiem tylko, że choćby minęło dziesięć lat, nikt nie będzie mi się kojarzył z Barceloną tak, jak on.
Weronika Effiom
