Home / Kultura  / TOP 4 premier filmowych na styczeń i luty 2019

TOP 4 premier filmowych na styczeń i luty 2019

Na film czy do kina?

faworyta

Kadr z filmu „Faworyta” / fot. materiały prasowe

Mamy nowy rok i kolejny sezon oscarowy – czytaj: kolejny pretekst, żeby tej zimy nie wychodzić z kina. Zwłaszcza, że styczeń i luty obfitują nie tylko w kreacje aktorskie na miarę Nagród Akademii (od Julii Roberts po Timothée’ego Chalameta), ale przede wszystkim w intensywne emocje i świetnie opowiedziane historie

 

Powrót Bena

Reżyser Peter Hedges (przed laty scenarzysta uwielbianego w latach 90. „Co gryzie Gilberta Grape’a”), określił główną bohaterkę swego filmu jako „matkę matek”. Autor pewnej recenzji napisał zaś, że „Powrót Bena” mógł się udać tylko dzięki jednej aktorce, Julii Roberts, która, jak żadna inna, potrafi uosabiać radość, troskę, lęk i przebaczenie. Ponieważ wbrew tytułowi oraz obecności utalentowanego i coraz bardziej popularnego Lucasa Hedgesa, to właśnie Julia i grana przez nią Holly są sercem i duszą tej poruszającej opowieści.
Odkąd pojawiła się na ekranie jako impulsywna Daisy Araujo w komediodramacie „Mystic Pizza” Donalda Petrie’ego, a następnie w roli najsympatyczniejszej prostytutki w historii kina, czyli „Pretty Woman” Garry’ego Marshalla, z miejsca oznajmiła światu, że oto narodziła się Gwiazda z niezaprzeczalnym talentem, urokiem osobistym i uśmiechem zniewalającym nawet jak na hollywoodzkie standardy. Z czasem Roberts z ikony komedii romantycznych wyrosła na dojrzałą aktorkę dramatyczną. Upływające lata zdają się działać na jej korzyść: nie traci nic ze swojego wdzięku, pogłębiając zakres artystycznej ekspresji. Co odnotowują krytycy i koledzy po fachu, przyznając jej liczne nagrody i nominacje. Nie będę zaskoczona, jeśli i w tym roku jej nazwisko pojawi się wśród kandydatek do Oscara. Tym bardziej, że „Powrót Bena” to jednocześnie modelowy wyciskacz łez (pozycja obowiązkowa dla wielbicielek melodramatów macierzyńskich), który w pewnym momencie skręca w stronę thrillera, oraz historia na ważny i aktualny temat. Rzecz dzieje się w Boże Narodzenie. Na łono rodziny Burnsów niespodziewanie wraca syn marnotrawny, uzależniony od narkotyków Ben, który przerywa odwyk, by spędzić święta z najbliższymi. Jedyną osobą, która zdaje się cieszyć z jego przyjazdu jest matka (inni członkowie familii zbyt dobrze pamiętają przykre wybryki z poprzednich lat). Ale i ona nie kryje niepokoju, prewencyjnie usuwając z drogi syna ewentualne pokusy i obiecując sobie nie spuszczać z niego wzroku.
Mimo wspomnianych wcześniej atrakcji narracyjnych i obsadowych, „Powrót Bena” to niezaprzeczalnie one woman show. Dlatego, choć można by wypunktować co najmniej kilka niedoskonałości filmu, warto o nich zapomnieć w obliczu kunsztu aktorki. Jedno spojrzenie Julii Roberts, jeden delikatny gest czy grymas wystarczają bowiem, by przekazać całą gamę targających jej postacią emocji. Holly zdarza się balansować na granicy tego, co dopuszczalne, nawet w ramach miłości matki do dziecka, a Roberts momentami ociera się o przesadę, jednak wszystko to czyni jej bohaterkę jeszcze bardziej wiarygodną, a film ratuje przed pułapką sentymentalizmu.

Mój piękny syn

Bilety na „Powrót Bena” powinny być sprzedawane w pakiecie z chusteczkami higienicznymi i wejściówkami na kolejny film, który wchodzi na polskie ekrany mniej więcej w tym samym czasie. Tym razem na walkę z uzależnieniem syna patrzymy oczami jego ojca i chociaż to mężczyźni dominują w tej opowieści, nie mogłam jej pominąć ze względu na obecność najpiękniejszego chłopca Hollywood, czyli Timothée’ego Chalameta. Szczególnie, że partneruje mu Steve Carell, aktor, który od kilku lat udowadnia, że znakomicie sprawdza się nie tylko w repertuarze komediowym.

Zabawa, zabawa

Nie mniej intensywne wrażenia filmowe czekają nas na rodzimym podwórku. W kinach gości bowiem nowy film Kingi Dębskiej, która porwała Polaków słodko-gorzkimi „Moimi córkami krowami”. Tym razem reżyserka opowiada o pułapkach (zbyt?) dobrej zabawy, która w nadwiślańskiej tradycji nie może obejść się bez alkoholu. Jak na specjalistkę od śmiechu przez łzy przystało, zamiast pijackiej smuty w stylu Wojciecha Smarzowskiego, serwuje nam komediodramat o obliczach kobiecego nałogu, opowiadany z żeńskiej perspektywy. A że grają w nim m.in. Dorota Kolak i Agata Kulesza, o rezultat możemy być spokojne.

Faworyta

Zestawienie kończę filmem, który zapowiada się jako najbardziej spektakularny i ekscentryczny, przynajmniej biorąc pod uwagę dotychczasowy dorobek jego reżysera. Yorgos Lanthimos, ekspert od wytrącania widza ze sfery komfortu, po kontrowersyjnej historii pewnej „nietypowej” greckiej rodziny i antyutopijnej wizji świata bez singli, postanowił odbyć podróż do XVIII-wiecznej Anglii. W „Faworycie” z właściwym sobie poczuciem humoru i wrażliwością na przejawy absurdu przygląda się wzajemnej fascynacji, zależności i rywalizacji trzech kobiet. Elektryzującej dzięki tercetowi Olivii Colman, Rachel Weisz i Emmy Stone.

Ewa Szponar

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach