Home / Ludzie  / Szkoła dobrego rodzenia

Szkoła dobrego rodzenia

Poród to mocne, ale i piękne wprowadzenie do macierzyństwa, warto więc przeżyć go świadomie, na własnych zasadach i w miarę możliwości – przyjemnie

poród lotosowy

Miłosz, lotosowe dziecko

Poród to mocne, ale i piękne wprowadzenie do macierzyństwa, warto więc przeżyć go świadomie, na własnych zasadach i w miarę możliwości – przyjemnie. O tym, że poród ma znaczenie, a łagodne wejście w macierzyństwo można sobie wypracować, przekonują Beata Meinguer-Jedlińska, hipnodoula i coach okołoporodowy, Lucyna Mirzyńska, położna rodzinna prowadząca edukację okołoporodową oraz Karolina Górecka, propagatorka domowego porodu lotosowego

 

Błękitny poród. Wszystko jest w twojej głowie

„Porzuciła pracę w korporacji, by pomagać kobietom przy porodach” – tak mogłaby się zaczynać ta historia. Beata Meinguer-Jedlińska wcale tego nie planowała, ale gdy pięć lat temu odeszła z pracy na swój pierwszy urlop macierzyński – po porodzie, do którego przygotowała się samodzielnie z użyciem technik autohipnozy – zrozumiała, jak wiele może zmienić świadome podejście po porodu i jak wielu kobietom mogłaby pomóc. Tak została hipnoduolą, coachem okołoporodowym, doradczynią laktacyjną i autorką kursu „Błękitny poród”. Sama jest mamą trójki wspaniałych dzieci, urodzonych w stanie głębokiego relaksu.

Beata Meinguer

Beata Meinguer: Kobieta rodząca, wbrew temu, co większość z nas myśli, dysponuje licznymi narzędziami, które mogą jej pomóc przeżyć ten czas tak, jak chce. Jednym z najważniejszych jest jej własna psychika / fot. Barbara Bogacka

– Proszę sobie wyobrazić morskie fale. Pojawiają się co kilka chwil i stanowczo, promieniująco rozchodzą się po piasku. Tak bym opisała skurcze porodowe, które, gdy przychodzą do kobiety, która się na nie godzi, jest na nie przygotowana, spokojna i świadoma, dają jej siłę, a nie tylko sprawiają ból. To jest właśnie błękitny poród, czyli taki, z przebiegu którego kobieta jest zadowolona, bez względu na to, według jakiego scenariusza się toczy.
Zastanawiałam się kiedyś, skąd się biorą te liczne złe historie – opowieści z porodówki, którymi kobiety straszą się nawzajem. Sądzę, że to ich sposób na rozładowanie napięcia, które temu wydarzeniu towarzyszyły. Tymczasem to, co powinniśmy podawać dalej, to historie pozytywne, opowieści o pięknych porodach, o czasie, który był przeżyty z należną uważnością. Gdy sama miałam rodzić po raz pierwszy, bałam się, jak każda kobieta, i dlatego zaczęłam szukać technik, dzięki którym mogłabym sobie pomóc. Już wcześniej interesowała mnie hipnoza, techniki relaksacyjne, autoprogramowanie umysłu i ciała. Przeszukałam chyba cały internet, bo nie było wtedy nic na ten temat po polsku, jednak udało mi się znaleźć i opracować dla siebie schemat ćwiczeń oraz procedurę postępowania.

– Słuchałam muzyki relaksacyjnej i odbywałam sesje relaksacji progresywnej, podczas której, licząc od jednego do pięciu, rozluźniamy po kolei wszystkie partie swojego ciała. To było na około miesiąc przed rozwiązaniem.
Gdy zaczęły się skurcze, zamiast biec w nerwach do szpitala, razem z mężem długo jeszcze zostaliśmy w domu. On czytał mi afirmację, mierzył skurcze, masował, zajmował się muzyką, a ja – po prostu byłam skupiona i szczęśliwa, cieszyłam się, że za chwilę spotka nas to, na co czekaliśmy dziewięć miesięcy. Do szpitala dotarliśmy, gdy skurcze były już bardzo częste i regularne. Obawiałam się jednak, że nadejdzie kryzys. Wcześniej słyszałam, że zwłaszcza przy siedmiu centymetrach rozwarcia bardzo trudno zapanować nad bólem. Bałam się, że stracę kontrolę nad sobą i wszystko, co wypracowałam, pójdzie w kąt, a ja zacznę wrzeszczeć na męża. Pewnie, że bolało. Bardzo. W skurczu wyłączałam się na wszystkich, a pomiędzy skurczami przyjmowałam najwygodniejsze dla siebie pozycje i cały czas kierowałam swoje myśli w stronę szczęśliwego zakończenia. Mąż dzielnie mi asystował, napocił się bardzo.

– Gdy odpoczywaliśmy po wszystkim już we trójkę, usłyszałam okropny, zmęczony krzyk innej kobiety rodzącej obok. Zdałam sobie sprawę jak inaczej ode mnie rodziła, jak bardzo nie było w niej zgody na to, co się z nią dzieje. To był moment, gdy zrozumiałam, że udało mi się wypracować podejście do porodu, którym mogłabym się dzielić.
Kobieta rodząca, wbrew temu, co większość z nas myśli, dysponuje licznymi narzędziami, które mogą jej pomóc przeżyć ten czas tak, jak chce. Jednym z najważniejszych jest jej własna psychika. Kobieta rodzi głową, a nie ciałem. Bo wszystko, co dzieje się w ciele, zaczyna się w głowie. Dlatego tak ważne jest, aby do porodu się przygotować.

– Kobieta rodząca świadomie musi być gotowa, że poród może potoczyć się różnie, ale w żadnym ze scenariuszy nie powinna zapominać o sobie i dziecku. Gdy mam skurcze, po prostu nie istnieję dla nikogo, personel musi poczekać, nie wypełniam wtedy żadnych papierów, nie odpowiadam na pytania. I już. Nie krzyczę przez zaciśnięte zęby, żeby przyszli za chwilę, bo mnie boli. Skupiam się na tym, co przeżywam. Nazywam to bańką bezpieczeństwa. To ćwiczenie jest najbardziej pomocne właśnie tym z kobiet, które rodząc w szpitalu, nie czują się rozumiane. Poród wymaga skupienia, a skoro nie da się wyłączyć tego, co dookoła, trzeba wyłączyć siebie. Dobrze przygotowana do porodu kobieta, która trenowała techniki relaksacyjne i autohipnozę, potrafi wprowadzić się w stan samoznieczulenia, wyobrażając sobie, jak jej ciało samo uwalnia odpowiednie hormony, łagodzi ból, radzi sobie z trudnościami, dokonując czegoś wspaniałego.

– Skutecznym narzędziem pomocnym przy porodzie jest osoba towarzysząca, ale tylko taka, która wie, po co tam jest oraz czego chcesz ty. U mnie był to mąż, jednak, choć może zabrzmi to niepopularnie, na kursie często podkreślam, że to nie jest jedyna ani wcale nie najlepsza opcja.

Nie jestem zwolenniczką zapraszania na salę porodową mężczyzny tylko dlatego, że zapanowała na to moda. Od lat kobietom najlepiej towarzyszyły przy tym inne kobiety. Są badania mówiące o tym, że w obecności kobiet, zwłaszcza tych, którym ufamy i które lubimy, łatwiej wydziela się oksytocyna, hormon kluczowy przy porodzie, odpowiedzialny m.in. za skurcze porodowe. Na tym też opiera się istota zawodu douli, która profesjonalnie towarzyszy rodzącym. Kluczowe w jej doborze powinno być zaufanie i chemia międzyludzka, zrozumienie, nadawanie na tych samych falach.

– Gdy zostałam mamą trójki, musiałam zmienić mój dotychczasowy styl pracy. Postanowiłam, że dopóki są malutkie, nie mogę już towarzyszyć aktywnie kobietom podczas porodów, bo zwyczajnie nie mogę być dostępna pod telefonem całą dobę. Tak narodziła się idea internetowego kursu „Błękitny poród”. To forma interaktywnej edukacji w kameralnej grupie, podczas której uczę nie tylko technik autohipnozy i relaksu na czas porodu, ale też przygotowuję kobiety m.in. do karmienia piersią. Dziewczyny wspierają się wzajemnie i dzielą się kojącymi przykładami porodów, które dały młodej mamie siłę i zadowolenie.

– Wszystko jest w naszych głowach, także otwartość na bycie matką, na to, co się wydarzy za chwilę. Blokerem może być strach przed tym, czy dam radę, czy pokocham to dziecko, albo jak zmieni się moje życie, gdy ono się pojawi. To wszystko może się bezpośrednio przekładać na otwartość porodową, centymetry rozwarcia, o które tak zaciekle walczymy w bólu. Są kobiety, których akcja porodowa przebiega bardzo wolno, bo tak naprawdę podświadomie nie są gotowe na macierzyństwo. Poród to wbrew pozorom nie wydarzenie wyodrębnione z naszego życia. Wydaje nam się tak odmienne, oderwane od rzeczywistości, tymczasem to część naszego życia, która tak samo mocno z niego wynika, co na nie wpływa. Poród naprawdę ma znaczenie. 

UWAGA – od 11 do 18 września można kupić kurs Błękitny Poród

ZOBACZ TUTAJ

na hasło miastokobiet 5% rabatu

 

Poród fizjologiczny. Lekcje z bliskości i macierzyństwa

lucyna mirzynska

Lucyna Mirzyńska: W macierzyństwie bardzo ważna jest intuicja, i to jej w pierwszej kolejności należy ufać. Dlaczego więc tak dużo mówię o edukacji? Bo macierzyństwa naprawdę można się nauczyć / fot. Magdalena Głodek

Przygotuje do porodu, nauczy macierzyństwa, pomoże karmić piersią, a jak będzie trzeba, załagodzi rodzinne spory o sposób pielęgnacji noworodka. W trudnym i ważnym momencie, gdy młoda kobieta zostaje matką, ona jest dla niej jak matka. Lucyna Mirzyńska, położna rodzinna z 29-letnim doświadczeniem, dla swoich pacjentek prowadzi darmową edukację okołoporodową. Jest propagatorką porodów fizjologicznych, karmienia piersią i bliskości z dzieckiem. Odpowiedzi na trudne pytania zawsze znajduje gdzieś pomiędzy rodzicielską intuicją, zdrowym rozsądkiem a możliwościami nowoczesnej medycyny. Za swoją pracę i zaangażowanie jest doceniana w plebiscytach, m.in. „Położna na medal” czy „Najlepsza położna Małopolski”. Mama dwójki dorosłych już dzieci.

– Marzę o świecie, w którym każda ciężarna świadomie wybiera swoją położną rodzinną, i to z nią przygotowuje się do macierzyństwa. Dzięki niej zna swoje prawa, jest przygotowana na każdy scenariusz porodu, a także na to, co ją czeka, gdy dziecko będzie już na świcie. A to czasami zaskakuje duże bardziej niż skurcze porodowe.

Zawsze życzę paniom, by miały szansę urodzić fizjologicznie, w pełni naturalne, szybko i bezpiecznie. To moim zdaniem najlepsza droga. Oczywiście mówię to z pominięciem porodów cesarskich, do których część kobiet ma wskazania medyczne, a które też dobrze by było przeżyć świadomie i w zgodzie ze sobą.

– Jeśli jednak ktoś pyta mnie o porody naturalne, zawsze rozróżniam, że nie każdy poród siłami natury jest porodem fizjologicznym, czyli takim, w których ingerencja medyczna jest ograniczona do minimum, nie podaje się oksytocyny na wywołanie skurczów ani znieczulenia. Skurcze naturalne są dużo mniej bolesne, bo nasz organizm nadąża z produkcją hormonalnych środków przeciwbólowych, np. endorfin.

Kobieta, która w pierwszej fazie porodu dużo się rusza, przyjmuje najwygodniejsze dla siebie pozycje, może np. posiedzieć na piłce, wziąć prysznic – słowem korzysta ze swoich praw – rodzi dużo szybciej, mniej boleśnie i co kluczowe – mniej traumatycznie.

– A po porodzie ma sposobność i siły, by przystawić swoje dziecko do piersi już w pierwszych sekundach jego życia, w cudownym akcie kontaktu skóra do skóry. Oczywiście to sytuacja idealna. Rzeczywistość porodowa jest nieprzewidywalna, wszystko może pójść inaczej, dlatego uczulam, by być przygotowaną na każdą ewentualność i znać rożne scenariusze. Dobry personel, doświadczona położna, obecność kogoś bliskiego oczywiście mogą pomóc, ale to kobieta rodzi, więc nic i nikt nie zrobi tego za nią. Dlatego tak ważna jest edukacja i pewność siebie, jako przyszłej mamy.

– Większość pań nie wie, że w ciąży przysługuje im prawo wyboru położnej środowiskowej, i że powinny dokonać tego wyboru świadomie i przemyślanie, bo w przeciwnym wypadku do jej rodziny, do jej dziecka przyjdzie osoba, której ona nie zna! Ponadto wybierając wcześniej swoją położną rodzinną, ciężarna ma możliwość uczestniczyć w bezpłatnej edukacji przedporodowej od 21 tygodnia ciąży. Na podstawie kontaktu z NFZ każda położna rodzinna ma za zadanie prowadzić edukację przedporodową, indywidualną lub grupową.

– Ja, ze względu na dużą liczbę podopiecznych, wybrałam tę drugą formę. Na zajęciach uczę m.in. sposobów na radzenie sobie z bólem porodowym, wyjaśniam, czego możemy się spodziewać podczas pobytu w szpitalu i jakie mamy tam prawa (w tym do odmowy kąpania dziecka i dokarmiania go sztucznym pokarmem), prezentuję pozycje do karmienia, i daję wskazówki, jak pielęgnować noworodka. Na te ostatnie zajęcia zapraszam też tatusiów. W końcu mama jest wtedy w połogu, do tego nawet kilkanaście razy na dobę karmi malucha, więc musi się oszczędzać, prawda?

– W macierzyństwie bardzo ważna jest intuicja, i to jej w pierwszej kolejności należy ufać. Dlaczego więc tak dużo mówię o edukacji? Bo macierzyństwa naprawdę można się nauczyć. Bo co, jeśli mama czy babcia są daleko, czasem w innym mieście, gdy brak wsparcia ze strony innych kobiet z rodziny albo choćby przyjaciółek? Niestety nie zawsze macierzyńskie instynkty, wiedzę i dobre wzorce udaje się odziedziczyć po swojej mamie, choć tak byłoby idealnie. Ze smutkiem obserwuję głęboki kryzys autorytetów rodzinnych, a kręgi bliskich sobie kobiet, które jak świat światem były przy rodzącej i młodej mamie, dziś się rozpadły lub przeniosły się do internetu.

Za doradzanie w kwestiach okołoporodowych biorą się blogerki parentingowe, celebrytki, użytkowniczki forów internetowych. Młoda mama ma setki pytań i wątpliwości. Często słyszę, że poród to było nic w porównaniu z tym, ile rzeczy na mnie spadło, gdy zostałam mamą. Nie wolno być w tym momencie bez profesjonalnego wparcia ze strony osoby zaufanej i doświadczonej.

– Cztery lata temu założyłam grupę facebookową, by umożliwić moim pacjentkom dzielenie się doświadczeniami. Kluczem do sukcesu jest fakt, że wszystkie panie znam osobiście, a i one często znają się między sobą. Tu nie ma oceniania, jest wsparcie i rady na wagę złota. „Dziewczyny, niedługo rodzę, powiedzcie jak było, który szpital wybrać” – pisze jedna. „Mojemu idą zęby, powiedzcie, błagam, że to minie, bo nie śpimy po nocach” – żali się inna. Czytam wszystkie posty, obserwuję każdą z „moich” rodzin, odpisuję wtedy, gdy moja wiedza jest niezbędna. I życzę sobie, żeby jak najwięcej przyszłych mam trafiło w dobre ręce.

Poród lotosowy. Narodziny w nowym świetle

poród lotosowy

Karolina Górecka: Poród lotosowy daje dziecku możliwość, by rozstało się z integralną częścią swojego ciała, jakim niewątpliwie są pępowina i łożysko, w naturalny sposób, we własnym rytmie, bez medycznej ingerencji / fot. Magdalena Hałuń

Jeśli o kimś można powiedzieć, że wierzy w znaczenie porodu jako aktu, który naznacza na całe życie, nie tylko rodziców, ale zwłaszcza dziecko, to właśnie o nich. Karolina Górecka, kiedyś reżyserka teatralna, dziś instruktorka zajęć rozwojowych i masażystka, wraz z partnerem Krzysztofem Fijałkowskim cztery miesiące temu zostali rodzicami Miłosza. Powitali go na świecie w sposób dla nich najnaturalniejszy, choć dla większości ciągle dziwny.

Narodziny lotosu to praktyka, w której więź dziecka z łożyskiem pozostaje niezakłócona, aż do momentu samoistnego obeschnięcia i odpadnięcia pępowiny. Ich przeżycie domowego porodu stało się scenariuszem filmu dokumentalnego, który propaguje idee łagodnego i naturalnego sprowadzania dzieci na świat.

Gdy ktoś pyta, dlaczego zdecydowałam się na poród lotosowy, nie umiem odpowiedzieć. On po prostu był dla mnie jedynym, jaki w ogóle brałam pod uwagę. W życiu moim i mojego partnera ważną rolę odgrywa bliskość natury, rozwój wewnętrzny i budowanie świadomości swojego ciała. Ciążę przeżywaliśmy w takim właśnie duchu. Wiem, że na myśl o domowym porodzie, a do tego porodzie lotosowym, większości osób nasuwa się jedno skojarzenie – że to, delikatnie mówiąc, dziwne. Od strony biologicznej jednak to porody wspomagane medycznie i przecinanie pępowiny wydają się dziwne.

– Poród lotosowy daje dziecku możliwość, by rozstało się z integralną częścią swojego ciała, jakim niewątpliwie są pępowina i łożysko, w naturalny sposób, we własnym rytmie, bez medycznej ingerencji. Porodu lotosowego nie definiuje jednak tylko fakt, że pępowina nie jest odcinana, a samoistnie usycha i odpada. To coś znacznie więcej – to dar, najlepszy prezent, jaki można dać dziecku wraz z jego przyjściem na świat. To danie mu życia w zgodzie z naturą i szansy, by rozwijało się w sposób kompletny, zrównoważony, bez zaburzeń wynikających z medycznych ingerencji.

– Do porodu przygotowywaliśmy się wspólnie. Z naszą akuszerką, która jest jednocześnie autoterapeutką, pracowaliśmy nad polem narodzin, przepracowywaliśmy to, jak rodził się Krzysiek, jak rodziłam się ja. Gdy zaczęły się skurcze, ze spokojem mogłam się zająć robieniem przekąsek – ugotowałam zupę i przygotowałam hummus – wiedziałam, że za chwilę dołączą do nas nasi przyjaciele, którymi chcieliśmy się otoczyć w tej ważnej chwili. Ludzie, których zaprosiliśmy, byli przygotowani do tego, co nastąpi, także duchowo, to były osoby, które znają nas doskonale, wyznają podobne wartości, potrafią poruszać się w przestrzeni naszej aury i fizyczności. A ona była piękna, intymna! Wszyscy byliśmy wtedy bardzo odsłonięci emocjonalnie, nie chcielibyśmy, aby w tym momencie byli przy nas przypadkowi ludzie.

– Nasza przyjaciółka Dagna odegrała chyba najpiękniejszy w swoim życiu koncert na misach i gongach, co podnosiło wibracje, duchowe wsparcie dawała akuszerka Monika, prowadząca nas poprzez całą ciążę, a Ania, doświadczona położna, dbała o to, by pewnie i bezpiecznie dotrzeć do samego końca. Poród był bardzo długi i bolesny, rodziłam 21 godzin, z czego 14 godzin spędziłam w basenie. Starałam się akceptować każdą chwilę, każdy etap, bo wiedziałam, że gdybym zaczęła się buntować, zaczęłabym blokować narodziny Miłoszka.

– Do pewnego momentu wszystko szło dobrze. Nagle jednak, gdy rozwarcie było już na tyle duże, że położna była w stanie ręką ocenić położenie dziecka, wszyscy zamarliśmy, atmosfera strasznie się zagęściła – synek był ułożony pośladkowo. Ale ani Krzysiek, ani ja nie wyobrażaliśmy sobie porodu w szpitalu. Centymetr po centymetrze wypchnęłam więc Miłoszka na świat i to było najpiękniejsze, nieopisywalne wręcz w tamtym momencie słowami przeżycie. Cud. Teraz gdy patrzę wstecz, określam poród jako głęboko transformujące doświadczenie, podczas którego moje ciało otworzyło się w pełni na sprowadzenie na świat nowego życia, a moje serce – na bezwarunkową miłość. Nasz syn urodził się o piątej rano, i gdy tylko położna założyła mi szwy, mogliśmy we trójkę razem położyć się do naszego łóżka. Obok, na specjalnie przygotowanej przez zaprzyjaźnioną artystkę misce, leżało łożysko i pępowina Miłoszka. Wyschnięta odpadła od pępuszka po trzech dobach.

– Wraz z Krzysztofem wierzymy, że sprowadzając na świat dziecko urodzone lotosowo, przyczyniamy się do tego, by wokół rosło pole harmonii, miłości i pokoju. W Polsce już od 16 lat rodzą się dzieci, których aury nikt nie przecina, na świecie porody lotosowe praktykuje się już od 35 lat. Chcemy szerzyć wiedzę o tym porodzie, bo to najnaturalniejsza i najpiękniejsza brama do życia, przez którą można powitać dziecko.
Już podczas ciąży postanowiliśmy, że z naszego porodu powstanie film dokumentalny o domowym porodzie lotosowym. By móc go zrealizować, zbieraliśmy fundusze w internecie. Znalazło się wielu świadomych i otwartych ludzi, którzy nas wsparli i poparli tę ideę. Dlatego też podczas narodzin Miłosza była także z nami Aneta Młodzikova, znakomita realizatorka filmowa. Ona wszystko uwieczniła.

– Odkąd w sieci pojawiła się zapowiedź filmu „Blisko natury. Domowy poród lotosowy”, oraz po jego premierze w maju, zaczęto nas traktować jako specjalistów od porodu lotosowego. Chcemy wspólnie z Krzyśkiem podjąć to wyzwanie i propagować tę piękną ideę. W ramach warsztatów, jakie prowadzimy w ramach założonej przez nas na Facebooku grupy Pełnia Zmysłów, dzielimy się również tym doświadczeniem. Tłumaczymy, dlaczego tak ważne jest, aby zapewnić dziecku poród w warunkach jak najbardziej naturalnych, z szacunkiem do drogi do nas, jaką wybrało.

Karolina Dudek

Miłośniczka słowa pisanego i mówionego, gaduła i tropicielka językowych banałów. Dziennikarka lifestylowa, redaktorka, konferansjerka oraz specjalistka od content marketingu. Z „Miastem Kobiet” związana od początku jego istnienia. Najchętniej pisze o ludziach, seksie i gotowaniu. Prowadzi blog obyczajowo-kulinarny historieslodkoslone.pl. Prywatnie zakochana mama i początkująca ogrodniczka.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach