Sunday, April 11, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Szymon Hołownia – Wycisnąć z życia co się da

Szymon Hołownia – Wycisnąć z życia co się da

Rozmowa z dziennikarzem i publicystą Szymonem Hołownią

szymon hołownia

Szymon Hołownia / Wikimedia

Rozmowa z dziennikarzem i publicystą Szymonem Hołownią z 2015 roku. Co przyszły kandydat na prezydenta uważał na temat edukacji seksualnej w Afryce, z jakimi problemami borykała się jego fundacja, czy lubił dewocjonalia i czy jego hierarchia wartości uległa zmianie?

 

Ostatnio żyje pan na walizkach.

Tak, wróciłem z Zambii, za chwilę wylatuję do Papui Nowej Gwinei. Przez Hongkong i Australię.

Czemu służą te podróże?

Do Afryki jeżdżę, bo tam jest mój drugi dom. Od niespełna trzech lat staram się wspierać prowadzony przez siostry służebniczki sierociniec w Kasisi koło Lusaki, w Zambii. Trzy miesiące temu założyłem Fundację Kasisi, próbuję namówić, kogo się da, na pomoc naszym dzieciakom. Oddycham podróżami, weszły mi one w krew, kiedy pracowałem nad Last minute…. Świat jest nie do przejedzenia, ma tyle kolorów i barw. Widzę, że rozwinęła się we mnie wielka „żarłoczność” na świat. Strasznie mi potrzeba tych podróży. Nie traktuję ich jako ucieczki, bo czy będę tutaj czy na jakimś 50. równoleżniku, to i tak moje problemy będą takie same.

Zabiera pan ze sobą duży bagaż?

Ile tylko mogę, bywa, że i 90 kilo. Do Zambii zabieram zwykle sporo rzeczy. Niezbędne leki, których nie ma na miejscu, ukochaną kawę zbożową dla sióstr, rajstopy i rękawiczki dla dzieci (bo teraz jest tam zima, a plus 10 stopni to dla nich już siarczysty mróz). Ostatnio przywiozłem też np. fantom do nauki pierwszej pomocy. Jeden z chłopaków, którzy byli w Kasisi, dziś studiuje medycynę, może ten fantom mu się przyda. Walizki celowo mam w różnych rozmiarach – jadę z trzema, gdy są już puste, pakuję jedną w drugą i wracam z jedną.

Bez czego się pan nie rusza?

Ma pani na myśli rzeczy życiowo-bytowe? Mam wymieniać: szczoteczka, majtki, skarpetki?

Jak pan woli.

Te w misie, w koniki… (śmiech). Przede wszystkim zabieram całą swoją gadżetologię religijną. Pismo Święte, ikonkę podróżną. Kiedyś bardzo się bałem malarii. Wszędzie widziałem atakujące mnie komary, repelentów stosowałem tyle, że sam byłem już dokumentnie zatruty. W końcu, wertując Pismo Święte, trafiłem na Psalm 91, w którym jest zdanie o tym, że nie ma co się bać „zarazy skradającej się w mroku”, a „choroba nie dosięgnie twojego namiotu”, zacząłem go odmawiać i lęk minął. Niezbędna do życia w tropikach, oprócz moskitiery, jest latarka. Im bliżej równika, tym bardziej równy dzień – słońce zachodzi o szóstej, łatwo nadepnąć na węża czy skorpiona. Mam taką obsesję, że w miejscu, w którym jestem, kupuję wszystkie gazety, jakie są dostępne. Próbuję poznać tętno społeczeństwa, więc pierwsza wizyta to kiosk.

A po powrocie do kraju? Dokąd kieruje pan pierwsze kroki? Też do kiosku?

Trzymam się jak najdalej od kiosku i telewizora tak długo, jak tylko się da. Już po paru godzinach zasypuje mnie jednak lawina bieżących spraw i młynek zaczyna się kręcić. Ja zresztą nie umiem nic nie robić, dla mnie odpoczynek to zmiana zajęcia.

Jak doszło do tego, że założył pan Fundację Kasisi?

Po prostu dotarło do mnie, że wszystkiego, co trzeba zrobić, nie będę w stanie zrobić sam. Nie oczekuję, że ludzie będą odejmowali sobie coś od ust, porywali się na jakieś wielkie wyrzeczenia – chciałbym pomóc dzieciakom, ale też i nam, tutaj, żebyśmy znów uwierzyli w siłę wspólnoty. Nie proszę o miliony ani nawet o tysiące. Proszę o 10 złotych. Ale co miesiąc. Zlecenie stałe. Załóż i zapomnij, a my będziemy na bieżąco informować cię, co się dzieje u naszych dzieciaków, i sprawimy, że poczujesz się częścią rodziny. Kasisi to jest szczęśliwe miejsce. Dwieście pięćdziesięcioro dzieciaków, siedem sióstr zakonnych.

Sporo dzieci ma HIV, AIDS, przeróżne powikłania. Bywa, że trafiają do nas tylko po to, żeby spokojnie umrzeć. My stajemy jednak na głowie, żeby żyły pełnią życia – mają dom, pięć posiłków dziennie, opłaconą szkołę, leczenie, gdy przyjdzie czas – pomoc w znalezieniu pracy.

Udało mi się ostatnio wyremontować naszą miniklinikę, teraz zbieramy na ambulans, żeby nie wozić ciężko chorych dzieci 40 kilometrów do szpitala w bagażniku furgonetki. Gdybyśmy mieli stałe grono ludzi, którzy co miesiąc zrzucą się po tych parę groszy na jedzenie, moglibyśmy zacząć myśleć o inwestycjach – wymianie cieknącego dachu, rozpadających się kranów, przejściu z hiperdrogiego prądu z gniazdka na energię słoneczną itd.

Mówi pan o pomocy doraźnej, a nie myślał pan o tym, żeby np. szerzyć edukację seksualną?

Te dzieci nie potrzebują edukatorów seksualnych, a kogoś, kto da im jeść, wyleczy, przytuli, zawiezie do lekarza, pomoże w lekcjach. My musimy najpierw uratować im życie. A gdy dorosną, będą podejmować decyzje zgodnie ze swoim sumieniem. W chrześcijaństwie mamy zresztą bardzo sensowną wizję etyki seksualnej.

Skąd w Afryce wzięła się epidemia HIV? Z praktykowanego w niektórych jej częściach stylu życia, w którym wielu, niezależnie od tego, czy żyją w małżeństwie czy nie, ma jeszcze kilka stałych kochanek lub kochanków. Hurtowe rozdawanie prezerwatyw to próby leczenia objawów, dość rozpaczliwe, bo zakładające, że ludzie tam nie są w stanie panować nad swoimi popędami. My mówimy: problemem nie jest to, że twoja kochanka może ma HIV, ale to, że nie umiesz być wierny.

Jak wyglądają spotkania z dziećmi z sierocińca w Kasisi?

To jest przede wszystkim obłędnie dużo bezinteresownej miłości i radości. Poza tym nieustanne pasmo zaskoczeń. Nasi nastoletni chłopcy zawstydzają mnie poziomem swojej wiedzy teologicznej, obeznaniem w świecie. Bliźniaczki Irene i Theresa, które jeszcze dwa lata temu miały przerażone oczy i palce w buzi, dziś, wyluzowane, przylatują, by się przytulić. Francis, którego dwa lata temu widziałem, jak trafiał do nas w agonii (miał 16 lat, ważył 18 kilo), dziś choć nadal walczy z chorobą, uśmiecha się chyba nawet przez sen i pisze do mnie w liście: „dziękuję ci, że poświęcasz czas, żeby o mnie myśleć”. Jest Precious, już 21-letnia, która parę tygodni temu umierała na AIDS i gruźlicę i za którą non stop trzymam teraz kciuki, modlę się za nią, tak bardzo bym chciał, żeby przeżyła. Mam jej zdjęcie w telefonie (szuka). Mam też zdjęcia innych, niektórych już nie ma tutaj.

Czy po wyjazdach do Kasisi hierarchia pańskich wartości jakoś się zmieniła?

Odnowiła się. Przypomniałem sobie, co jest najważniejsze. To są moje rekolekcje, przypominają mi, jak chciałbym żyć. I dały mi nowych bliskich. Kiedy coś u mnie działo się nie tak, wiedziałem, że w Kasisi dzieciaki biegną do kaplicy i odmawiają różańce za tego „Simoni” z Polski. I czasami dzięki nim tu, na ziemi, czuję się fajnie.

Podoba się panu wykorzystywanie w modzie symboliki religijnej? Widzę, że ma pan jakąś ciekawą bransoletkę.

Tę akurat – z Jerozolimy. Jestem gadżeciarzem religijnym, z całego świata zwożę sobie piękne dewocjonalia, bardzo zmysłowo przeżywam moją wiarę. Ta bransoletka to akurat dziesiątka różańca, można się na niej modlić. Pamiętam jednak, jak kiedyś na targu w Afryce kupiłem sobie fajny różaniec, by parę godzin później zorientować się, że to jest wersja do wieszania na szyi dla gansta raperów, bo liczba koralików kompletnie się nie zgadzała.

Czyli Madonna z krzyżem zawieszonym na udzie nie robi na panu wrażenia?

Madonna akurat mnie wkurza. Głupio i cynicznie wykorzystuje coś, co jest mi bliskie – znak budzący emocje i doskonale „wypromowany”, który przez dwa tysiące lat osadził się w świadomości ludzi. Robi to tylko po to, żeby zarobić więcej kasy. Z sądami trzeba być jednak ostrożnym. Mieliśmy kiedyś w „Mam Talent” grupę chłopaków, niby tancerzy, ale tak naprawdę striptizerów. Gdy już pokazali, co mieli najlepszego, i nadszedł czas, by zadać im pytanie, wypaliłem: „Rozbierasz się, kobiety piszczą – OK, ale teraz powiedz, synku, do czego ci jeszcze ten różaniec, nie mogłeś sobie darować?”. A on mi na to, bardzo poważnie: „To pamiątka po moich rodzicach. Umarli niedawno, a ja noszę go, żeby mi o nich przypominał”.

szymon hołownia

Mam Talent, Szymon Hołownia (2017) / fot. TVN/Mirosław Sosnowski

Przejdź na drugą stronę i dowiedz się, co Szymon Hołownia ma do zarzucenia Angelinie Jolie i czy miewa pokusy

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • Avatar
    Rolety dachowe 13 lutego, 2020

    Czemu mnie to nie dziwi, że on się wszędzie musi wcisnąć – jak nie do TV, to teraz do polityki… Żałosne 🙂

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach