Saturday, October 16, 2021
Home / Uroda  / Trauma nie umiera

Trauma nie umiera

Rozmowa z Urszulą Sochacką, scenarzystką i reżyserką, autorką filmu o przekazie poobozowej traumy – o dziecięcych więźniach hitlerowskiego obozu przy ul. Przemysłowej w Łodzi „Nie wolno się brzydko bawić”

Trauma / fot. Wacław Pyzioł, własność Stowarzyszenia U siebie/At home

Trauma / fot. Wacław Pyzioł, własność Stowarzyszenia U siebie/At home

Rozmowa z Urszulą Sochacką, scenarzystką i reżyserką, autorką filmu o przekazie poobozowej traumy – o dziecięcych więźniach hitlerowskiego obozu przy ul. Przemysłowej w Łodzi „Nie wolno się brzydko bawić”

Trauma / fot. Wacław Pyzioł, własność Stowarzyszenia U siebie/At home

Trauma / fot. Wacław Pyzioł, własność Stowarzyszenia U siebie/At home

Walczyłaś o ten film długo…

Cztery lata, od pierwszego impulsu do premiery.

Co było najtrudniejsze?

Najtrudniejsze… nie wiem. Wszystko było trudne, najtrudniejsze (śmiech). Choćby to, jak przekonać byłych więźniów obozu przy Przemysłowej – którzy przez całe życie zabiegali, by ktoś głośno opowiedział o ich obozie, i nic z tego nie wychodziło – że tym razem się uda. Poprzez historię mojego taty byłam jakby jedną z nich. Ale paradoksalnie ta przepustka stała się także przeszkodą. Dobrze, że tak czułam, bo ich rozumiałam, ale i niedobrze, bo cały czas musiałam ze sobą walczyć, żeby nie uciec… Kilka tygodni przed śmiercią taty spędziliśmy jak prawdziwa rodzina. Nie było rozliczeń, przeprosin, ale takie zwykłe, codzienne bycie ludzi, którzy się kochają. I te dobre, ciepłe uczucia dały mi siłę. Ale po zmierzeniu się z pierwszymi opowieściami byłych więźniów pojawił się bunt. To było dla mnie za trudne. Zaczęłam się wściekać na ojca. Wściekałam się, że kolejny raz zmusza mnie, żebym była dorosła za niego. Tak wtedy czułam. A potem okazało się, że zrobił mi numer w swoim stylu (śmiech). Miał poczucie humoru, polot, artystyczną duszę. Teraz widzę, że zabrał mnie na wędrówkę. Dość ekstremalną. Ale chyba wiedział, że jestem na nią gotowa. Kazał mi iść na Przemysłową nie dla niego…

Mówiłaś mi o tajemniczej kartce, którą znalazłaś…

Mam do rzeczy emocjonalny stosunek (śmiech). Nie potrafiłam wyrzucić wszystkiego, jak leci, tylko żegnałam każdą kartkę. Pośród notatek taty, które były jakby listami zza grobu, znalazłam informację o badaniu byłych więźniów niemieckich obozów. To wtedy dowiedziałam się, że tata był w obozie dla dzieci, że chorował, że go bili po głowie… W szpitalu, przed jego śmiercią, nie wiedziałam o obozie, o biciu… ale pamiętam wręcz obsesyjną myśl, żeby pogładzić go po biednej, łysej głowie, i to, jak głupio mi było z tego powodu. U nas w domu się nie przytulało. Dziś myślę, że to był początek… drogi do mojego taty, do samej siebie.

Czyli wcześniej nie wiedziałaś, że ojciec był więźniem obozu?

Nie! Kiedy znalazłam tamtą kartkę, nie mogłam w sobie pomieścić tego, co czułam. Chciałam biec do ojca. Chyba pierwszy raz w życiu poczułam, że za nim tęsknię. Nie mogłam pojąć – jak to? Był w obozie i myśmy nigdy o tym nie rozmawiali? Nagle przestrzeń, która zawsze nas dzieliła, zmniejszyła się. Zaczęłam szukać tego momentu, gdy zgubiliśmy siebie nawzajem. Czułam się winna – za mamę, za moją siostrę, za siebie samą. Jak mogłyśmy go tak zostawić? Zadawałam pytanie za pytaniem. I wtedy okazało się, że muszę sobie sama na nie odpowiedzieć, bo prawie nic nie napisano o obozie przy Przemysłowej i prawie nikt nic o nim nie wiedział. Zaczęłam szukać byłych więźniów. I poczułam, że rozmawiając z nimi, rozmawiam z tatą, nazywam jego i swoje emocje. I przyszło pierwsze rozgrzeszenie. Nasz dom nie był wyjątkiem, w innych także nie rozmawiało się o obozie. O tym nie ma jak rozmawiać z najbliższymi.

Bałaś się?

Cały czas. Bałam się, wstydziłam, bolało, czułam obrzydzenie, śmierć, miałam dziwne sny, nie rozumiałam, coś się rozjaśniało… Huśtawka emocji. Pierwsze telefony wykonywali na moją prośbę moi przyjaciele. Ja nie miałam siły. A wiedziałam, że muszę iść, muszę rozmawiać, że kończy mi się czas, bo dawni więźniowie odchodzą. I jednocześnie oddałabym wszystko, żeby nie musieć tego robić. A potem jeździłam po Polsce, rozmawiałam z nimi, i po każdej takiej rozmowie dwa dni leżałam w łóżku, choć „nic się przecież nie stało”. Zaczęłam sobie przypominać, że kiedyś, gdy byłam jeszcze dzieckiem, ktoś w rodzinie mówił, że tata w dzieciństwie „gdzieś” był. Niewiele było w tym współczucia, za to sporo podejrzliwości, winy, wstydu, brudu… Zbliżając się do historii obozu, naprawdę się bałam, że będę się musiała za ojca wstydzić. Nie docierało do mnie, że przecież był wtedy Stasiem, małym chłopcem. Patrzyłam na obóz i mojego ojca przez pryzmat dorosłego Stanisława, kiepskiego ojca i męża, który „widocznie znowu coś wykombinował”, że go tam zamknęli. Taki do dziś bywa odbiór tego obozu – ludzie mówią, że tam zamykali chuliganów. Tak sugerowała jego niemiecka nazwa. Byli więźniowie z Przemysłowej ciągle walczą o bycie „porządnym więźniem porządnego, pełnowartościowego obozu”. Dzisiaj wiem, że łatwiej nam było odsunąć się od taty, niż zbliżyć się do tego, co mu zrobiono w obozie.

Czy myślisz o sobie „jestem odważna”?

Nie! Ja jestem wielkim tchórzem!

Po tym filmie też nie przychodzi Ci do głowy, że miałaś dużo odwagi? Zmierzyłaś się ze sobą, swoje lęki pokazałaś widzom, opowiedziałaś o tym, co większość chowa na samym dnie.

Czuję raczej wiele daremności w tym wszystkim. Byłam niedawno w Łodzi, gdzie odbierałam medal „Serce Dziecku”, przyznany na wniosek Szkoły Podstawowej nr 81 im. Bohaterskich Dzieci Łodzi, która bardzo mi pomagała przy realizacji filmu. To odznaczenie przyznaje dziecięca kapituła, przedstawiciele szkół z całego województwa łódzkiego. Wręczono mi go pod pomnikiem „Pękniętego Serca” w trakcie uroczystości upamiętniającej obóz. Powinnam być dumna, powinnam się cieszyć. Tym bardziej że to pierwsza nagroda za film. A mnie się zupełnie pomieszały uczucia, śmiałam się i płakałam, i myślałam sobie: ale po co to wszystko? Ci, którzy mogliby wreszcie odetchnąć, poczuć spokój, odeszli, już ich nie ma. Zrobiłam ten film dla nich i właściwie nie mam z kim się nim podzielić. Wielu nie doczekało premiery. Choć niektórzy mówią, że wreszcie mogli się spokojnie „odmeldować” właśnie dlatego, że byli pewni, że tym razem ktoś o Przemysłowej usłyszy. Chcę w to wierzyć. Z drugiej strony jest w tym filmie taki poziom przenicowania siebie, nazwania po imieniu strachu, cierpienia, złości, że wielu ludzi go odrzuci, odejdzie.

Masz do nich żal?

Nie. Tylko chyba nie miałabym siły na drugi raz (śmiech). Na początku wiedziałam, że muszę to zrobić. Nie zastanawiałam się, jak bardzo to może być trudne. I może lepiej.

Film miał już swoją polską premierę.

Tak. Premiera odbyła się w Łodzi, w styczniu tego roku. Wielu spodziewało się filmu historycznego o nieznanym obozie dla dzieci i młodzieży przy ul. Przemysłowej w Łodzi, i to, co zobaczyli, zaskoczyło ich. Wątek historii jest w nim bardzo ważny, ale to jest właściwie opowieść o czasach współczesnych. O przekazie traumy, o tym, co robi z tymi, którzy byli w obozie, i z ich rodzinami. Ludzie nie mają świadomości, jak to, co zrobiono małym więźniom hitlerowskiego obozu, mocno tkwi w ich dzieciach i psuje im życie. Niektórzy mówią: „Co drugie pokolenie może wiedzieć o wojnie? Co tam ono może czuć?”. Ja też słyszałam: „Znowu ta wojna? Dajmy już spokój z tą wojną, idźmy do przodu!”. Obawiałam się, że biorę się za temat bardzo nieaktualny i szczegółowo, jak sądziłam, opracowany. A teraz myślę sobie, że my nie tylko nie zakończyliśmy procesu rozliczania się z emocjonalną historią II wojny światowej, ale jeszcze go na dobre nie zaczęliśmy. Jesteśmy jakby „zaśnieni”. Wiele w nas frustracji, łez, agresji, zachowań „obozowych”. Nie mamy siły, by zmierzyć się z tym, co było i – w dużej mierze – trwa. Przeszłość, z szacunku dla niej, zamknęliśmy w gablotach i czujemy się rozgrzeszeni. A ona chce z nami po prostu pogadać.

Film był już wyświetlany także w Niemczech. Czy dostrzegłaś jakąś różnicę w jego odbiorze?

Nie dzieliłabym odbioru tego filmu na polski i niemiecki. To raczej podział na ludzi – na tych, którzy chcą mu ofiarować swoją cierpliwość, wrażliwość, osobistą przestrzeń, i tych, którzy odwrócą od niego głowę, zdenerwują się na niego, obrażą, obwinią go, że jest taki czy inny. Kiedyś pomyślałam sobie, że ten film jest jak dziecko. Czasem wkurza, bo działa na emocje, zawłaszcza uwagę, wywołuje płacz. Ale też może dać coś, po co może warto sięgnąć. To film dla ludzi, którzy nie boją się siebie, albo też nie boją się siebie bać (śmiech). W trakcie niemieckiej premiery zmartwił mnie widok młodej dziewczyny, która nie czytała gęstych niemieckich napisów, bo cały czas szukała czegoś w torebce. Przegrałam! – pomyślałam. Jeśli młodzi ludzie odrzucą ten film, choć jego forma powinna przemówić mocniej do nich niż do starszego pokolenia… Po pokazie podeszła do mnie. Okazało się, że nie czytała, bo zna polski, w torebce szukała chusteczek, żeby obetrzeć mokre oczy, była cała w emocjach… teraz jest w trakcie organizowania pokazów mojego filmu dla studentów uniwersytetu we Frankfurcie.

Kiedy i gdzie zobaczymy ten film w Krakowie?

Nie znam dokładnej daty, ale myślę, że najpóźniej w październiku. Można zerkać na stronę www.usiebie.eu. Tam niedługo pojawi się kalendarz pokazów.

Rozmawiała Anna Laszczka 

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach