Friday, September 17, 2021
Home / POLECAMY  / Związek z narcyzem. Byłam taka szczęśliwa! (prawdziwe historie)

Związek z narcyzem. Byłam taka szczęśliwa! (prawdziwe historie)

Przemoc ma wiele odcieni. Toksyczny związek z narcyzem możesz pomylić ze szczęściem

Związek z narcyzem

Czasem związek, który wydaje się być bajką, okazuje się toksyczny . Fot. Pixaby

Troszczy się o ciebie. Świata poza tobą nie widzi. Rozumie twoje potrzeby i zna twoje najgłębsze sekrety. Gdzie ty, tam i on. Ty jesteś jego księżniczką, a on twoim księciem.

Gdy jesteś dziewczynką marzysz, by spotkać tak wielką miłość w swoim życiu, jednak takie historie dobrze wyglądają tylko w bajce. Gdy dzieją się w życiu, niech zapalą cie się w głowie czerwone lampki, niech zabiją dzwony na alarm, bo… bajka może się zmienić w horror. Posłuchaj ku przestrodze tych dwóch opowieści, który wydarzyły się nie za siedmioma lasami i siedmioma górami, a tu, obok, być może u twojej znajomej

Ania: „Kontrolował nawet mój sen ”

Kiedy mama umierała, powiedziała mi, że bardzo się boi, że mój mąż mnie skrzywdzi. Roześmiałam się, bo byłam wtedy przekonana, że to niemożliwe. Byłam też zaskoczona, bo przecież zawsze była nim oczarowana. Miałam najbardziej kochającego i troskliwego mężczyznę, jakiego można sobie wymarzyć. Byłam taka szczęśliwa! To, że mój związek był przemocowy, zrozumiałam dwa lata po rozwodzie. Przez dziesięć lat nie widziałam klatki, w której trzymał mnie mąż, jedynie złoto, z którego była zbudowana. Moim zdaniem, żyjąc w związku z narcyzem, nie miałam szansy tego dostrzec.

Przemoc miewa tak subtelne odcienie, że kiedy tkwisz w toksycznym związku, nie zdajesz sobie z tego sprawy. Myślisz, że żyjesz normalnie, nie widzisz jak dzień po dniu, kropla za kroplą, sączy się w twoje życie trucizna. Narcyz to podobno jedyna kategoria osobowości, z którą nie da się pracować na terapii, bo jest niereformowalny. Kiedy odbierze mu się zewnętrzny obraz siebie, pozostaje pustka.

Na początku znajomości nosi cię na rękach. Jesteś księżniczką. On cię zagłaskuje i krok po kroku odcina od świata, bo nikt inny nie jest dla was wystarczająco dobry. Nie widzisz, kiedy twój dom staje się pusty, znajomi zaczynają znikać z twojego życia, osłabiają się kontakty z rodziną. Mieliście kogoś odwiedzić, ale „może lepiej spędźmy czas razem, pojedźmy gdzieś tylko we dwoje”. Nagle się orientujesz, że on jest dla ciebie całym światem i ty jesteś dla niego całym światem i… zaczyna ci brakować powietrza.

Narcyz zamyka cię w klatce i wysysa z ciebie energię. Siła wartości, które wnosiłaś do związku, twoje relacje, kreatywność, zostają przekierowane na niego, żeby zapełnić dziurę braku miłości, którą w sobie nosi. Bo narcyz, chociaż sprawia wrażenie super pewnego siebie, tak naprawdę ma niskie poczucie własnej wartości. Dlatego wybiera partnerkę, która też ma tu jakieś braki. Najpierw pokazuje jej, że jest najpiękniejsza i najważniejsza na świecie, po to, żeby ją uzależnić, a potem wysysa z niej resztki jej poczucia wartości.

Funkcjonowaliśmy doskonale jako para. Wydawało mi się, że jestem szczęściarą. Iluzja skończyła się, gdy przestał mi wystarczać i potrzebowałam częściej spotykać się także z innymi ludźmi. Zbuntowałam się więc przeciwko izolacji. Co gorsza, zaczęłam odnosić sukcesy także w obszarach, które nie były związane z nim. Bo wcześniej byliśmy zawsze razem – w pracy razem, w domu razem.

Mój narcyz był nietypowy, bo nie mówił mi o tym, jak bardzo mu to nie pasuje. Po prostu pewnego dnia mnie rzucił. Przeżyłam szok. Nie rozumiałam, dlaczego mnie zostawił. Jednym z argumentów było to, że nie kocham go wystarczająco mocno, nie spędzamy ze sobą wystarczająco dużo czasu, za mało rzeczy robimy razem. Nie miałam wtedy pojęcia, że gdy zaczęłam się uwalniać, usamodzielniać, on stracił grunt pod nogami. Przez długi czas wydawało mi się, że coś ze mną było nie tak, że byłam dla niego nie dość wystarczająca. Nie wiedziałam nic o narcyzach, aż przeczytałam artykuł Mirosława Czarko-Wasiutycza o dynamice związków z narcyzami i usiadłam z wrażenia. To był tekst o mnie!

Zaczęłam sobie przypominać różne sytuacje, które wydawały mi się naturalne lub interpretowałam je na korzyść związku, a z zewnątrz, z dystansu, wyglądają niepokojąco.
1. W narcyzach tkwi ogromna potrzeba kontroli. Nie widziałam tego, że jestem w złotej klatce. Żyłam w głębokim przekonaniu, że mam cudownego męża, który o mnie dba. Gdy gdzieś wychodziłam, zazwyczaj nalegał, żeby mnie odwieźć i potem przywieźć. Myślałam że się troszczy, a on mnie pilnował.
2. Dla narcyza najważniejszą osobą w związku jest on sam. Miałam zabieg inseminacji, bo długo bezskutecznie staraliśmy się o dziecko. Następnego dnia bardzo źle się poczułam, zaczęłam krwawić i mdleć, było ze mną kiepsko. Mąż pracował w tym dniu w domu, w drugim pokoju. Powiedziałam mu, co się ze mną dzieje, ale odparł, że ma teraz ważną rozmowę. Byłam tak przerażona, że zadzwoniłam na pogotowie. Karetka przyjechała.

Lekarz zbadał mnie i zapytał, czy jestem sama w domu. Gdy powiedziałam, że nie, że jest mój mąż, padło pytanie: Czy mąż stosuje wobec pani przemoc? Skądże, zaśmiałam się, on jest po prostu bardzo zajęty.

3. Niedawno uświadomiłam sobie, że… zabraniał mi spać. Byłam w kiepskim stanie, myślę, że miałam depresję, która objawiała się bezsennością. Miesiącami budziłam się o trzeciej, czwartej nad ranem i nie mogłam już zasnąć. Postanowiłam więc, że będę chodzić spać wcześniej, około 22, żeby przynajmniej kilka godzin przespać. Ale kiedy się kładłam, mąż przychodził z salonu do sypialni, włączał lampkę i mówił, że chce czytać książkę. Powtarzał, że ma prawo poczytać sobie nocą w łóżku, kiedy ma na to ochotę i to mój problem, że nie mogę zasnąć przy świetle. Nie rozumiałam tego, ale też nie postrzegałam jego zachowania jako przemocy.

Rozstanie przeżyłam traumatycznie, myślałam, że jestem sama, bez rodziny i bez znajomych, bo przecież zostali oni systematycznie wyrugowani z naszego życia. Okazało się na szczęście, że ci znajomi ciągle są. To oni zaczęli mi uświadamiać pewne rzeczy, np. to że nie mieli ochoty przychodzić do naszego domu, bo czuli, że mąż ich z niego wypycha, nie chce ich odwiedzin.
Znajomi mówili, że było coś dziwnego w naszym związku, wiedzieli, że byłam od nich izolowana, ale oni też nie zdefiniowaliby tej relacji jako toksyczna czy przemocowa. Z obecnej perspektywy, gdybym miała wymienić jakieś sygnały, które świadczą o tym, że w związku dochodzi do przemocy psychicznej, zwróciłabym uwagę na dwie rzeczy.
Po pierwsze – izolowanie, odcinanie od znajomych i rodziny.
Po drugie – przyjrzenie się czy partner czegoś zabrania. Joanna Pachla na swoim profilu na IG pytaniem „Czego zabraniał ci twój facet”, otwarła puszkę Pandory.

Odpowiedzi są szokujące: znieczulenia przy porodzie, malowania ust, noszenia szpilek, wizyt u psychologa, malowania paznokci, śmiania się na ulicy, drzemki w ciągu dnia, spania rano dłużej niż on, pracy, studiów, USG dopochowowego u ginekologa, wychodzenia z domu bez niego, przebywania sam na sam z jakimkolwiek innym mężczyzną. Jest tam cały katalog zachowań przemocowych.

Moim zdaniem – siedząc w tej klatce, nie miałam szansy dostrzec, gdzie jestem. Mechanizm przemocy i osaczania jest tak subtelny, jakby cię pajęczyna oplatała, powoli i nawet się nie orientujesz, że jesteś już zamknięta w kokonie. Naprawdę myślisz, że ten ktoś się mega troszczy, że jesteś najważniejsza na świecie, super ważna, kochana. Musi się wydarzyć coś naprawdę mocnego, aby nastąpił moment przebudzenia. U mnie decydujące było podążenie za moimi zainteresowaniami. Gdy pracowaliśmy razem, nigdy nie byłam sama. A gdy pierwszy raz wyjechałam bez niego na kilka dni, poczuł się odrzucony. Pojawienie się w moim życiu przestrzeni, odrębnej od niego, uruchomiło w nim wtórną traumę odrzucenia. Zaczął więc szukać kogoś innego, kto poświęci mu się całkowicie. Bo ja – według niego – niewystarczająco go kochałam.

 

Zobacz też: Jak wybaczyć zdradę

 

Małgorzata: „Ataki paniki mam do dziś”

Mój książę mnie wybrał, a ja oddałam mu całą siebie. Postawił mnie na piedestale, a potem z niego zrzucił. W jednej chwili odebrał mi całą pewność siebie, stałam się nieważna, stałam się nikim.
Kilkanaście lat po ślubie moje małżeństwo wyglądało nijako. Nie rozsypało się całkiem tylko dlatego, że wiele rzeczy zamiatałam pod dywan, przede wszystkim to, że pił. Nie chciałam, żeby syn widział, że jego ojciec jest alkoholikiem. Ponieważ zawsze od życia pragnęłam więcej, dla domu i dla siebie, energii dodawały mi sukcesy w pracy, a w tym czasie mąż coraz częściej zaglądał do kieliszka. Poczułam jak wszystko mnie przytłacza. I wtedy zjawił się on. Książę na białym rumaku.
Był przystojny, szarmancki, z poczuciem humoru. Okazywał zainteresowanie, czułość, ujął mnie spontanicznością i kreatywnością, jego komplementy wprowadzały mnie w zachwyt, dawały poczucie, że rosnę. Czułam się przy nim kobieca, dowartościowana, najważniejsza. On sam też przyciągał uwagę, zawsze musiał być w centrum. Czarował wszystkich dookoła, oczarował i mnie.

Wcześniej myślałam, że taka miłość może się zdarzyć tylko w bajce, a tymczasem doświadczyłam jej naprawdę. Byliśmy nierozłączni, zapatrzeni w siebie. Początkowo nie wierzyłam, że to możliwe, nawet zaczęłam sprawdzać informację o nim. I mimo niezbyt przychylnych opinii na jego temat, fascynacja była tak ogromna, że podjęłam decyzję – tak, wchodzę w to. Przecież on jest inny niż twierdzą ludzie. Nieważne, że miałam męża, a on był żonaty. Miłość przysłoniła mi oczy. Zaczęliśmy planować wspólną przyszłość, marzyć i stawiać sobie cele.

Kiedy go poznałam, był w finansowej dziurze, chociaż dobrze to ukrywał. Ale ja nigdy nie leciałam na kasę, dlatego tym bardziej się zaangażowałam w związek, przecież każdemu zdarza się popłynąć. Żeby mój książę czuł się lepiej, oddawałam mu całą siebie, także swoje pieniądze. Dbałam o niego i troszczyłam się o to, byśmy szli równo w parze. On to wykorzystał. Dzięki mnie stanął na nogi. Pomogłam mu wyjść z długów, przelewałam mu pieniądze, gdy mówił, że ma zablokowane konto. I oczywiście powtarzałam mu, że jest mądry, obrotny, wspaniały, że da radę. Wierzyłam, wspierałam.
Byliśmy świetną parą już od dwóch lat, wszyscy znajomi o nas wiedzieli, gdy nastąpił kompletnie nieoczekiwany dla mnie zwrot akcji.

Kiedy już wydawało mi się, że książę jest zaspokojony i mam czas na realizację siebie, on wszystko, co zdobył przy mnie, poczucie własnej wartości, pieniądze; wszystko o czym mówił i planował ze mną, mieszkanie, urlopy, wspólne SPA – zwinął mi sprzed nosa i zaniósł do swojej żony, o której przez cały czas naszego związku źle się wyrażał.

A mnie usunął się grunt spod nóg. Nie wiedziałam, co się dzieje. Rozsypałam się całkiem. Miałam ataki paniki, bałam się wyjść na ulicę. Ataki towarzyszą mi do dzisiaj. To trauma, która długo ze mną zostanie.
Kiedy książę stanął na szczycie – spojrzał na mnie z góry. Kiedy ja potrzebowałam pomocy, wsparcia, rozmowy – przestałam być ważna. Czułam się już bezużyteczna, zużyta, niepotrzebna. Upominając się o cokolwiek, o słowo, gest – żebrząc już potem o czułość – sama stałam się toksyczna. Zaczął mnie unikać, a w rozmowach odwracać kota ogonem. Wzbudzał poczucie winy, wstydu. Z księżniczki stałam się ofiarą. Za to, gdy spotykał mnie jakikolwiek pozytywny gest z jego strony, skakałam z radości. Że dał coś, zabrał do kina, przytulił. To była sinusoida, bo raz dawał, potem znów odbierał. Żebrałam jak zwierzę i cieszyłam się każdym kęsem, który mi rzucił. Upadłam na dno, finansowo, emocjonalnie i zdrowotnie. Wpadłam w depresję.
Gdy czar prysnął, włączyła mi się obserwacja. Pamiętam różne sceny z naszego niby cudownego życia. Padał deszcz, książę miał w samochodzie dwie parasolki, jedną dużą, wypasioną, a drugą byle jaką, poniszczoną. Dał mi tę zniszczoną. Wówczas tego nie widziałam, że przecież on musi błyszczeć nawet z parasolką.
Za pieniądze, które zarabiał kupował drogie garnitury, okulary i zegarki, ale nie dla mnie, tylko dla siebie. Nigdy od niego nic nie dostałam, nawet prezentu na urodziny.

Albo to: Książę był typem bardzo pedantycznym. Przeszkadzał mu nawet najmniejszy śmieć na podłodze. Kiedy byłam w depresji i siedziałam w mieszkaniu odwiedzał mnie czasem, a ja wówczas w lęku przed krytyką sprzątałam jak kopciuszek całe mieszkanie, żeby błyszczało. On przyjeżdżał, wypijał kawę, po czym sprzątał po mnie, żeby mi pokazać, że źle to zrobiłam.

Gdyby tylko odszedł, pewnie do dzisiaj uleczyłabym rany, ale on znikał, po czym pojawiał się, żeby pochwalić się, pokazać, jaki jest wspaniały, jakie robi biznesy. Byłam tak zapatrzona w iluzję miłości i szczęścia, które mi daje, że zaczęłam się godzić się na wszystko – skoro nie mogę mieć go w całości, to przynajmniej będę jego kochanką. Wydawało mi się, że energia, którą mi daje, jest wystarczającym wynagrodzeniem. Tylko, że on już od dawna nie dawał mi energii, ale ją ze mnie wysysał.
Proces wychodzenia z tego związku trwał ponad dwa lata (a tak naprawdę jeszcze trwa). Sprawę utrudniało to, że niestety często się widujemy z przyczyn zawodowych. Nie miałam odwagi go zablokować w aplikacjach, więc pisał, że tęskni, że może kawa, że jestem cudowna. Bywało, że jego słowa mnie uwodziły, poddawałam się jego gierkom. Chciałam być lepsza od jego żony, zaczęłam się z nią porównywać, a potem obwiniać, że jestem beznadziejna, gdyż i tak do niej wraca.
Pomogły mi anioły, czyli ludzie, którzy w odpowiednim momencie spotkali się ze mną, porozmawiali, sprawili, że na nowo zaczęłam w siebie wierzyć. Pomogły mi też książki, które zaczęłam czytać, żeby odpuścić. Gdy jest mi źle, myślę, że wszystko dzieje się tak, jak ma być. Poszłam na terapię, ale szybko zrezygnowałam, psycholożka zamiast mnie wzmocnić, jeszcze bardziej mnie upodliła, przerzucając całą winę na mnie. Więcej dały mi spotkania z coachką pod kątem budowania poczucia wartości. Przeszłam też proces Radykalnego Wybaczania. To mnie uwolniło. Każdemu polecam. Wybaczyłam sobie, by się uwolnić od stresu i napięcia, złości i nienawiści. Wybaczyłam też jemu, że tak bardzo mnie skrzywdził.

W jakim jestem miejscu? Są momenty, gdy czuję się mega silna. Ale nie stoję jeszcze w pozycji w pełni wyprostowanej. Nie chcę już znać mojego księcia, nie ufam mu, ale… miewam momenty załamania – ta wizja, ta iluzja nas zakochanych, gubi mnie czasem. Wiem, że sobie bez niego poradzę, ale to, że widuję go zawodowo nie pomaga mi.

Ostatnio, kiedy już wydawało mi się, że zakończyłam tamtą relację i odzyskałam siebie, on znowu zaczął do mnie pisać, okazywać zainteresowanie, wypytywać jak się czuję, zapewniać o swoich uczuciach i powtarzać, że nie wyobraża sobie życia beze mnie.

Znowu wprowadza mnie w stan dezorientacji. Mówi, że z żoną mu się nie układa, potem twierdzi, że jest przyzwoicie. Mówi to, co chcę usłyszeć w danym momencie. Słodzi słowami i mimo iż wiem, że to kłamstwa, brzmią one tak wiarygodne, że często się zastanawiam, czy to coś ze mną nie tak, czy z nim? To silniejsze ode mnie.

 

Zobacz też: Borderline? Zawsze chciałam to mieć

 

Kim jest narcyz i jak go rozpoznać (komentarz ekspertki)

Beata Liwowska, psycholożka i psychoterapeutka, mówi:
Człowieka z osobowością narcystyczną charakteryzuje wewnętrzne poczucie słabości, niższości, uczucie wstydu, a także lęk lub silna niechęć do kontaktowania się z tymi uczuciami. Stąd narcyz rozwija różne mechanizmy obronne mające na celu kompensację owego stanu. Rozpoznaje się dwa typy narcyzów. W pierwszym przypadku, niska samoocena może być kompensowana poprzez postawę wielkościową, czyli skupianie się tylko na sobie i na własnych potrzebach. Jeśli związałaś się z taką osobą, to masz poczucie, że jesteś w tej relacji nieważna, że nie jest istotne, co mówisz czy myślisz. Jedyne momenty, gdy odczuwasz, że masz jakiekolwiek znaczenie, są wtedy, gdy podziwiasz partnera, chwalisz go, czy potwierdzasz jego ważność.

Bo wspólne dla wszystkich narcyzów jest to, że w relacji potrzebują wpływu, podziwu i aprobaty. Jak tego zabraknie, związek nie przetrwa. Narcyzi nie potrafią znieść krytyki. Jest ona dla nich tak raniąca, że najczęściej kończy relację.

Narcyzi pierwszego typu używają często prymitywnego mechanizmu idealizacji i dewaluacji, dzięki czemu postrzegają  siebie jako  osobę „wszechmocną” i „wszechwiedzącą”. To daje poczucie bezpieczeństwa i możliwość uwolnienia się od niepewności, wstydu i lęku.  Powstaje natomiast ciągła potrzeba udowadniania swojej atrakcyjności, władzy, sławy czy wpływu na innych. Taki narcyz z chęcią  opowiada o sobie, o tym, w czym jest najlepszy, co mu się fantastycznego wydarzyło. Idealizuje siebie, a jednocześnie dewaluuje Ciebie i wydaje się mu oczywiste, że może to robić, bo jedyne o czym marzysz to utwierdzić się w tym, z jakim cudownym mężczyzną jesteś w związku.

Drugi typ narcyza jest łagodniejszy. On też dewaluuje, ale siebie, a idealizuje Ciebie. Stąd połączenie  z atrakcyjną, wyjątkową, mądrą partnerką pozwoli mu poczuć się bezpiecznie i równie wyjątkowo. Ten typ narcyza jest niepozorny, bo wydaje się, że jest uroczy, empatyczny i troszczący się o Ciebie.
Na początku jesteś cudowna, można Cię na rękach nosić, ale potem mechanizm idealizacji przeradza się w dewaluację, gdy minie okres zakochania albo gdy partnerka przestaje się narcyzem wyłącznie zachwycać, zaczyna od niego wymagać, krytykować albo stawiać granice. W związku z narcyzm, nie ma znaczenia, kim jesteś, ale jaką pełnisz funkcję, a więc czy go podziwiasz, czy poświęcasz mu wystarczająco dużo czasu i uwagi.
Tak było w pierwszej historii, opowiadanej przez Anię. To był narcyz drugiego typu, ten mniej pozorny, który wkracza w świat partnerki z symbiotyczną miłością pochłaniając jej osobistą przestrzeń.
W drugiej historii mamy do czynienia z typowym, skupionym na sobie narcyzem, kompensującym własne niskie poczucie wartości zewnętrznymi elementami, także atrakcyjną kobietą, która jest jego uzupełnieniem, przedłużeniem. Jednak po okresie idealizowania musi przyjść w takim związku okres dewaluacji. Gdy narcyz znajduje cudowną osobę, ona przez chwilę wypełnia w nim pustkę, ale potem  okaże się, że ona też nie jest idealna, i wtedy narcyz musi odejść.

Narcystyczny charakter kształtuje się w rodzinie, w której non stop odbywa się ocenianie.

Wcale nie musi to być tylko ocenianie negatywne, pozytywne też – chwalenie, podziwianie, mówienie cały czas „jesteś wspaniały/wspaniała”. Dziecko doskonale czuje, że to nieprawda, że nie zawsze jest wspaniałe, więc zaczyna żyć w lęku, że prawda się wyda, że ktoś to odkryje i nie będzie już kochane. Gdy dorośnie, będzie żyło w przekonaniu, że musi utrzymywać fałszywą wizję siebie. Trudno tworzyć wartościowe relacje, kiedy żyje się w lęku, że wyda się nasze prawdziwe oblicze.

 

Zobacz też: Kryzys wieku średniego u mężczyzn

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Oceń artykuł
2 komentarze
  • Avatar
    Magda 4 sierpnia, 2021

    Ja nie wiem czy mój mąż był ,jest narcyzem ,ale wiem ,ze przez dwadzieścia osiem lat żyłam w związku przemocowym w którym zazdrość i chęć mojej izolacji, która mu się udała, była bardzo mocna .Dopiero tragedia ,kiedy syn stanął w mojej obronie i zaatakował ojca ,niejako uwolniła mnie od mojego oprawcy. Uczę się żyć od nowa ,ale to bardzo ,bardzo trudne.
    i wiem jakie pytania będą ,a nie mogłaś odejść wcześniej? Widocznie nie ….Wiem jak teraz jest mi trudno, chociaż mam już duże dzieci ,które mnie bardzo wspierają i wiem też dlaczego kobiety ,które mają małe dzieci bardzo często uciekaja ,ale za chwilę wracają do oprawców…Teraz już to wiem

    • Redakcja MIASTA KOBIET
      Redakcja MIASTA KOBIET 4 sierpnia, 2021

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach