Thursday, June 24, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Siostry Matkowskie – O debiutanckiej płycie, pasji do muzyki i romskiej kulturze

Siostry Matkowskie – O debiutanckiej płycie, pasji do muzyki i romskiej kulturze

Bałkańskie brzmienia, węgierskie smyczki, rosyjskie romanse i elementy flamenco. O okolicznościach powstania debiutanckiej płyty Lela Pala Tute oraz cygańskim życiu rozmawiamy z Justyną oraz Magdaleną Matkowskimi.

Siostry Matkowskie

Siostry Matkowskie – płyta /fot. materiały prasowe, Sony Music

Lela Pala Tute – niezwykłe połączenie tradycyjnych romskich motywów muzycznych. Eklektyczny projekt, w którym splatają się bałkańskie brzmienia, węgierskie smyczki, rosyjskie romanse i elementy flamenco. O okolicznościach powstania płyty oraz przebarwnym cygańskim życiu rozmawiamy z Justyną oraz Magdaleną Matkowskimi.

Siostry Matkowskie

Siostry Matkowskie / fot.materiały prasowe, Sony Music

Muzyka cygańska czy romska? Cyganie czy Romowie? Który z tych terminów jest właściwy i bardziej adekwatny?

Justyna Matkowska: Słowo Cygan jest mocno zakorzenione w języku polskim, tym samym wywołuje pozytywne jak również negatywne skojarzenia. Forma Rom jest obecnie bardzo popularna i uznawana za poprawną politycznie. Jednak oba określenia występują obok siebie w języku polskim. My staramy się oddzielać język polski od języka romani, dlatego też posługując się językiem polskim określamy siebie jako Cyganki. Zaczerpnięty z języka romani Rom to nieprecyzyjne uproszczenie, które przede wszystkim jest formą męską i oznacza podróżnika. Kobieta to Romni, a nie Romka, więc już na samym początku powstaje zgrzyt. Nie obraża nas określenie Cygan, ale istotne jest w jakim kontekście pada oraz jak jest nacechowane emocjonalnie przez nadawcę.

Czy powinno?

J.M. To zależy od kontekstu wypowiedzi. Cygańska: uroda, muzyka, gitara, cygańskie: rzemiosło, kowalstwo, skrzypce, biżuteria, konie, tabory, kolorowe suknie, wróżby, ziołolecznictwo, albo Cyganeria – ugrupowanie młodopolskich artystów budzą dobre skojarzenia, natomiast cyganić lub Cygan jako określenie kłamcy, oszusta lub krętacza niekoniecznie.

O bardzo popularnej ostatnimi czasy Papuszy mówi się, że zdradziła cygańskie sekrety, sprzeciwiła się zasadzie o nieujawnianiu sekretów języka romani i generalnie w swojej twórczości poszła pod prąd, udostępniając szerszemu ogółowi niuanse cygańskiej mowy i kultury. Niuanse, które powinny pozostać we własnym, zamkniętym gronie. Przynajmniej taki obraz wyłania się z filmu Krzysztofa Krauze.

J.M. Na to pytanie najlepiej odpowiedziałby Edward Dębicki – krewny Papuszy, mieszkający w Gorzowie Dyrektor Cygańskiego Teatru Muzycznego „Terno”. Papusza była pierwszą słynną poetką pochodzenia romskiego, niezwykłą postacią kobiecą i współcześnie jest autorytetem dla młodego pokolenia Romów. Z naszej wiedzy wynika, że Papuszę nie spotkały jakiekolwiek nieprzyjemności czy ostracyzm ze strony społeczności. W 1964 władze wydały zakaz dalszych cygańskich wędrówek. Tabory zatrzymały się, a ludzi zmuszono do osiedlenia w przypadkowych miejscach, tam gdzie akurat zastała ich nowa sytuacja. Rzadko jednak wspomina się, że na miejsce osiedlenia przydzielono im najgorsze domy i osiedla, których nikt nie chciał zamieszkiwać. Były to najczęściej miejsca wzgardzone przez repatriantów i przesiedleńców, zdewastowane, zagrzybione i nieuzbrojone. Jednocześnie Romom zabroniono dalszego podróżowania, a także wróżenia i muzykowania, co nierzadko stanowiło jedyną formę zarobku.

Magdalena Matkowska: Co zaś się tyczy samej zdrady czy ujawnienia romskich sekretów, cóż, jest to kultura hermetyczna i rzeczywiście prawo romskie zabrania nam przekazywania tych najgłębiej skrywanych tajemnic. Głównie chodzi o kwestię uczenia kogokolwiek spoza społeczności romskiej naszego języka, który jest przekazywany ustnie z pokolenia na pokolenie.

Poruszanie tematyki przyrody, bliskości natury czy sekretów wędrownego życia to żaden występek, a jedynie próba przybliżenia tego, co skrywa cygańska dusza i wnętrze. Ficowski1, który spędził w taborze dwa lata, w sposób samoistny nauczył się języka romani, miał też okazję podpatrywać cygańskie obyczaje, tradycje i sposób życia. Jeśli już ktokolwiek upublicznił te niuanse szerszemu ogółowi, to właśnie on.

Czy prezentowanie muzyki oraz kultury cygańskiej w Waszym wydaniu nie występuje przeciw opisanym przed chwilą zasadom i romskim prawidłom?

M.M. Nie, ponieważ my jedynie przybliżamy publiczności muzykę i folklor cygański. W piosenkach pojawiają się elementy innych języków, w tym frazy śpiewane po polsku. Prezentujemy tradycyjną muzykę cygańską niestylizowaną i bardzo zależy nam na ukazywaniu prawdziwej muzyki cygańskiej.

Przechodząc do płyty, zawiera ona zestaw tradycyjnych romskich utworów śpiewanych w oryginale, co stanowi największy atut albumu. Piosenki te znane są z innych, wcześniejszych wykonań w najrozmaitszych stylistykach. Jaka jest Wasza opinia na temat tych niekiedy znacznie odbiegających od oryginału wersji znanych choćby z repertuaru Bregovica czy zespołu Gogol Bordello?

J.M.Każdy ma prawo do swojej własnej interpretacji. Jesteśmy otwarte na różne formy stylizowania muzyki cygańskiej. Wokalista Gogol Bordello jest z pochodzenia Romem, który w sposób szalony i żywiołowy podchodzi do tradycyjnych kompozycji, ale nie przekłamuje ich i nie ośmiesza. Ważny jest szacunek i wierność tradycji. My nie stylizujemy tej muzyki w żaden sposób, a nasze aranże przypominają rdzenne, pierwsze oryginalne wykonania. Najbardziej zależy nam na tym, by muzyka ta nie zatraciła swojej prawdziwości, by pokazywała, co jest w niej najbardziej szczere i autentyczne: temperament, uczucia, emocje i to co naprawdę drzemie w naszych duszach i sercach. Szczerze mówiąc, walczymy z rozplenianiem się pseudocygańskiej muzyki rozrywkowej, pełnej błędów i nieudanych stylizacji tekstowych. Fenomenalny zespół Roma, który powstał w latach 60-tych, zjeździł świat, w niezwykły sposób prezentując prawdziwy cygański folklor, dając przy tym rewelacyjny sceniczny show. Lata 90-te to z kolei zakręt w stronę muzyki taneczno-rozrywkowej w znaczeniu disco-polo.

M.M. Inna sprawa to przypadek artystów pokroju Gorana Bregovica, którzy niestety mieli tendencję do korzystania z przebogatej skarbnicy tradycyjnej muzyki wielu kultur, a co gorsze przedstawiania tych utworów jako swoich. To trochę nadużycie podpisać swoim nazwiskiem utwór znany powszechnie od trzystu lat. Jest taka piosenka – Ederlezi, traktująca o ważnych kwestiach, przebudzeniu, wiośnie, odrodzeniu, czymś naprawdę bardzo istotnym. W wersji z polskim tekstem nie będącym tłumaczeniem tekstu romskiego, jest naszym zdaniem za dużym uproszczeniem.

Skąd na Lela Pala Tute takie bogactwo pozornie zróżnicowanych motywów muzycznych, od węgierskich smyczków, poprzez rosyjskie romanse i bałkańskie brzmienia aż po flamenco?

J.M. W społeczności polskiej flamenco jest uważane za muzykę hiszpańską, podczas gdy są to brzmienia jak najbardziej cygańskie, typowe przede wszystkim dla Cyganów z Andaluzji. Carmen Amaya czy inni wielcy artyści nurtu flamenco to przecież Cyganie. Podobnie węgierskie czardasze czy rosyjskie romanse, zbudowane na skali cygańskiej i stanowiące typowy element cygańskiego zaśpiewu. Bardzo chciałyśmy aby nasz album nie był jednorodny, przeciwnie, postawiłyśmy sobie za zadanie pokazanie wielobarwności i bogactwa muzyki romskiej.

J.M. Nasza kultura i tradycja to nie tylko włosy czesane wiatrem i kolorowe spódnice. To przede wszystkim głęboka wrażliwość i niebywałe wsłuchanie w naturę oraz umiejętność przekazania tych doświadczeń w tworzonej muzyce. Jest taka baśń indyjska, według której Bóg rozdzielając ziemie zapomniał o Cyganach. W ramach zadośćuczynienia stwierdził: dostaniecie talenty i umiejętności, będziecie jeździć po całym świecie żyjąc między innymi narodami i niosąc radość, szczęście, taniec, śpiew i muzykę. Będziecie wzbogacać wszystkie inne kultury, pokazując piękno i uroki życia. Cyganie rozprzestrzenili się po całym świecie, grali, śpiewali i tańczyli. A że obracali się w różnych miejscach i pośród różnych społeczności, ich muzyka stała się wielobarwna i wielowymiarowa. Chciałyśmy, aby było to słychać na naszej płycie. Celowo wymieszałyśmy różne gatunki muzyki cygańskiej. Są tu romanse polskich Romów, ale również rosyjskich, rumuńskich oraz węgierskich. Każda piosenka jest inna, chciałyśmy przede wszystkim uniknąć nudy i monotonii, choć o tę ostatnią w muzyce cygańskiej raczej trudno.

M.M. Chciałyśmy stworzyć w miarę pełną kolekcję utworów, pokazujących różne oblicza cygańskiej muzyki, ale niosących w zasadzie jedno przesłanie, czyli próbę opowiedzenia co jest w tej kulturze najpiękniejsze. Przede wszystkim na płycie pojawił się utwór Dzelem Dzelem, który jest hymnem romskim. Zaśpiewałyśmy go zarówno w języku romskim, jak i polskim. Po to choćby, by ludzie mogli zrozumieć, co ze sobą niesie, czyli ten specyficzny ból, rozdarcie i poczucie braku własnego miejsca. Rozsiani po całym świecie Cyganie, chcąc spotkać się ze swoimi rodzinami, muszą podróżować i przebywać ogromne dystanse, więc ich wędrówka tak naprawdę nigdy się nie skończyła. Nie każdy kraj przyjmuje nas z otwartymi ramionami, zawsze pozostaniemy mniejszością, nigdy też do końca nie znikną uprzedzenia i krzywdzące stereotypy.

Przenieśmy się do samych początków Waszej kariery muzycznej. Ile jest prawdy w anegdocie, że Mama zapisała Was do szkoły muzycznej, by przerwać sześcioletniej Magdzie oglądanie brazylijskich seriali, które wypełniały jej popołudniowy wolny czas?

M.M. Coś w tym jest. W naszej rodzinnej wsi nie mogłyśmy raczej narzekać na mnogość atrakcji. Lokalna biblioteka oferowała dość ograniczony zestaw książek, więc siłą rzeczy telewizja stała się wiodącą formą spędzania wolnego czasu. Inna sprawa, że od dzieciństwa lgnęłyśmy do muzyki i wyrastałyśmy pośród jej dźwięków. Nasz Tata był muzykiem, więc raczej nie można było tego uniknąć…

J.M. Dokładnie tak. Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa to Tata odbywający w domu próbę z kolegami z zespołu. Gwar, mnóstwo instrumentów, wszechobecne śpiewy i tworzenie nowego repertuaru – to pamiętam najlepiej. Tata grający na gitarze, jego brat na perkusji i pozostali członkowie grupy, którzy do naszego domu przyjeżdżali na próby. A wokół nich my, tańczące i śpiewające razem z zespołem Taty. Nie była to twórczość cygańska, a raczej polskie piosenki taneczno-rozrywkowe. Tak czy inaczej muzyki było wokół nas mnóstwo na każdym kroku.

M.M. W tamtych czasach, mając właśnie 6 lat rodzice zgłosili mnie na konkurs wokalny. Byłam najmłodszą uczestniczką tego konkursu, jednak nie przeszkodziło mi to wtedy zająć drugiego miejsca. Po tym pierwszym „dziecięcym” sukcesie rodzice zapisali nas obie na zajęcia wokalne, na które uczęszczałyśmy regularnie i na których rozwijałyśmy umiejętności wokalne i artystyczne. Dzięki staraniom i poświęceniom rodziców uczestniczyłyśmy w kolejnych festiwalach oraz konkursach i warsztatach, zdobywałyśmy nagrody i wyróżnienia, a przede wszystkim rozwijałyśmy się i nabywałyśmy kolejnych umiejętności scenicznych.

Czy musical Źli ludzie to ta sama era?

M.M. W musicalu „Źli ludzie” występowałyśmy trochę później. Ja miałam 10 lat, a Justyna prawie 8. Jako laureatki Ogólnopolskiego Festiwalu Amatorskiego Ruchu Artystycznego dostałyśmy propozycję wystąpienia w tym projekcie. Zostałyśmy obsadzone jako artystki grające jedne z głównych ról. Tak samo jak w życiu osobistym, w musicalu grałyśmy role sióstr. Niestety cała historia przestawiona w musicalu kończyła się bardzo tragicznie. Bohaterka grana przez Justynkę umierała. Dzięki rocznej przygodzie z musicalem bardzo rozwinęłyśmy umiejętności artystyczne, a przede wszystkim ruch sceniczny. Rodzice bardzo nas w tym wspierali, wozili nas na próby, pomagali nam w codziennych ćwiczeniach, rozpierała ich duma w czasie koncertów. Niestety po jakimś czasie projekt został zakończony, a my na dobre zaangażowałyśmy się w zajęcia, na które uczęszczałyśmy do Szkoły Muzycznej I stopnia im. Fryderyka Chopina w Kłodzku. Bardzo ciepło wspominamy tamten okres.

Jak doszło do tego, że Mama stała się Waszą managerką?

J.M. Mama od zawsze była najważniejszą osobą w naszym życiu i bardzo wspierała nas we wszystkim, co robiłyśmy. Mama pracowała przez kilkanaście lat w jednostce budżetowej. W pewnym momencie, kiedy kończyłam studia licencjackie wpadłam na pomysł, by założyć rodzinną firmę. Bardzo zależało mi na tym, aby Mama spróbowała organizować nasze koncerty. Po krótkim czasie okazało się, że idealnie odnalazła się w roli naszej managerki. Jest w tym świetna, doskonale radzi sobie z logistyczną stroną naszej działalności, a co najważniejsze – chyba nigdy dotąd nie była tak zadowolona i spełniona. Ponadto ma niesłychany dryg do rozmów marketingowych i negocjacji. Doskonale zna nasz kalendarz i w bardzo skuteczny sposób łączy dla nas działalność estradową z innymi codziennymi zajęciami.

Na następnej stronie dowiesz się więcej co robią Siostry Matkowskie poza muzyką, skąd ich polskie korzenie i co je tak naprawdę inspiruje?

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach