Thursday, May 23, 2024
Home / Ludzie  / Prawdziwe historie  / To milicja zrobiła ze mnie złodzieja

To milicja zrobiła ze mnie złodzieja

Pół życia kradł, a potem przestał

Więzień

Kradłem dla sportu, fot. Ron Lach / Pexels

Artur S. jest przed sześćdziesiatką. Spędził za kratami pół swego dorosłego życia. Zza kradzieże. Na dobre wyleczył się z tego, gdy próbując zacząć żyć uczciwie, został okradziony z cennego nabytku. Dopiero wtedy dotarło do niego, co czuli ludzie, których sam przez lata okradał

Złodziej mimo woli

Pierwszy wyrok wsypali mi, kiedy miałem czternaście lat. Nie zrobiłem wtedy nic. To moi kolesie, wszystko szczyle takie jak ja, poszli na kolej i zwinęli lampy, takie, co wiszą z tyłu wagonów. Milicja zrobiła aferę, że niby zorganizowana banda. A ja miałem taką lampę, bo dostałem ją od mojego najlepszego kumpla. Podobała mi się; taka okrągła, z żarówką w środku. Wtedy latarki nie można było dostać, a tu taka lampa! Człowiek był młody, interesował się… No i ukarali mnie za paserstwo. Tak milicja przyczyniła się do tego, że zacząłem kraść. No a skoro już ukarali za coś, czego nie zrobiłem ‒ odbijałem sobie. Tak z nudów. Jednej sąsiadce rąbnęło się z piwnicy słoiki z ogórkami, innej napaskudziło na ziemniaki…

Mieszkaliśmy na krakowskich Azorach. Moje osiedle to było zbiorowisko szumowin. Pościągali toto z Podgórza, z Kazimierza, bo tam albo kamienice waliły się na głowy, albo rodziny z piątką dzieci i babką mieszkały w jednym pokoju. No i pobudowali osiedle, gdzie najwięcej widziałeś kurew, złodziei, wojskowych i milicji. Za wczesnego Gierka nie było tam ani kina, ani domu kultury. Co było robić?

Na początku kradłem dla sportu

Jako chłopak nigdy nie narzekałem, zawsze miałem czyste ubranie i świeżą pościel, zawsze było co jeść. Moich starych nie było stać na nowe rzeczy, ale mama zawsze dbała, żebyśmy mieli to, co inne dzieci. Rower, wrotki, używane, ale były. Ojciec pił tylko od wielkiego dzwonu. To był bardzo spokojny człowiek. Jak tylko pamiętam, zawsze pracował. Wiesz, jak za komuny płacili. Kiedy mama poszła na rentę, on pracował dodatkowo u prywaciarza. Natyrał się, chłopina, strasznie. Czterdzieści lat przepracował, a emerytury miał, że ledwo na leki mu starczało. Zawsze sobie wyobrażał, że kiedy dorosnę, stanę obok niego przy stanowisku pracy. Naoglądał się filmów, nasłuchał się tych komunistycznych kawałków. Ale ja go szybko wyprowadziłem z błędu.

Na początku chodziłem na złodziejstwo dla sportu. Trzeba było dopasować się do grupy, wykazać się. Kiedy przyszło do bicia, trzeba się było bić, nawet kiedy człowiek wiedział, że dostanie po pysku. Liczyła się krzepa. Dlatego rządziły straszne głupole.

A później kradłem, żeby świat był ciekawszy, żeby nie wpaść w tę szarzyznę, że człowiek idzie do pracy na szóstą i wraca o czternastej; dom ‒ praca, dom ‒ praca. No i bardzo się przyzwyczaiłem do pieniędzy. Lekko przyszło, lekko poszło. Nigdy nie próbowałem tego nazwać, ale było coś takiego, że kiedy ukradłem, zaraz potrzebowałem wydać. Takie pieniądze zawsze mnie parzyły w ręce.

Uważałem się za dobrego złodzieja. Karę traktowałem jako ryzyko zawodowe; jak każdy zawodowy złodziej, zakładałem z góry, że mogą mnie przymknąć. Ale też nigdy nie okradłem staruszki, nie walnąłem nikogo rurą ani nie zwinąłem nikomu ostatnich pieniędzy.

Na początku wybierało się jakieś dobre, eleganckie miejsce, możliwie łatwe i bezpieczne ‒ i wskakiwało się, kiedy nie było tam nikogo. Strzygło się po kolei, jak leci. Były mieszkania, gdzie rzeczywiście było co wziąć, ale były i takie, że człowiek miał ochotę dołożyć, taka bida. Później brało się tylko robotę nagrywaną. Byliśmy dobrze zorganizowani. Nie musiałem latać z jakimiś duperelami i szukać paserów. Zresztą mieliśmy zasadę, że każdy ma swojego pasera. Dla bezpieczeństwa. Wtedy do środowiska zaczęło się wpychać wiele nowych ludzi. Było od cholery kapusiów. Może i niekoniecznie takich, którzy chcieli kablować, ale starczyło, że zarobił taki pałą…

Jak się wyleczyłem ze złodziejstwa

Ostatni raz zamknęli mnie w 2002 roku. Już wcześniej wiedziałem, że będę pierdział w pasiaki, bo przymknęli wszystkich moich kolesi. Kiedy przyszli do naszego domu, byłem na gościnnych występach w Warszawie. Sam. Po powrocie do Krakowa spotkałem takiego jednego gościa. „Zamknęli wszystkich, ciebie też szukają” , mówi. Wróciłem wtedy nieźle obłowiony i wystarczyło, żebym spakował bety, wziął całą kasę, wsiadł do pociągu i wyjechał. Mogliby mnie szukać do usranej śmierci.

Miałem dosyć forsy, żeby ukrywać się co najmniej rok, nigdzie nie pracując, nawet nie kradnąc. Ale miałem już dość. Wiedziałem, że w końcu i tak mnie dorwą, i chciałem mieć to z głowy. Poszedłem spać jakby nigdy nic. Przyszli rano. To był mój trzeci wyrok. Dostałem ósemkę, ale wyszedłem po sześciu.

Po wyjściu zacząłem ćpać. Bo nie miałem nic. Nic w sobie. Chciałem uciec od tego gnoju dookoła, który nie dawał mi szans startu do normalnego życia, od beznadziei i marazmu. Wszyscy moi dawni znajomi byli albo złodziejami, albo narkomanami. Kiedy zacząłem się leczyć, mój terapeuta powiedział, że muszę się nauczyć zaciągać i spłacać długi. W tym celu kazał mi coś sobie kupić na raty. Mogłem, bo pracowałem.

Kupiłem rower górski, taki za 10 tysięcy. Spłacałem jak należy, co miesiąc po bańce… no i ukradli mi go.

Pamiętam dokładnie ten moment. Ogarnęła mnie taka wściekłość, że gdybym dostał wtedy tego łebka, który to zrobił…. A potem poczułem się bezsilny. I wtedy dotarło do mnie, co czuli ludzie, których sam kiedyś okradałem. Ten wypadek mnie wyleczył. Bo choć ostatnio nie kradłem, do tej pory wewnątrz byłem cały czas złodziejem.

Uczciwie i biednie

Jak skończyłem z narkotykami? Kiedyś po raz któryś tam wziąłem grzyby i nagle dotarło do mnie, że jestem narkomanem; znaczy ‒ chorym na narkomanię. Normalnie ćpun nigdy się do tego przed sobą nie przyzna. On po prostu bierze, bo chce. To nie było tak, że od razu na drugi dzień poleciałem na detoks. Ale to był przełom, od tego się zaczęło. Trwało kilka lat.

A potem spotkałem Ewę i zaczęło być lepiej. Nie wiem co to jest miłość… Kiedy staliśmy się sobie bliżsi, powiedziałem jej, że ją kocham. Co znaczy, że jestem w niej zadurzony. Żeby nie myślała, że kiedy mówię „kocham”, to myślę o tamtym „kocham”. Ona wie o co chodzi.

Teraz pracuję u znajomego w sklepie za dwa tysiące złotych. Próbowałem szukać roboty gdzie indziej, bo znam się na składzie komputerowym, ale… Najpierw pisałem w papierach uczciwie, że po wyroku, no to wiadomo: bez szans. Patrzyli na mnie spode łba, jakbym planował właśnie nowy skok. Gdybym nie napisał, to jeśli firma poważna, dowie się i tak, a wtedy przerąbane. Zresztą… mam już dość świecenia oczami przed byle kim. Nigdy nie marzyłem o żadnych cudach-wiankach. Nie żałuję niczego, co mi się przytrafiło i co musiałem przerobić na własnej skórze. Dzięki temu dzisiaj jestem, kim jestem. Mogę powiedzieć, że żyjemy z Ewą ubogo i nie zawsze stać nas, żeby jadać normalnie, ale… jest nam dobrze.

Kiedyś mój dawny kumpel wyszedł z puszki. „Kurde”, mówi, „Chłopie, co ty? Starych drzew się nie przesadza! Po co ci szukać nie wiem czego? Chodź, mam robotę, pewna…”.

On tak żyje. Co wyjdzie, to go zamykają. I nie mógł mnie zrozumieć. Wytłumaczył to sobie w jedyny zrozumiały dla niego sposób: „O k…wa, koleś, ale cię przestraszyli!”

 

Antoni Partyka

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ