Tuesday, September 21, 2021
Home / Kultura  / Wojciech Adamczyk: W „Ranczo” wszyscy się tam jakoś lubili

Wojciech Adamczyk: W „Ranczo” wszyscy się tam jakoś lubili

Na czym polega fenomen „Rancza”?

cezary żak i artur barciś w serialu Ranczo

Cezary Żak i Artur Barciś w serialu „Ranczo” / fot. materiały prasowe

Dziesięć sezonów, które co niedzielę gromadziło średnio 6 milionów widzów przed telewizorami. Do kin na pełnometrażowy film chodziły całe rodziny, a w kolejce po bilet stały trzy pokolenia. Polacy pokochali „Ranczo” za kultowe cytaty, barwne postaci i humor. Serial właśnie przeżywa swój renesans nie tylko na Netfliksie, ale także odbija się echem w rodzimej polityce

 

Bohaterowie „Rancza” 

Jest pan „ranczowym prorokiem”. Już podczas kręcenia serialu przewidział pan wiele politycznych aluzji, które wydarzyły się później naprawdę.

Wojciech Adamczyk: „Proroctwo” oddaje trzem osobom. Jedną część należy przyznać Andrzejowi Grembowiczowi, który napisał scenariusz, drugą Jurkowi Niemczukowi, który stworzył sześć sezonów razem z Andrzejem, a resztę to ja chętnie przyjmę. Kiedy czytałem scenariusz pierwszego sezonu „Rancza”, nie miałem wrażenia, że to jest opowieść o tak wielu aluzjach politycznych. Bardziej fascynowała mnie opowieść i przesłanie, które miał przekazywać serial. Kwestia polityki była na drugim planie.

W jaki sposób wybiła się na jeden z pierwszych?

Dopiero od trzeciego sezonu, w którym wrócił Czerepach, polityka wkroczyła szerszym strumieniem. Scenarzyści szukali inspiracji w życiu codziennym, na które polityka ma zazwyczaj niedobry wpływ. A od pewnego momentu polityka zaczęła nas przytłaczać, włączając telewizor, wszędzie widzieliśmy jakieś afery, spiski. Siłą rzeczy takie działania musiały się znaleźć w rzeczywistości Wilkowyj, które funkcjonowały jako Polska w pigułce. Bardzo pilnowaliśmy tego, żeby nie było aluzji do żadnej z partii, chcieliśmy pokazać mechanizmy, działania i konsekwencje niezbyt moralnych działań. Nie można było uniknąć dyskusji o wpływie mediów na myślenie przeciętnego człowieka – stąd gazety Czerepacha i radio. Okazało się, że nie można uciec od polityki, bo ona się sama wprasza do domów widzów i postaci z serialu. Kolejne sezony były konsekwencją jej determinującej roli.  Na początku ważniejsze wydawało się pokazanie tego, jakim Polacy są społeczeństwem, jak funkcjonują jako wspólnota.

I jak funkcjonują?

Fantastycznie. Taka grupa jak „ławeczka” – czterech meneli – to są osoby, które powinny znajdować się poza naszym zainteresowaniem, powinien spotykać ich ostracyzm, bo nic nie robią, tylko piją. Ale okazuje się, że oni mają całą masę swoich przemyśleń, są to wartościowi ludzie i nie należy ich lekceważyć, ani szufladkować. Te postaci i ich filozoficzne rozmowy wymyślił Jurek Niemczuk, którego zafascynowała rozmowa zasłyszana pod sklepem – grupka pijaczków rozmawiała o kosmosie. Oprócz tego pokazane są też inne wspólnoty – parafialna, urzędnicza.

Mógłby pan rozwinąć tę myśl?

„Ranczo” jest jedną wielką pochwalą solidarności, mocy,  kreatywności, które tkwią we wspólnocie. Zależało mi na tym, żeby natchnąć widza przekonaniem, że jego los zależy od niego samego. Kariera Solejukowej miała pokazać, że wyjście kobiet z tego zaklętego kręgu „kuchnia-kościół-dzieci” jest możliwe bez utraty kobiecości i w każdych warunkach. W serialu walczyliśmy o humanitarny stosunek do zwierząt, były odcinki o śmieceniu, antykoncepcji, trosce o zdrowie, poruszaliśmy różne aspekty codzienności, żeby ludzie mogli z tego wyciągać korzystne dla nich wnioski.

Solejukowa to nie jedyna silna kobieca postać.

Na początku były cztery podstawowe konflikty: zderzenie obcego ze swojskim, kobiety z patriarchatem, młodego ze starym i innego świata – Ameryki, demokracji, liberalizmu – z naszymi zaściankowymi uprzedzeniami. Spodobało mi się to, że posługując się postacią kobiety, możemy niekonwencjonalnie opowiedzieć o naszej rzeczywistości i zderzyć się z nią boleśnie bądź śmiesznie.

Lucy jak katalizator zagotowała ten kocioł.

Od początku miała być takim katalizatorem. Czy z biegiem odcinków okazało się, że bardzo dobrze osadza się w niej rzeczywistość?

Lucy od samego początku miała być kimś, kto będzie wkładał przysłowiowy kij w mrowisko. Pozwoliła nam spojrzeć na siebie oczami kogoś innego. Bohaterka z zewnątrz była bardzo potrzebna do tego, żeby stworzyć lustro, dzięki któremu mogliśmy się zobaczyć nie tylko my jako widzowie, ale też serialowa społeczność dostała konieczność określenia się wobec „obcej”. A Polacy łatwiej określają się na nie niż na tak, łatwiej stworzą grupę protestującą niż popierającą. Pobożnym życzeniem realizatorów było pokazanie tego, że ludzie są z natury dobrzy i mądrzy, tylko trzeba ich przekonać do zmiany. Jeżeli porównamy świat między pierwszym, a dziesiątym sezonem, to zauważymy gigantyczną metamorfozę. Oczywiście, nie na wszystko wpłynęła sama Lucy, ale to zamieszanie i wszystko, co się urodziło w tej wsi, było albo z inspiracji, albo z aprobatą głównej bohaterki.

W serialu wszystkie postaci przeszły niesamowitą przemianę. Ich nowe wizerunki były celem, do którego dążyli twórcy?

To się działo z sezonu na sezon. Zwracaliśmy bardzo dużą uwagę na reakcje widzów. Zarówno te na portalach społecznościowych, jak i na innych forach. Były też prowadzone badania fokusowe, na temat tego, która postać najbardziej się podoba, a która najmniej. Istotną rolę grała też wrażliwość moja i scenarzystów oraz umiejętności aktorów. Takie postaci jak Wioletka, policjant, księgowa – dla nich były przewidziane skromne epizody, a tak zostały zagrane, że rozwinęły się w role pierwszoplanowe.

Jak powstawało „Ranczo”?

Jakie idee przyświecały jeszcze produkcji „Rancza”?

Naszym celem było uczyć, bawiąc. Andrzej Grembowicz, który jak kiedyś się przyznał, połknął za dużo tabletek na misyjność, zawsze twierdził, że mając do dyspozycji takie medium i taką pozycję, nie można tego zamienić na odcinanie kuponów, tylko trzeba próbować jeszcze coś „załatwić”. Dlatego niektóre tematy poruszaliśmy nie tylko po to, żeby uczynić fabułę aktualną, ale żeby komercyjny komediowy serial dostarczał wiedzy, do której nie wszyscy mają dostęp. W czwartym sezonie Lucy prosi, żeby wszystkie kobiety poszły się zbadać. Wtedy po raz pierwszy rzeczywiście do Jeruzala (serialowe Wilkowyje) przyjechał mammobus i mieszkanki wsi mogły naprawdę wziąć udział w badaniu. Byłem przerażony, kiedy dowiedziałem się, że do tego czasu 90 procent kobiet z Jeruzala nie poddało się badaniu profilaktycznemu, coś okropnego.

 

Czytaj też:
 15 bohaterek filmów i seriali, które kochamy za „womenpower”

 

Jak to się stało, że serial możemy oglądać na Netfliksie?

To są decyzje telewizji, która jest właścicielem serialu. Cieszę się, że serial wszedł na Netfliksa, jest oglądany, nie osłabiło to popularności „Rancza” w TVP Seriale. Jestem członkiem kilku grup fanów serialu na Facebooku i zauważyłem, że pojawili się nowi widzowie, którzy dopiero teraz odkrywają ten serial. Szalenie mnie to satysfakcjonuje. Zaczyna się coś na nowo, film żyje i nadal się podoba, coś niezwykłego. Dowodzi, że serial jest aktualny i uniwersalny, a nie kabaretowo dosłowny, nie uderza w sezonowy problem, którego po roku się nie pamięta. Ludzie, oglądając to po 15 latach od premiery pierwszego sezonu, nadal uważają, że to jest fajne.

No właśnie! Ten serial oglądały i dobrze znają aż trzy pokolenia, jak trafić do tylu osób w różnym wieku?

Gdybym to wiedział, to siedziałbym tutaj i sprzedawał recepty na serial, który ma do wszystkich trafić. Ale mam pewne podejrzenia!

Wydaje mi się, że ukazany obraz świata został przedstawiony trafnie, krytycznie, ale z dużą dozą ciepła. W tej chwili mało jest produkcji pozbawionych jadu, złośliwości, okrucieństwa, brutalności, nawet jeśli słusznie opowiadają o otaczającym świecie. Na pewno łatwo jest przestraszyć widzów, łatwo jest ich też wzruszyć – to są dosyć powszechne odczucia – ale najtrudniej jest widzów rozśmieszyć i przekonać, że „skrzywiona” rzeczywistość jest prawdziwą rzeczywistością. Na tym polega trudność komedii.

Musimy umówić się na opowiadanie dowcipem o współczesności, która niekoniecznie jest wesoła. Przecież słynna ławeczka to są menele, którzy nic nie robią, tylko siedzą i chleją. Solejuk bije żonę i dzieci, Pietrek – głupszego chyba nie ma we wsi, Hadziuk – nie dość, że tępawy i się zalewa, to jeszcze zaniedbuje żonę, właściwie to nie ma w nich nic pozytywnego. Andrzej Grembowicz tak to napisał, że mogliśmy pokazać wizerunek ludzi kontrowersyjnych, ale zawsze budzących sympatię. Nadałem Andrzejowi tytuł Fredro Polskiej Telewizji, bo to jest dokładnie jak w „Zemście”. Charaktery są tam straszne! Cześnik – raptus i kretyn, Rejent – łobuz, Papkin – idiota, a Fredro opowiada o nich z sympatią. My tego nie zauważamy, śmiejemy się. Jest krytyczny obraz świata, ale złagodzony życzliwością wobec drugiego człowieka i ja bym stawiał na tę życzliwość, bo ludziom tego dzisiaj brakuje, to się spodobało.

Serial był dla pana chyba czymś więcej niż tylko realizacją scenariusza…

To było jedenaście lat mojego życia. Bardzo precyzyjnie dobieraliśmy aktorów, którzy odegrali znakomite role, do tego starannie stworzyliśmy sobie ekipę, której trzon pozostał do końca bez zmian. Był jeden reżyser, jeden operator, dwóch realizatorów dźwięku, jeden scenograf, jeden montażysta. To naprawdę rzadki przypadek, mówiąc o serialu, który trwał tyle lat. Znam chyba tylko jeden zachodni serial – „Teoria wielkiego podrywu” – który przez kilkanaście lat reżyserował wyłącznie jeden reżyser: Mark Cendrowski. Miałem szczęście, że 130 odcinków plus film fabularny nakręciłem sam, z jednym operatorem. Powstał w pełni autorski serial. Rzeczywiście, stworzyła się rodzina i specyficzna atmosfera, której chyba nam inni zazdrościli. Żeby nakręcić taki maraton ekipa musi chcieć się codziennie spotykać, być ze sobą, lubić się.

Skąd w ogóle pomysł na „Ranczo”?

Zadzwonił do mnie producent i powiedział, że ma ciekawy scenariusz, sześć pierwszych odcinków. Nie rzuciłem się na niego od razu, byłem zajęty zupełnie czymś innym. Minęło parę tygodni i wieczorem stwierdziłem, że przeczytam jeden odcinek. Skończyłem po północy, pochłonąłem wszystkie sześć, odpisałem, że jestem zachwycony i że muszę to robić. Reżyser zazwyczaj dopasowuje tekst do swojej wrażliwości. Przerabia go. W tekstach Andrzeja i Jurka nie zmieniałem nic. To było moje poczucie humoru, moja wrażliwość, moje tematy, moje widzenia świata. Każdy z naszej czwórki (wraz z Maćkiem Strzemboszem, producentem) miał swój dorobek, ale w grupie udało się nam stworzyć coś chyba niezwykłego. To był wspaniały przypadek, że tak szczęśliwie się zeszliśmy.

To dlaczego została podjęta decyzja o zakończeniu serialu?

Wiele się na to złożyło. Przede wszystkim to, że wójt został prezydentem, Czerepach premierem. Musielibyśmy zmienić konwencję serialu i uciec od rzeczywistości wiejskiej. Granica umowności zostałaby przekroczona, gdyby rządzący krajem ciągle przebywali w malutkiej wsi. O zakończeniu serialu zdecydował też fakt, że Andrzeja już z nami nie ma… Ale ten świat i bohaterowie nadal istnieją i mogą wrócić w filmie fabularnym, do którego Andrzej zdążył jeszcze napisać scenariusz. Czekamy tylko na decyzję telewizji, która umożliwi nam produkcję.

Kiedy zmarł Leon Niemczyk, widzowie zastanawiali się, czy serial będzie kontynuowany, skoro właśnie zabrakło jednego z bohaterów ławeczki – Japycza.

Podczas kręcenia drugiego sezonu dowiedzieliśmy się, że pan Leon Niemczyk jest poważnie chory, ale był bardzo przywiązany do „Rancza” i chciał grać. Pan Franciszek Pieczka został poproszony o to, żeby wcielił się w postać brata Japycza. Był dla niego przewidziany osobny wątek, ale jednocześnie sceny były pisane w dwóch wariantach – dla pana Leona i dla pana Franciszka – w zależności od tego, czy pan Leon będzie w stanie jeszcze pracować. To była bardzo nietypowa prośba i tylko ktoś tak ogromnego serca, jak pan Franciszek, mógł się zgodzić na taką okoliczność, nie uniósł się honorem, doskonale zrozumiał sytuację. To nie tylko wybitny aktor, ale i wspaniały człowiek. Pan Leon, udzielając ostatniego w życiu wywiadu, powiedział, że jest zachwycony serialem i chciałby umrzeć na planie „Rancza”. Na szczęście tego nie zrobił. Scena, w której wszyscy się żegnają z Japyczem i zostawiają cztery puste butelki na ławce, to moje pożegnanie z panem Leonem. Był historią kina, telewizji, a równocześnie jednym z najbardziej szanujących swój zawód aktorów, absolutnym profesjonalistą, gawędziarzem i…amantem. Trafił do Rancza w wieku 80 lat i nadal organizował wokół siebie kobiety – rozmawiał z nimi chwilę, uśmiechał się i widziałem, jakie są nim zachwycone! Kochał kobiety i umiał do nich trafić.

„W dupach się wam poprzewracało”, czy „miejscowa celebrytka” to jedne z wielu kultowych powiedzeń. Jaki jest pana ulubiony cytat z serialu?

Powiedziałem kiedyś Andrzejowi: „Jest jeden cytat, za który cię, łobuzie, kocham”. Powinno się go wyryć w każdym gmachu użyteczności publicznej.

Na miłość nigdy nie jest za późno, za to na samotność jest zawsze za wcześnie.

Ewa Gruszka

Oceń artykuł
2 komentarze
  • Avatar
    Andrzej 27 kwietnia, 2021

    Świetny wywiad, chociaż wizja powrotu filmu bez Kusego z tą rozdętą do granic polityką jest beznadziejną wizją.Ranczo miało kapitalny finał w 130 odcinku i nie powinni już do niego wracać. Ostatni odcinek najlepiej pokazał że klinlmat tej opowieści budowali mieszkańcy dworku, ławeczka a nie polityka ktorej było za dużo. Z ostatniego odcinka w pamięci najbardziej zostaje Ławeczka i powrót Lucy, a nie to co się wydarzyło z Koziołem.

  • Avatar
    Julia 27 kwietnia, 2021

    Wyjątkowy serial do 8 serii. Dwie ostatnie koncertowo skiepszczone. Ale finał dzięki głownej bohaterce był ładny i oby tego się trzymali. Klimatu Wilkowyj bez pełnej obsady już nie ma…

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach