Straciła rodziców, uciekła z pożaru. Uzdrowienia szukała u syberyjskich szamanów
Do kolebki szamanizmu Gaya Bożek pojechała z plecakiem i bez planu, wiedziona wewnętrznym wołaniem
Drewniane pale, serge, na wyspie Olchon, fot. Gaya Bożek
Kiedy w ciągu kilkunastu miesięcy tracisz najbliższe osoby, twój dom staje w płomieniach, a umysł staje się narzędziem tortur, masz dwa wyjścia: poddać się albo spakować plecak i ruszyć w siną dal. „Siną dalą” dla Gayi Bożek okazała się Syberia. Wsiadła z mężem do Kolei Transsyberyjskiej. Bez planu sięgającego dalej niż najbliższy krok, za to z namiotem i bezgranicznym zaufaniem do wszechświata. Po kilku latach od tamtej podróży Syberia do niej cały czas wraca – w spotkaniach, wystawach zdjęć, wspomnieniach. Nam opowiada, co znalazła w kolebce szamanizmu i dlaczego syberyjskie kobiety nie mają czasu na depresję.
Gorzej być nie może? Nieprawda
Czasami najtrudniejsze życiowe podróże zaczynają się na długo przed tym, nim spakujemy plecak. Zaczynają się od przeczucia, że świat, jaki znamy, nieuchronnie chyli się ku upadkowi. Gaya Bożek, terapeutka pracująca z ciałem, fotografka i kobieta, która od kilkunastu lat kroczy szamańską ścieżką, potrafi słuchać tego, co niewidzialne. Jednak na pewne scenariusze nie da się przygotować. Jej mama miała 58 lat, gdy usłyszała diagnozę: nowotwór.
– Rok przed diagnozą powiedziałam do koleżanki: „Nie zdziwię się, jak moja mama wyhodowała sobie raka”
– wspomina Gaya.
– W mojej codziennej pracy z ludźmi bezsilność bywa obezwładniająca. Co możesz zrobić? Możesz wskazywać drogę, prosić kobiety, żeby poszły na badania, żeby zaczęły się ruszać, żeby zostawiły toksycznych ludzi, żeby wreszcie zaczęły dbać o siebie, ale ludzie często nie chcą słuchać i nie chcą nic zmieniać.
Kiedy mama Gayi zdecydowała się na pomoc, było już za późno, nowotwór był w czwartym stadium. Śmierć matki uruchomiła domino kolejnych tragedii. Niedługo potem nagle zmarł tata Gayi. W tym samym okresie z odejściem dwóch bliskich osób mierzył się Grzegorz, wtedy jej partner, dzisiaj mąż.
W rodzinnym domu rodziców, w atmosferze pierwszych świąt Bożego Narodzenia bez tych, którzy ten dom tworzyli, Gaya wypowiedziała zdanie, którego dziś nie odważyłaby się już powtórzyć. „No, teraz to już, gorzej być chyba nie może”.
– Od tamtej pory nigdy, ale to nigdy więcej tego nie mówię. Bo okazało się, że może być gorzej. Zawsze może być gorzej.
Noc później uciekali z płonącego mieszkania. Gdyby nie lekki sen Gayi doszłoby do kolejnej tragedii.
– Wszyscy spali: Grzegorz, moja siostra z małym dzieckiem. Usłyszałam, jak coś huknęło i się przebudziłam się. Całe mieszkanie było już w płomieniach. Siostra wzięła dziecko na ręce, my z Grześkiem próbowaliśmy gasić ogień. Po tym wszystkim potwornie się rozchorowałam.
Na zgliszczach fizycznych i psychicznych, Gaya zrozumiała, że doszła do ściany. Jako najstarsze dziecko, DDA, niosła na barkach potężny, zakorzeniony głęboko syndrom odpowiedzialności za wszystkich wokół. Do tego doszło poczucie winy, które każe wierzyć, że gdybyśmy tylko zadziałali wcześniej, mądrzej, szybciej, udałoby się uniknąć nieszczęścia, a nawet oszukać śmierć.
– Umysł był wtedy moim największym narzędziem tortur. Zadawałam sobie bez końca pytania, dlaczego moi rodzice zmarli, dlaczego w taki sposób? W trudnych momentach zawsze najbardziej pomagały podróże i fotografowanie. Wiedziałam, że muszę natychmiast wyjechać w siną dal. Bardzo siną dal. Najlepiej… na Syberię.
Wołanie z Syberii

Owoo, szamańskie miejsce kultu oplecione wstęgami modlitewnymi na Syberii, fot. Gaya Bożek
Pomysł, że to ma być Syberia był zaskoczeniem nawet dla samej Gayi, bo tego kierunku nie było na liście jej podróżniczych marzeń.
– Ale jakiś wewnętrzny głos mnie tam wzywał od kilku lat, a ja nie potrafiłam tego nikomu racjonalnie wytłumaczyć.
To podskórne przyciąganie miało jednak swój głęboki, duchowy sens. Na wykładzie znajomej antropolożki dowiedziała się, że Tuwa, autonomiczna republika Federacji Rosyjskiej, w południowej Syberii, jest kolebką szamanizmu. Dlatego właśnie Tuwa, wraz z odbywającym się tam festiwalem Naadam, stała się pierwszym punktem podróży, i jedynym zaplanowanym.
– Chciałam sfotografować ten festiwal i miałam nadzieję, że spotkam tam prawdziwych szamanów, uzdrowicieli, z dziada pradziada.
W dwumiesięczną podróż pojechała z Grzegorzem. Gaya znała go z podstawówki, ale potem stracili kontakt. Pojawił się w jej życiu na nowo, po trzydziestu latach, w najtrudniejszym momencie, gdy mama leżała na oddziale paliatywnym.
– Zgodził się na ten wyjazd, chociaż nic nie wiedział o Syberii. Dźwigał nie tylko ciężki sprzęt fotograficzny, ale wszystkie moje trudne emocje, chociaż sam był w żałobie po śmierci taty i babci.
Załatwili wizy biznesowe, które pozwalają na dłuższy pobyt. Spakowali namioty, śpiwory, najpotrzebniejszy sprzęt i ruszyli w nieznane.
– Tym naszym bagażem zaskarbiliśmy sobie ogromną sympatię Sybiraków. Kiedy widzą cię z takim sprzętem na plecach, przestajesz być dla nich „turystą”, a stajesz się potrzebstwenikiem – czyli prawdziwym współpodróżnikiem, kimś, kto dzieli z nimi trudy drogi. Oni sami spędzają swoje urlopy w namiotach, w tajdze.
Polecamy:
Podróż do Amazonii. 7 lekcji z dżungli
Koleją transsyberyjską do kolebki szamanizmu
Aby dotrzeć do serca syberyjskiego szamanizmu, zdecydowali się na podróż legendarną Koleją Transsyberyjską. Plan zakładał pokonanie trasy z Moskwy do Abakanu, stolicy Chakasji. Kilka tysięcy kilometrów i 5 dni spędzone w pociągu. Bez przerw, bez luksusów, bez prysznica. Gaya szybko musiała zweryfikować popkulturowe wyobrażenia o tej trasie.
– Wokół podróży Koleją Transsyberyjską narósł bardzo romantyczny mit. Szczególnie wokół jazdy w tzw. plackarcie, czyli w wagonie otwartym, gdzie kilkadziesiąt osób śpi, je i żyje na wspólnej przestrzeni. Ja jestem osobą skrajnie nadwrażliwą na zapachy i emocje innych ludzi, do tego mam bardzo lekki sen. Dla mnie plackarta byłaby czystą torturą. Co prawda teraz jest już rygorystyczny zakaz picia alkoholu w pociągach, więc to nie wygląda tak jak dawniej, że co chwilę ktoś otwierał domowy bimber, choć oczywiście lokalsi i tak znajdują swoje sposoby na obejście przepisów.

„Prowadnica”, Kolej Transsyberyjska, fot. Gaya Bożek
Wybrali kupe, czyli zamykany, czteroosobowy przedział sypialny ze składanymi łóżkami i małym stolikiem pośrodku. Nad porządkiem w każdym wagonie czuwa tzw. prowadnica – surowa pani w nienagannym mundurku, która po skrupulatnym sprawdzeniu paszportów wydaje pasażerom czystą pościel, ręcznik i miniwyprawkę ze szczoteczką do zębów. Można u niej kupić herbatę, kawę, ciastka. Na korytarzu stał samowar z wrzątkiem, dostępnym za darmo. Rozczarowaniem okazał się brak legendarnych babuszek.
– Nastawiliśmy się na to, że na każdej stacji będą stały starsze panie z koszami pełnymi domowych pierogów, świeżych wypieków i lokalnych pyszności. Niestety, ten świat już zniknął. Babuszki spotkaliśmy tylko raz, zaraz za Moskwą. Musieliśmy ratować się jedzeniem zup chińskich. Ostatni raz takie ilości chemii zjadłam na pierwszym roku studiów. W pociągu był co prawda wagon restauracyjny, ale z kosmicznymi cenami i menu zdecydowanie nie dla wegetarian.
Pociąg sunący przez tysiące kilometrów powoli stawał się dla pasażerów specyficznym, ruchomym pokojem terapeutycznym. Gaya ze swoją wrodzoną empatią przyciągała ludzkie opowieści. Choć przełamanie pierwszych lodów z nieufnymi z natury Sybirakami zajęło trochę czasu.
– Oni bardzo powoli otwierają się na obcych i trudno się im dziwić. To ludzie od pokoleń doświadczani przez historię, przesiedlenia i system polityczny. Dopiero, gdy usłyszeli, że swobodnie mówimy po rosyjsku, i zobaczyli nasze plecaki oraz namioty, uznali nas za swoich.
W tym momencie Gaya poczuła ogromną wdzięczność do swojej dawnej, surowej nauczycielki języka rosyjskiego ze szkoły podstawowej.
– Bez znajomości rosyjskiego nie ma w ogóle po co jechać na Syberię.
Po kilku dobach pociąg wtoczył się na stację w Abakanie. Przed Gayą i Grzegorzem otwierała się Chakasja i sąsiadująca z nią Tuwa – krainy, w których czas płynął według rytmu uderzeń szamańskiego bębna.
Buddym i szamanizm w Tuwie
Z Abakanu do stolicy Tuwy, Kyzylu, jest 450 kilometrów. Tory kolejowe tam nie docierają. Można dojechać autobusem lub taksówką dzieloną z innymi pasażerami.
– Jechaliśmy ściśnięci jak śledzie w puszce. Zero przestrzeni, kolana pod brodą, wokół rdzenni Tuwińczycy i pełne sześć godzin wyboistej drogi przez góry i stepy. Ale cel był tego wart. Chcieliśmy zdążyć na Naadam, największe tuwińskie święto narodowe, i sfotografować tamtejsze rytuały.

Festiwal Nadaam, fot. Gaya Bożek
Naadam w tuwińskim języku oznacza „szczęście” lub „pomyślność”. Na piaszczystym stepie, w czterdziestostopniowym upale, Gaya z Grzegorzem spotkali tłum ludzi, dziewczęta z długimi czarnymi warkoczami, zaciekawionych lecz powściągliwych mężczyzn. Wszędzie rozstawione jurty. Na scenie – występy zespołów w tradycyjnych strojach.
– To była fotograficzna uczta
Tuwa okazała się miejscem absolutnie unikalnym na mapie Azji. To jedyna republika syberyjska, w której rdzenni mieszkańcy stanowią aż 80 procent populacji i gdzie język tuwiński jest wciąż żywy w codziennych rozmowach. Dla porównania, w sąsiedniej Buriacji nad Bajkałem tradycyjna mowa niemal wymarła – posługują się nią już tylko najstarsi ludzie, a pokolenie trzydziestolatków mówi wyłącznie po rosyjsku.
– W Tuwie przetrwała nie tylko mowa, ale i duchowa tożsamość, łącząca buddyzm tybetański z szamanizmem, choć historia obeszła się z nią krwawo. Na przełomie lat 1929–1931 komuniści przeprowadzili brutalną czystkę: z 25 prężnie działających klasztorów buddyjskich ocalał zaledwie jeden, a większość lamów oraz szamanów została wymordowana.
Dotyk niedźwiedziej łapy

Gaya z szamanką Tatianą, fot. arch. Gayi Bożek
Mimo dekad sowieckich prześladowań, stare praktyki szamańskie przetrwały, a dziś przeżywają swój renesans. Jednym z namacalnych dowodów tego odrodzenia jest Dungur – Tuwińska Wspólnota Szamanów w Kyzele, skupiająca praktyków syberyjskiego szamanizmu. Ich członkowie odprawiają rytuały publiczne i ceremonie dla osób prywatnych. Tam skierowała swoje kroki Gaya.
Zderzenie z instytucjonalnym szamanizmem przyniosło jednak mieszane uczucia. Popularność i otwarcie Syberii na świat odcisnęły swoje piętno w postaci komercjalizacji.
– Stara szamanka Tatiana, która mnie przyjęła, opowiedziała, że pojawiło się wielu młodych samozwańczych szamanów, żerujących na ludzkiej naiwności. Niektórzy cierpią na zaburzenia psychiczne, np. schizofrenię. Często wykorzystują fakt, że w ich rodzinie rzeczywiście był kiedyś prawdziwy uzdrowiciel.
Tatiana, ubrana w czapkę z piórami i płaszcz szamański ozdobiony warkoczykami, była szczerze zdziwiona obecnością Gayi i Grzegorza. Zazwyczaj do Dunguru trafiały zorganizowane wycieczki autokarowe, a nie para z plecakami.
Gaya opowiada, że szamanizm syberyjski różni się od amerykańskiego. Nie stosuje się tu żadnych roślin psychoaktywnych, narzędziem pracy z ludzką świadomością jest bęben wprowadzający w trans. Do oczyszczenia przestrzeni Tuwińczycy używają rośliny artysz, spełniającą podobną funkcję, co słowiańska bylica czy amerykańska biała szałwia. Zaskoczeniem dla Gayi było… otrzepywanie niedźwiedzią łapą.
– Po okadzeniu Tatiana zaczęła mnie otrzepywać i odpędzać złe energie prawdziwą, zasuszoną niedźwiedzią łapą. I to nie było delikatne głaskanie. Ona mnie tą wielką łapą tłukła po plecach i barkach. W pewnym momencie nawet pomyślałam: „Jaka ja jestem głupia. Pojechałam na koniec świata i płacę własne pieniądze za to, żeby mnie jakaś obca baba biła po głowie niedźwiedzią łapą!”.
Rytuał u Tatiany nie był cudem uzdrowienia, raczej socjologiczną obserwacją uczestniczącą, chociaż Gaya przyznaje, że szamanka miała niewątpliwie dar widzenia wielu rzeczy.
– Nie wiedząc o nas nic, popatrzyła na mojego męża i zaczęła opowiadać o jego życiu oraz o dynamice naszej relacji z dokładnością, która była zaskakująca. Mnie powiedziała coś, o czym już wiedziałam, że w moim życiu droga głowy i droga serca powinny wreszcie zacząć biec równolegle. Cieszę się, że zobaczyłam, jak funkcjonuje Dungur, ale prawdziwego szamana z dziada pradziada, takiego, który naprawdę zmienił moje życie, Valerego, poznałam dopiero po powrocie z Syberii, w Polsce. Los bywa niesamowicie zaskakujący.
Tuwińska mafia i baran w samochodzie

Syberyjska tajga, fot. Gaya Bożek
Prawdziwa magia syberyjskiej podróży tkwiła w całkowitym puszczeniu kontroli. Gaya nigdy nie podróżuje z gotowym planem, nie rezerwuje hoteli z wyprzedzeniem, nie studiuje przewodników. Jej wyprawy są najlepsze wtedy, kiedy bezgranicznie ufa wszechświatowi i pozwala się prowadzić energii napotkanych ludzi.
– My po prostu podążaliśmy za polecajkami – śmieje się Gaya. – Ktoś w pociągu albo na ulicy mówił nam: „O, tam jest piękne miejsce, jedźcie tam”, a my bez wahania zmienialiśmy kierunek. Pełne poddanie się nurtowi życia.
W ten sposób, tuż po zakończeniu oficjalnych uroczystości festiwalu Naadam, Gaya poznała kuzyna jednego ze swoich lokalnych znajomych. Mężczyzna rzucił krótkie: „Jedziecie z nami nad jezioro?”. Chwilę później Gaya i Grzegorz siedzieli w starym busiku, szczelnie wypełnionym rdzennymi Tuwińczykami. Jechali całą noc, w ulewie, błądząc kilka razy po drodze, z… żywym baranem z tyłu.
– Oni uznali, że skoro przyjechali do nich goście z Europy, to zabiją dla nas barana. W czasie tej nocnej eskpady poznaliśmy też tuwińską mafię. Mężczyźni podjechali białym, sportowym BMW w otoczeniu bardzo młodych dziewczyn.
Dla pary Polaków ta gościnność okazała się potężnym wyzwaniem. Gaya od trzydziestu lat nie je mięsa, a gospodarze chcieli, żeby fotografowała, jak zabijają zwierzę.
– Nie chciałam na to patrzeć. A z drugiej strony, kiedy gości cię lokalna mafia, odmowa zjedzenia posiłku przygotowanego na twoją cześć byłaby śmiertelną obrazą. Na szczęście Grzesiek stanął na wysokości zadania, ale do dzisiaj nie jest w stanie tknąć baraniny ani niczego, co choćby z daleka nią pachnie.
Gaya opowiada, że pomimo drastyczności tego doświadczenia, zauważyła, że u Tuwińczyków zabicie zwierzęcia nie ma nic wspólnego z bezduszną, przemysłową rzezią. To pradawny, pełen szacunku rytuał.
– Tam nic się nie marnuje. Wykorzystana jest każda część zabitego zwierzęcia.
Skała Szamanki i lekcja rąbania drewna

Skała Szamanki na Wyspie Olchon, fot. Gaya Bożek
Podążanie za poleceniami nowo poznanych ludzi pchało ich dalej w głąb Syberii. Od pewnego człowieka, pół Polaka, pół Rosjanina, dowiedzieli się o wydarzeniu, o którym na próżno było szukać informacji w oficjalnych przewodnikach czy Internecie.
– Powiedział nam, że nad samym Bajkałem, na wyspie Olhon, lada dzień rozpocznie się zlot trzynastu najważniejszych szamanów . To była unikalna, całkowicie niekomercyjna ceremonia. Natychmiast spakowaliśmy namioty i ruszyliśmy w tamtą stronę.
Na wyspie Olhon znajduje się Skała Szamanki, jedno z najważniejszych miejsc świętych na Syberii, wokół którego narosło wiele legend – szamańskich, buddyjskich, buriackich, mongolskich. Według jednej z nich tamtejszą jaskinię zamieszkiwał potężnych duch opiekuńczy Bajkału. Szamani uznają to miejsce za punkt szczególnej koncentracji sił nadprzyrodzonych, miejsce, gdzie świat ludzi styka się ze światem duchów i przodków.
Obok stoją drewniane pale, serge, obwieszone setkami modlitewnych wstęg.
– Zostaliśmy dokładnie poinstruowani przez miejscowych, jak należy oddać szacunek duchom tego miejsca. Przynosi się dary, które u nich uchodzą za święte, głównie mleko, masło, baraninę.
To właśnie tam, pośród surowych skał i zimnych wód najgłębszego jeziora świata, rozmawiając z jedną z miejscowych, starszych kobiet, usłyszała:
– „Wy tam w tej waszej Europie z tą waszą depresją… Daj mi ich wszystkich tutaj, przywieź ich do mnie! My tu latem już musimy ciężko rąbać drewno, żeby zimą nie zamarznąć na kość. Ja tu nie mam czasu na dumanie, u nas trzeba po prostu pracować, żeby przeżyć, trzeba być też blisko ludzi i dobrze z nimi żyć”. I wiesz co? Coś w tym jest. My na Zachodzie potwornie zapętliliśmy się w naszym myśleniu, rozmyślaniu i chorobliwym rozdmuchiwaniu każdego problemu.
Dla Gai, która w przeszłości przez długi czas chorowała na depresję, te słowa nie były przejawem bezduszności, ale głęboką, życiową mądrością. Przypomniała sobie wtedy lekcję, którą dawno temu w Azji przekazał jej buddyjski mistrz Qi Gongu, u którego wówczas szukała ratunku. Powiedział jej coś, co na początku bardzo ją zirytowała: że depresja bywa często chorobą dotkniętego ego, efektem zbyt wielkiego, neurotycznego skupienia na samym sobie.
– To było potwornie trudne do usłyszenia, kiedy cierpisz. Ale na Syberii zrozumiałam, że to rozmyślanie o tym, jak mi źle, jak bardzo boli mnie strata i jak wielkie mam w sobie poczucie winy, po prostu mnie niszczy. Dopiero gdy tam, na miejscu, przerzuciłam cały swój fokus z samej siebie na zewnątrz – na fotografię, na dostrzeganie surowego piękna i na współodczuwanie realnego cierpienia innych ludzi – coś w mojej głowie zaczęło się przestawiać.
Gaya opowiada, że na Syberii można poczuć, jak bardzo ludzie związani są z naturą. Każdy szczyt góry, każda przełęcz była uznawana za miejsce święte. Podróżując, co chwilę mijali tak zwane owoo lub obo – potężne, kamienne kopce w kształcie piramid, oplecione modlitewnymi wstęgami.
Przeczytaj też:
Bali, podróż do Raju
Syberia na brzozie
Podróż na Syberię dobiegła końca, ale Syberia nie zamierzała opuścić Gai. Przeżyte w tajdze doświadczenia, surowe piękno i bezinteresowna dobroć ludzi, których spotkała na swojej drodze, rezonowały w niej z taką siłą, że po powrocie do Polski poczuła potrzebę złożenia metafizycznego długu wdzięczności. Szukała formy, która połączy jej artystyczną duszę z realną, namacalną pomocą.
Wtedy przyszła do niej wizja. Jako fotografka, przywiozła ze sobą tysiące klatek dokumentujących syberyjską codzienność i mistyczne rytuały. Postanowiła stworzyć wystawę, ale w formie, która oddawałaby ducha tamtego miejsca.
– Wymyśliłam, że wydrukuję te zdjęcia bezpośrednio na drewnie brzozowym. Brzoza jest szamańskim drzewem i bardzo słowiańskim, idealnym do takiego projektu.
Po pierwszej wystawie, w Sopocie, część prac została sprzedana, a Gaya od początku wiedziała, na co przeznaczy większość zarobionych pieniędzy. Jeszcze będąc na Syberii, poznała kobietę Anastazję, którą zapytała, czy zna w swoim otoczeniu kogoś, komu przydałaby się bezpośrednia pomoc finansowa. W ten sposób Gaya poznała historię Wowy, 11-letniego chłopca, sparaliżowanego, niewidomego, cierpiącego na padaczkę. Ojciec odszedł od rodziny po usłyszeniu diagnozy, matka nauczycielka zrezygnowała z pracy, by opiekować się synem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Rok po swojej pierwszej wyprawie Gaya i Grzegorz spakowali plecaki po raz drugi. Wrócili na Syberię.
– Pojechaliśmy wręczyć mamie Wowy pieniądze ze sprzedaży fotograficznych obrazów. Trafiliśmy idealnie w dzień jej urodzin. Przyszliśmy z różami, szampanem i kopertą. Może nie była to kwota, która mogła uzdrowić chłopca, ale dla niej stanowiła równowartość półrocznego zasiłku. Ta kobieta zalała się łzami, my razem z nią. To było niesamowicie wzruszające. Niestety, dzisiaj przez wybuch wojny i propagandę kontakt z nimi się urwał. Nie mam pojęcia, co się tam u nich dzieje, ale cieszę się, że wtedy zdążyliśmy domknąć ten krąg dobra.
Polecamy:
Nomada z pustyni i dziewczyna z wielkiego miasta
Szaman z Chakasji
Syberia podarowała Gai coś jeszcze – brakujący element układanki, który pozwolił jej ostatecznie odzyskać utraconą po pogrzebach rodziców równowagę. Przed pierwszą wyprawą Gaya nie miała pojęcia o istnieniu Chakasji, republiki sąsiadującej z Tuwą. Po powrocie do Polski, przeglądając Internet, natknęła się na nazwisko Valerego, rodowitego szamana z Chakasji, który regularnie przyjeżdżał do Europy prowadzić warsztaty.
– Obejrzałam jeden film z nim i od razu poczułam, że jest człowiekiem, którego chcę poznać. Pojechałam na jego warsztaty w zachodniopomorskim. Pamiętam, że siedzieliśmy na podwórzu po pierwszym dniu pracy i nagle nad naszymi głowami nadleciał i zakołował potężny orzeł bielik, który jest moim zwierzęciem mocy. To był kolejny, jasny znak, że jestem we właściwym miejscu.
Gaya zaprzyjaźniła się z Valerym. To on pomógł jej domknąć proces żałoby i uzdrowienia. Pomógł jej też odzyskać fizyczny, potężny głos, z którego istnienia nie zdawała sobie sprawy. Zaczęli razem prowadzić warsztaty szamańskie w Polsce. Podczas gdy Valery dzielił się prastarą wiedzą i prowadził ceremonie przy bębnie, Gaya wprowadzała swoje autorskie narzędzia pracy z ciałem, między innymi taniec z opaską na oczach, w ciemności, by uczestnicy mogli puścić kontrolę umysłu i uwolnić nagromadzone w ciele emocje.
– Ludzie szukają szybkich rozwiązań swoich problemów, ale droga na skróty nie istnieje, wymaga pracy, ciągłego samorozwoju
– mówi Gaya, która dzisiaj, kilka lat po pierwszej podróży na Syberię marzy o napisaniu książki. Chciałaby w niej połączyć wątki podróżowania ze swoją holistyczną wiedzą o doświadczaniu życia, o szukaniu jego sensu.
– Dla mnie sensem jest pomaganie, wspieranie innych, ale bez zapominania o sobie. Robię to przez warsztaty, przez pracę z ciałem, taniec i muzykę, przez fotografię. Uczę też na Uniwersytetach Trzeciego Wieku, prowadzę zajęcia dla niewidomych. Cały czas uczę się nowych rzeczy i dużo podróżuję. Napędza mnie poczucie sprawczości.
