Thursday, July 16, 2020
Home / Rozwój  / Psychologia  / Wielogłosy: seks i zdrada wg millenialsów

Wielogłosy: seks i zdrada wg millenialsów

Tekst o małżeńskiej zdradzie wymaga pewnych poświęceń

Seductive woman working on as webcam model. Virtual sex.

Każdy tekst wymaga researchu – tym razem zdecydowałam się na prowokację i zalogowałam się na Ashley Madison. Ale przecież tekst o małżeńskiej zdradzie wymaga pewnych poświęceń

Reguły szybko stają się jasne. Nikt nie odpisuje w weekendy i popołudniami. Mniemam, że ofiarnie angażują się wówczas w sprawy domowe. Pisują późnymi wieczorami lub z pracy / fot. Fotolia

 

Ashley Madison to Tinder dla tych z GPS-em w dłoni. Czyli dla małżonków szukających przygody bez wyrzutów sumienia. Tu prawie wszyscy mają status attached, czyli zajęci. Wpisują konkretne oczekiwania: „przelotny seks”, „praktyki BDSM”, „trójkąty, inni idą w sugerowany romantyzm: „sam nie wiem, coś na dłużej, jestem otwarty/a”. Kanadyjski portal nazywany jest niejednokrotnie „małżeńskim grobem”, bywa też oskarżany o żerowanie na ludzkich kryzysach. I choć korzystanie z niego nie stało się powszechne (a przynajmniej nikt się nie chwali obecnością tutaj), ma swoje grono niemal 50 milionów użytkowników na całym świecie.
„Życie jest krótkie, pozwól sobie na romans” – kusi portal, a zdrady online to niewątpliwie nowy element pejzażu związkowego. Erotyczne czaty, SMS-y, pornoportale, seanse personalizowanej pornografii – wszystko brzmi niewinnie, gdy proceduje się za pomocą klawiatury. Dla pokolenia Y sieć jest nieodłącznym budulcem codzienności, a relacje zawiązywane przez internet – nie mniej prawdziwe niż te budowane offline. Sieć także rozmywa kategorie niewierności, bo czy wspomniany czat lub SMS-y to już zdrada, czy tylko rozrywka? Na te pytania musieli dość pilnie odpowiedzieć użytkownicy Ashley Madison, których dane w 2015 r. zostały zhakowane i upublicznione. Skandal kosztował firmę kilkanaście milionów dolarów i pozwy sądowe z całego świata; jakie były koszty osobiste użytkowników – nie sprawdzono.

Choć nie mam zdjęcia, szybko po zalogowaniu odbieram pierwsze wiadomości. Panowie wysyłają automatyczne zaczepki.
Dzisiejszego konsumenta kultury trudno zaskoczyć – widział już prawie wszystko. Telewizyjni bohaterowie już od ponad dwóch dekad nie muszą być kryształowi, wystarczy wspomnieć klasyczne „Breaking Bad” czy „Dextera”. Były i produkcje o seksie (nie tylko tym „poprawnym”), jak „Californication”, „Słowo na L”, „Masters of sex” czy „Queer as folk”. A jeżeli doda się do tego z ostatnich lat więźniarki zOrange is the new black, gorzki portret millenialsów w „Girls” czy transseksualnego ojca w „Transparent”, łatwo zauważyć, że dzisiejszy widz oczekuje nie ideałów i autorytetów, ale postaci krwistych i wykraczających poza normy tzw. normalnego społecznego życia.

Najbardziej lubimy te historie, które już znamy. Co więc stoi na przeszkodzie, by ponownie opowiedzieć jedną z tych najstarszych? Tę o romansie. Romantycznym, destrukcyjnym, banalnym. Porywającym. Jej nie kocha mąż, a jego nie rozumie żona. Spotykają się i… następuje nagły wybuch namiętności, niepamiętanej z małżeńskiego stadła, zachwytu, uczuć przykrytych delikatną warstwą codzienności. Jak mówi Esther Perel (terapeutka specjalizująca się w zagadnieniu małżeńskiej zdrady i pożądania): wszyscy zdradzający mówią to samo – czują, że żyją.

Tak właśnie było w przypadku serialu „The Affair”.
Jeden z panów od razu mówi o żonie. Nie rozumie go, w domu wojna. Nie, nie chce rozwodu – dlaczego? Na Ashley po prostu szuka szczęścia.
Bohaterami „The Affair” są Noah – żonaty i poczwórnie dzieciaty pisarz z kompleksem sukcesu wobec bogatej żony, a także Alison – pogrążona w depresji po stracie dziecka zamężna kelnerka. Los, fatum czy też zwyczajny przypadek sprawia, że ta dwójka się spotyka. Potem spotyka ponownie. I raz jeszcze. I pojawiają się rozmowy, spojrzenia, pozory przyjaźni, ekscytacja. Uczucia, im bardziej niedozwolone i ukrywane, tym lepsze. Historia znana, a jednak niemal każdy z 30 odcinków (czwarty sezon pojawi się pod koniec tego roku) przykuł uwagę widzów na całym świecie, twórcom zaś przyniósł niejedną nagrodę. Gdzie więc tajemnica?

Bohaterami „The Affair” są Noah – żonaty i poczwórnie dzieciaty pisarz z kompleksem sukcesu wobec bogatej żony, a także Alison – pogrążona w depresji po stracie dziecka zamężna kelnerka / fot. Showmax

Przecież nie w wydarzeniach. Tych możecie się domyślić, bo znacie je z własnych biografii lub zwierzeń koleżanek. Tu pojawia się wielogłos. Nie ma historii „obiektywnej”. Każdy odcinek podzielony jest na dwie części, a każda z nich to opowieść jednego z bohaterów, Noah lub Alison (potem dodano także narracje współmałżonków). Pozornie te same zdarzenia i te same rozmowy, ale jednak inne. Inne wspomnienie pierwszej randki, inne ubrania i słowa, inny charakter tej drugiej osoby. W wizji Noah Alison jest pewna siebie, zalotna i otwarta. Zawsze ubrana w mini. W wersji Alison ona sama widzi siebie głównie zapłakaną i nerwową. I to ona odrzuca nachalne zaloty Noah. On widzi to inaczej. Wizje ich współmałżonków dodają sytuacji jeszcze więcej pieprzu i kontekstów, rozszerzając spektrum konsekwencji po katastrofę. „The Affair” te niuanse łapie i podaje widzowi na tacy, wykraczając poza stereotypowe narracje genderowe. Każdy uczestnik dramatu ma czas na opowieść, która wytrąca widza z bezpiecznej pozycji sędziego sprawiedliwego.
Reguły szybko stają się jasne. Nikt nie odpisuje w weekendy i popołudniami. Mniemam, że ofiarnie angażują się wówczas w sprawy domowe. Pisują późnymi wieczorami lub z pracy.

„Możesz mieć wszystko, zasługujesz na to, co najlepsze, gdy coś nie wprowadza radości w twoje życie, odrzuć to” – mówią guru od popcoachingu. Millenialsi odrzucają pracę, jeżeli ta nie spełni wszystkich zaplanowanych wymagań, a związki, konsumowane jako produkt służący własnemu zadowoleniu, podlegają podobnej selekcji. Pokolenie Y ma dostęp do ludzi z całego globu, spędza czas w światach wirtualnych ze znajomymi skrojonymi na własne podobieństwo i zastanawia się, czy poliamoria może być odpowiedzią na potrzeby współczesnego człowieka. Jak pisze Emily Witt w książce Seks przyszłości. Nowa wolna miłość, współczesną intymność kształtuje rodzaj kolektywnej samotności, w której dostępne jest wszystko, ale pozostaje nieosadzone w sferze emocjonalnej, która wydawała się konstytutywnym elementem relacji romantycznej. Czy więc za 30 lat dylematy Noah i Alison będą jeszcze zrozumiałe, czy staną się tylko świadectwem dawnych opresji? Bo „The Affair”, opowiadając historię o pokuszeniu i rozczarowaniu, pozostaje opowieścią tradycyjną, opartą na klasycznych dylematach monogamicznej, rodzinnej rzeczywistości.

Według opisu ma 1,80 m i jest szczupłej budowy. W kolejnej wiadomości pyta o moje fantazje i, jako dżentelmen, oferuje, że je spełni.
Jak mówi Esther Perel, autorka książek Inteligencja erotyczna. Seks, kłamstwa i domowe pielesze oraz The state of affairs: Cheating in the age of transparency (która ukaże się wiosną w wydawnictwie Znak), zdradzają też szczęśliwi ludzie, a z intensywnością pozazwiązkowych doświadczeń nie da się konkurować. Bo biologia nie lubi monogamii. Romans wspierają oksytocyna, adrenalina i dopamina; związki małżeńskie… sama oksytocyna. Do tego dochodzą statystyki i znajomi żartujący, że rozwód to choroba wieku średniego, jak ospa w dzieciństwie. Połowa pierwszych małżeństw się rozpada, cztery na pięć związków doświadczą zdrady, większość małżeństw rozwiedzie się przed dziesiątą rocznicą ślubu – do wyboru, do koloru.

Fatalistyczne statystyki mogą budzić zastrzeżenia, ale nie można ich lekceważyć. Kultura bycia w związku się zmienia. Rozstajemy się nie dlatego, że jesteśmy nieszczęśliwi, ale dlatego, że z kimś innym możemy być szczęśliwsi. Dominują rodziny patchworkowe, a stały związek staje się abstrakcyjnym świadectwem życiowego konserwatyzmu. Jednocześnie lista wymagań wobec potencjalnego partnera jest dłuższa niż kiedykolwiek: ma być przyjacielem, kochankiem, partnerem duchowym, opiekunem, kumplem do przygód, zaspokojeniem wszystkich emocjonalnych niepokojów. Czy jedna osoba jest w stanie temu sprostać? A może w duecie jednak nie wszystko można zaśpiewać?
Gdy wspominam, że robię research do tekstu, pan milknie, a moje pytania pozostają bez odpowiedzi. Nie na długo. Kilka godzin później odzywa się inny. Oczywiście żonaty. „Poklikamy”?

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach