Tuesday, June 18, 2024
Home / POLECAMY  / Sprawa Joanny z Krakowa. Czy z kobietą można robić, co się chce?

Sprawa Joanny z Krakowa. Czy z kobietą można robić, co się chce?

To, co się dzieje w Polsce wokół aborcji jest niebezpieczne dla kobiet

Kobieta w kryzysie

Kobiecie w kryzysie należy się wsparcie. W Polsce hasło „aborcja” prowadzi do przemocy względem kobiet / fot. Adobe Stock

Sprawa Joanny Parniewskiej, kobiety z Krakowa, która zamiast pomocy i zaopiekowania się jej kryzysem przez lekarzy, doświadczyła przemocy ze strony policji, mocno wybrzmiewa w przestrzeni publicznej i rozmowach prywatnych. Pokazuje prawdziwe oblicze państwa, w którym żyjemy.  Czy z człowiekiem można zrobić co się chce, tylko dlatego, że jest kobietą? Dzisiaj publikujemy kolejny tekst-komentarz, w którym jest więcej pytań niż odpowiedzi, 

 

Zobacz też koniecznie:
„Czego wy ode mnie chcecie?”. Sprawa Joanny z Krakowa

Zrobić z kobiety wariatkę

Przyglądam się sytuacji, w jakiej znalazła się pani Joanna z Krakowa. Interesuje mnie zachowanie policji. Z udostępnionego nagrania rozumiem, że lekarka dzwoniła z zamiarem wezwania pogotowia, a nie policji. Pani Joanna potrzebowała się uspokoić. To wynika z jej wypowiedzi. Ona szukała kogoś kto jej pomoże się uspokoić. Tylko tego oczekiwała. Śledzę tę historię i wypowiedzi różnych stron i mam kilka pytań.

Dlaczego policja stwierdziła w pierwszym komunikacie, że czuć było zapach alkoholu, a później usunęła tę informację? Skoro policjanci wyczuwali alkohol, dlaczego nie zrobili testu na jego obecność? Jakie znaczenie dla całego zdarzenia ma alkohol?
Czy jeżeli kobieta spożyje alkohol to można z nią robić, co się chce? Czy ta informacja miała usprawiedliwić ich działanie? Czy to jest działanie na zasadzie – obrzucić błotem, coś się przyklei?

Dlaczego policja podała informację, że kobieta leczyła się psychiatrycznie? Czy to też ma usprawiedliwić ich działanie? Czy to miał być komunikat na zasadzie „o patrzcie wariatka, a wariatki zamyka się w wariatkowie w kaftanie bezpieczeństwa”?

Informację o alkoholu i leczeniu psychiatrycznym odbieram jako próbę umniejszenia pani Joanny. Jako próbę powiedzenia „możemy tak ją traktować, bo ona jest po alkoholu i leczy się psychiatrycznie, czyli wariatka i alkoholiczka, a wariatów i alkoholików przecież możemy traktować gorzej”.
Policja nie powiedziała tego wprost, ale użycie argumentów o zapachu alkoholu i leczeniu psychiatrycznym, interpretuję jako próbę wywołania negatywnych skojarzeń, i tym samym usprawiedliwienie działania.

Jeżeli się zgodzimy na to, że można w ten sposób uzasadniać gorsze traktowanie nas obywateli, to godzimy się na to, że inne osoby (może my albo nasi bliscy) będą źle traktowani tylko dlatego, że policjant/ka poczuje zapach alkoholu albo dowie się, że ktoś leczy się psychiatrycznie.

Aby podać szerszy kontekst podzielę się dodatkową informacją:
„W 2022 roku wystawiono w Polsce niemal 1,3 mln zwolnień z powodu zaburzeń psychicznych” (info z ZUS). A ta informacja uwzględnia jedynie osoby, które zwróciły się do lekarza.
„Wzrost konsumpcji antydepresantów. W 2022 r. liczba sprzedanych opakowań była o jedną trzecią wyższa niż pięć lat wcześniej i przekroczyła 30 mln – wynika z danych firmy analitycznej PEX PharmaSequence, przygotowanych na prośbę Dziennika Gazety Prawnej”.
Tymi danymi chcę pokazać, że pani Joanna nie jest jedyną osobą korzystającą z leczenia psychiatrycznego. W Polsce jest to popularne.

Policja twierdziła, iż chciała pomóc. Ale jak mogli chcieć pomóc, skoro na nagraniu słyszymy, że przeszkadzali lekarzom? Gdy policja była w mieszkaniu pani Joanny, to tam też już byli medycy. Policja też weszła w konflikt z medykami. Skoro są przy niej medycy to po co działania policji?

Do czego to miało prowadzić?
Skoro sama poprosiła o pomoc, to po co przeszukanie? Aby stwierdzić, czy ma przy sobie coś co może wykorzystać do samobójstwa? Jeżeli prosi o pomoc to przecież chce żyć – to jest proste.
Dlaczego badanie ginekologiczne? Kobieta prosiła o pomoc, aby się uspokoić. Nigdzie nie znalazłam informacji, że potrzebowała lub prosiła o badanie ginekologiczne.

„Dyżurujących lekarzy wylegitymowano, a panią Joannę, w eskorcie policji, przewieziono do innego szpitala z oddziałem ginekologicznym. Tam już czekał kolejny patrol i wezwano następny. Kobietę zmuszono też do oddania telefonu.” (TVN 24)

Też żadnym usprawiedliwieniem policji nie jest to, że później przeszukanie robiły policjantki. Nadal to było agresywne i zajmowali się osobą będącą pod opieką medyków.
Są osoby, które tłumaczą, że policja ma obowiązek rewidowania osób, które się na siebie targnęły lub próbowały. Tylko, że ona już była pod opieką medyków i to ona poprosiła o pomoc, czyli nie jest jej zamiarem zrobienia sobie krzywdy, skoro sama wyciągnęła rękę po pomoc. Po co rewidować kogoś w takiej sytuacji?

„Lekarz SOR-u, który chce pozostać anonimowy, opowiedział, jak wyglądała interwencja wobec pani Joanny. – Czterech mężczyzn pilnowało jednej przestraszonej kobiety. Utworzyło kordon wokół pacjentki, utrudniało nam to pracę. Oni nie byli w stanie podać, dlaczego ta pacjentka jest przez nich zatrzymywana – relacjonuje lekarz.” (TVN 24)

Policję bardzo interesował laptop i telefon. Skoro uważali, że chronią ją przed popełnieniem samobójstwa to dlaczego skupiają się na telefonie i laptopie (czy ona miała uderzyć się tym sprzętem w głowę albo połknąć?)
Skoro uważali, że jest ona na drodze popełnienia samobójstwa, to próby odebrania i faktyczne odebranie jej laptopa i telefonu z całą pewnością nie poprawiały jej nastroju.
Sąd, rozpatrując skargę na zabranie telefonu i nakazując jego zwrot, przypomniał policjantom, że pani Joanna nie była podejrzaną, ani nawet nie brano pod uwagę stawiania jej zarzutów.
Priorytetem nie było ratowanie życia, ale szukania przestępstwa. Policja szukała informacji o zakupionych medykamentach.
Medycy nie potrzebowali od policji informacji jakie środki ona zażyła, więc nie mogą używać tego argumentu jako wytłumaczenia się z odebrania laptopa i telefonu.
O to, gdzie i co kupiła mogli zapytać później i nie muszą do tego rekwirować sprzętu.

„– Chcę jasno i wyraźnie podkreślić, że pani Joanna ani przez moment nie była osobą zatrzymaną. Ani przez moment nie wykonywaliśmy czynności ukierunkowanych na jej osobę. Jedyne co, to robiliśmy wszystko, aby nie dopuścić do zamachu samobójczego i aby zabezpieczyć dowody pozwalające nam na zidentyfikowanie osób, które sprzedały jej te medykamenty i sprawdzenie po pierwsze legalności, a przede wszystkim bezpieczeństwa tych środków, które zostały przez panią Joannę zakupione, a być może zakupione też przez inne osoby – powiedział Szymczyk.” (PAP)

Jeszcze raz przytoczę ten fragment „i aby zabezpieczyć dowody pozwalające nam na zidentyfikowanie osób, które sprzedały jej te medykamenty i sprawdzenie po pierwsze legalności”
Naprawdę to w tym momencie było najważniejsze??? Na tym musieli się skupić kosztem możliwości pogorszenia samopoczucia pani Joanny? Trochę brzmi jak próba gaszenie ognia benzyną.
W kwestii zatrzymania telefonu pani Joanny, wypowiedział się sąd „pożądana byłaby na przyszłość ich większa wstrzemięźliwość przy dokonywaniu w warunkach szpitalnych czynności wobec osoby, której nie można postawić zarzutu”.
A teraz policja tłumaczy się, że funkcjonariusze musieli szybko podejmować decyzję, a sąd miał więcej czasu na refleksję i dlatego treść orzeczenia jest tak krytyczna wobec postępowania policji.

Zobacz też:
Legalna aborcja bez kompromisów, czyli czy da się przerwać ciążę w Polsce

Czułam jakby policjanci mnie gwałcili

Historia pani Joanny jest tematem wielu artykułów (linki na końcu tekstu). Tutaj podaję fragment wywiadu dla OKO.press z 20 lipca (polecam przeczytać cały wywiad):

Kiedy zaszłam w ciążę, poszłam do ginekologa. To normalne, że w trakcie badania lekarz pyta kobietę o to, ilu ma partnerów seksualnych. Ale mój lekarz, zamiast zadać mi to neutralne, standardowe pytanie, zapytał: „Czy uprawia pani nierząd?”.

Zdumiewające.

Określenie „nierząd” pochodzi z terminologii biblijnej. Używane przez lekarza nie pomaga czuć się bezpiecznie. Wiele kobiet pisze mi teraz, że boi się zajść w ciążę w Polsce. Takie sytuacje się do tego przyczyniają.

Ciążę przerywa więc pani sama. Z relacji, które pojawią się w mediach, wynika, że tabletkę poronną bierze pani w dniu, w którym dzwoni do lekarki po pomoc.

To nieprawda. Chciałabym te informacje wyprostować. Do lekarki dzwonię tydzień po wzięciu tabletki poronnej. Telefon do niej nie miał związku z przerwaniem ciąży. Aborcja była w moim przypadku bezpieczna. Nie była nawet szczególnie bolesna. Nie miałam żadnych komplikacji. Przebiegała podręcznikowo. To nie było tak, że wzięłam tabletkę poronną, zadzwoniłam do lekarki i groziłam, że chce popełnić samobójstwo.

To dlaczego pani zadzwoniła?

Bo miałam gorszy moment w życiu. Był wieczór, miałam obniżony nastrój, co czasem mi się zdarza. Tak jak każdemu. Miałam problemy z oddychaniem, byłam pełna lęku. Uznałam więc, że odpowiedzialnym i normalnym rozwiązaniem będzie sięgnąć po pomoc osoby wykwalifikowanej. Zadzwoniłam do lekarki z nadzieją, że pomoże mi się uspokoić.
Wyobrażałam sobie, że to będzie rozmowa telefoniczna, w której wykwalifikowana osoba pomoże mi się wyciszyć i uspokoić oddech. W ostateczności, że przyjedzie karetka i ktoś poda mi doraźny zastrzyk uspokajający. A w najgorszym wypadku, że pojadę na oddział szpitalny na moment obserwacji. Liczyłam się z tym, bo to normalne w ekstremalnych sytuacjach.

Czyli chodziło o czyste wsparcie psychologiczne?

Tak.

Lekarce mówi pani o tabletce poronnej. Przerwanie ciąży miało związek z pani obniżonym nastrojem?

Aborcja nie była dla mnie radosnym doświadczeniem i była jednym z elementów, które przyczyniły się do obniżenia nastroju. Powiedziałam o tym lekarce, bo jej ufałam, bo jest psychiatrą.

(…)

Policjanci powtarzali suche hasła. „Przestępstwo”, „procedury”. Niczego nie wyjaśniali. To była wata słowna, pozbawiona jakiejkolwiek treści. Lekarze pytali policjantów: „Ale proszę powiedzieć, jakie przestępstwo?”.
Policjanci odpowiadali: „Chodzi o przestępstwo, nie możemy powiedzieć jakie”. Byłam pewna, że pójdę zaraz do więzienia. Otaczała mnie policja, która nie chciała powiedzieć, jakie popełniłam przestępstwo, nie wiedziałam, dokąd mnie mogą zabrać. Bałam się, że następny krok to areszt.

Jak to się stało, że została pani przewieziona na oddział ginekologiczny, skoro zgłosiła się pani po pomoc psychologiczną?

Nikomu nie zgłaszałam, że mam problemy ginekologiczne. Nie potrafię tego zrozumieć. Jeszcze raz powtórzę. Nie miałam komplikacji związanych z aborcją. Potrzebowałam wsparcia psychologicznego.
Mimo to przewieziono mnie na oddział ginekologiczny do drugiego szpitala. W pewnym momencie policjanci chcieli, żebym do drugiego szpitala nie jechała karetką, tylko radiowozem. Ale nie chciałam zostać sama z policjantami.
Policjanci pokłócili się z lekarzami i wyżywali na mnie. Traktowali jak przestępcę. Nie chciałam być z nimi bez lekarzy. Jeden z lekarzy sprzeciwił się, żebym jechała radiowozem i pojechałam karetką. W tym drugim szpitalu lekarz zaczął mi robić badanie ginekologiczne. Do teraz nie wiem dlaczego.
W pewnym momencie do gabinetu ginekologicznego weszły dwie policjantki. Trochę młodsze ode mnie. Kazały mi się rozebrać do naga, robić przysiady i kaszleć.

Lekarz pozwolił im wejść?

Tak.

Co pani czuła?

Czułam, że jestem zupełnie sama i nikt nie obroni mnie przed tym, co się zaraz stanie. A zmierzało to do przebadania mi odbytu. Poczułam, że to już. To był moment, w którym uruchomił się we mnie instynkt przetrwania. Gdzie mam uciec? Co robić? Przecież nikt mi nie pomoże. Policjantki cały czas pytały, gdzie jest mój telefon.
Rozebrałam się. Ze strachu.
Zostałam w majtkach, bo nadal krwawiłam. Nie byłam w stanie ich zdjąć. To byłoby zbyt upokarzające.

Kucała pani?

Kilka razy odmówiłam. Miałam poczucie usuwającej się rzeczywistości. Każą mi robić te dziwne przysiady… Czy one myślą, że ukryłam telefon w pochwie? Ten absurd doprowadził do tego, że wykrzyczałam im prosto w twarz:
„Czego ode mnie chcecie? Przed chwilą badał mnie ginekolog”. To on wie najlepiej, czy coś ukrywam w pochwie.

[Cały wywiad: https://oko.press/czulam-jakby-policjanci-mnie-gwalcili-pani-joanna]

 

Zobacz też:
„Ani jednej więcej. Przestańcie nas zabijać”. Śmierć ciężarnej Doroty

„Operacja się udała, pacjent zmarł”

Nie rozumiem działania policji. Nie widzę dbania o obywatelkę/obywatela. Nie widzę, dbania o ludzi. Cały czas chodzi mi po głowie pewna sentencja „operacja się udała, pacjent zmarł”. Czyli wykonaliśmy zadanie, a efekt nie jest istotny. Gdy przygotowałam ten tekst to też wysłałam do zaprzyjaźnionej lekarki. Ona po przeczytaniu dodała:

– Podkreśliłabym na pewno jedno, co uważam za mega ważne z punktu widzenia pacjentki i kobiety, NIGDY policja nie powinna być w pomieszczeniu, gdzie odbywa się badanie pacjenta (chyba, że pacjent jest agresywny i zagraża personelowi lub sobie, co nie miało miejsca), tylko ZAWSZE za drzwiami. I tu błędnie postąpili policjanci, ale, niestety, przede wszystkim lekarze, którzy się dali tak zastraszyć, że nie protestowali. A już kazanie jej się rozebrać do przesłuchania to jakieś kuriozum, gdzie miała „broń” przeciwko sobie schować? w pochwie?

I tak na koniec – pamiętacie historię z tego roku? CBA zabezpieczyło dokumentację medyczną pacjentek gabinetu ginekologicznego w Szczecinie z niemal 30 lat. Nie przedstawiono ginekolożce żadnych zarzutów. „Jedna z pacjentek zauważyła, że podczas wizyty w lutym 2023 r. brak dokumentacji z jej długoletniego leczenia uniemożliwił porównanie obrazu klinicznego sprzed trzech miesięcy z teraźniejszym. Jej zdjęcia USG zostały bowiem wyniesione przez CBA„, czytamy w oświadczeniu biura rzecznika Praw Obywatelskich, które wyjaśnia tę sprawę.
Przypuszczam, że podobnych zdarzeń jest więcej. Nie są publiczne. Są opowiadane przyjaciółkom. Często z lekką nieufnością, bo może „mi się wydaje”, że tak nie powinno być. Może to jest normalne i tylko ja „wybrzydzam”.
A może gdy się podzielą to słyszą „a po co ruszać temat, było minęło” albo „daj spokój i tak nie wygrasz”. I pewnie zostają tak z tym same.
Czy to jest normalne? Czy takie zdarzenia nie naruszają naszych praw? Naszej godność? Czy chcemy na to pozwalać?

 

Aneta Juszczuk

 

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ