Thursday, July 2, 2020
Home / #ZOSTAŃWDOMU  / Singielka w czasach zarazy

Singielka w czasach zarazy

Od czasu wprowadzenia ograniczeń i pracy zdalnej byłam: zaradna, niezdarna, poukładana, roztrzęsiona, zaprzyjaźniona, skłócona, wesoła

singielka-miasto-kobiet

Iśka Marchwica / fot. własne

Głupota udostępnianych masowo memów uderzyła mnie z samego rana. Zanim jeszcze przystosowałam wzrok, do mojego mózgu dotarło pytanie, a właściwie polecenie, że muszę, MUSZĘ wybrać, jakim „typem Britney” jestem dzisiaj. Minął tydzień, odkąd świat się zatrzymał. A przynajmniej mój świat. Jest 9:30 rano. Nie wiem, co ze sobą zrobić, ale wiem, że absolutnie muszę zdecydować, „jaką Britney jestem dzisiaj”

 

Na obrazku ktoś zestawił kilka zdjęć Britney Spears z różnych etapów jej życia i kariery. Jest Britney w stroju seksownej uczennicy, jest drapieżna lasencja w cylindrze i z pejczem, jest Britney ogolona na łyso, zalana łzami, z butelką jakiegoś mocnego trunku w dłoni, jest Britney na czerwonym dywanie, w bardzo obcisłej kiecce za grube tysiące dolarów, jest Britney w dresach na zakupach… Jaką Britney ja jestem dziś?

W dniu, w którym zaatakował mnie ten mem, byłam Britney w dresach. Z miną absolutnie obojętną przebrnęłam przez cały dzień, robiąc tylko tyle, ile musiałam. Tamten dzień był wyjątkiem, bo od czasu ogłoszenia zawieszenia pracy szkół i uczelni, byłam raczej Britney z wężem. Aktywna, nieustraszona, z drapieżnym zwierzęciem w dłoni. W moim przypadku tym zwierzęciem był pędzel i wałek. Kiedy zarządzono pracę zdalną i ograniczenie wychodzenia z domu uznałam, że to jest TEN moment i wzięłam się za remont mojego skromnego mieszkania. Muza na maksa, energia na maksa, malujemy!

Intensywne rozmowy ze znajomymi na Facebooku i podśmiechiwanie się z kwarantanny dodały mi skrzydeł. Tak jest! Trzeciego dnia malowania, kiedy ręce wchodziły mi już do lędźwi, znajoma zapytała mnie z rana na Messengerze „A ty jakim typem zombie na kwarantannie jesteś?”. I wtedy uświadomiłam sobie, że to może być stan przejściowy. Bo jak już odmaluję, to już nie będę Britney. Stanę się zombie. I co dalej?

Przez czas remontu nie miałam za bardzo kiedy śledzić życia moich znajomych na Facebooku. Uznałam, że kwarantanna to mój żywioł. Mogę zarówno odpocząć, jak i pracować, i wreszcie nie muszę się nikomu tłumaczyć, dlaczego wolę posiedzieć sama w domu. Ot, singielka na kwarantannie. Aż okazało się, że nie jestem sama w tym „singielstwie”.

Singielka z ukulele (Kraków)

Hanię znam całe życie. Wystawiałam z nią teatrzyki w podstawówce, deklamując napisane przez nią rymowanki. Pisałyśmy do siebie kolorowe listy z wakacji. Po kilkuletniej przerwie na jakiś totalny odpał w moim życiu, wróciła do niego z impetem i uśmiechem całkiem niedawno. Hania ma zaraźliwy śmiech (czy można tak mówić w obecnych czasach?), niesamowite pomysły na uczenie dzieci i wyobraźnię 5-latki, w której wszystko jest możliwe. W której słoik może być bramą do innego świata. W której robienie frytek może być scenerią do teatru wspomnień.

Hania gra na ukulele. Nie wiedziałam o tym, choć znam ją przecież długo. Kiedy pierwszy raz usłyszałam jak śpiewa i gra, zakochałam się w tej nowej dla mnie Hani. Szczerej, otwartej, wyrażającej emocje przez muzykę. Nie namawiała mnie, ale kiedy bąknęłam, że chcę kupić ukulele i zacząć grać, przyklasnęła z entuzjazmem. Oczywiście, od listopada do marca wszystko było ważniejsze od spełnienia tego pragnienia. Aż przyszła pandemia, ograniczenia, potrzeba szukania czegoś dla siebie. Więc kupiłam tę „pchełkę”. Zanim zdążyłam spotkać się z Hanią na żywo, żeby mnie podszkoliła, rząd zamknął nas w domach. Niestety – spotkanie na wspólne granie przełożone na czerwiec. Oby.

Więc Hania wysyła mi nagrania. Na jednym ma twarz zielonego stworka i śpiewa piosenkę o tym, że możemy uciec daleko. Na innym nałożyła na siebie filtr misia. Śmieję się do ekranu z tych nierealnych wizji i wysłuchuję, jak Ania śpiewa dla mnie i dla siebie.
Podziwiam Hanię. Jest nauczycielką w prywatnej szkole. Z dnia na dzień firma odcięła ją od zarobków, przekazując lekcje wybranym nauczycielom i rezygnując z części lektorów, chociaż przecież każdy z nich jest inny i ma inne podejście do uczniów. Zmartwiłam się, słysząc to jeszcze w połowie marca, kiedy można było spacerować po krakowskich Plantach, ale po chwili już rozmawiałyśmy o innych rzeczach – o uczniach, o związkach, o diecie. Bo moja dieta cud to też zasługa Ani. Siedziałyśmy na ławce z puszkowanymi napojami, schowanymi w rękawiczkach, nabijając się z biegaczy. Jeden wyglądał, jakby przed kimś się chował ‒ biegł rozglądając się ukradkiem na boki. Inny zachowywał się jak baletmistrz, biegnąc na palcach. Kolejny machał rękami, jakby odpychał się od niewidzialnej tafli wody. Zmartwienia znikają, kiedy w chłodny marcowy wieczór, omijając zamknięte z racji wirusa knajpy, płacze się ze śmiechu z przyjaciółką.

Trzy tygodnie później. Z samego rana dochodzę do wniosku, że umrę w swoim odremontowanym mieszkaniu gruba i samotna. Joggingowanie po Krakowie jest już właściwie zabronione. Hania jest ostrożna, więc stara się nie biegać w ciągu dnia, pewnie dlatego koło południa dostaję filmik, na którym nogi Ani biegają w kółko po mieszkaniu. ‒ Trzeba uważać na meble… – dyszy zza kamery – Ale jest to możliwe! – śmieje się. Wieczorem wychodzę jednak pobiegać na moim odciętym od świata, opustoszałym osiedlu. Energia Hani udziela się nawet online.
Hania szuka rozwiązań. Po cichutku, sukcesywnie. Nie poddaje się. Jej mieszkanie to kopalnia inspiracji. Jej głos – oaza dobra, ciepła i miłości. Patrzę na Hanię, która do ekranu macha ręką po strunach ukulele, usiłując mnie nauczyć jakiegoś skomplikowanego bicia.

Hania aktualnie nie do końca jest singielką. Najlepiej powiedzieć, że „to skomplikowane”. Związek na odległość. Mieszka sama, sama codziennie godzinami walczy z przygotowaniem lekcji online. Sama planuje i realizuje swoje życie. W tym singlowym, jakby nie było życiu, wspiera ją kot, który od czasu do czasu wzrokiem zadaje pytanie „No to jak to właściwie z tobą jest?”. Cóż, kiedyś się wyjaśni. Póki co – jest ukulele. I wewnętrzny wulkan energii i pozytywnych myśli. Oddycham z uśmiechem, spędzając z nią czas na odległość szklanego ekranu.

Singielka w sercu i w walce (Poznań)

Ulę poznałam trzy lata temu. Między innymi dzięki niej dowiedziałam się o sztafecie rowerowej dookoła świata Bike Jamboree i to ona była liderką mojego etapu. Szczuplutka, o kruczoczarnych włosach, przepięknych brwiach i jeżynowych oczach, kolorowo ubrana, z głową pełną pomysłów i sercem wypełnionym chęcią pomagania innym. Ula jest porywająca, choć doskonale wiem, ile pracy i nerwów wkłada w swoją działalność. Przejechałam z nią na rowerze, w pięcioosobowej grupie, góry Ałtaj. Z Rosji do Mongolii. 1200 kilometrów zimą. Ula płakała prawie codziennie z powodu zamarzających dłoni. Ale się nie poddała. Na zdjęciach uśmiecha się i pamiętam, jak dodawała mi otuchy. Naprawdę – Ula jest wojowniczką.

Jesienią 2019 roku Ula, wspólnie z koleżankami ze Stowarzyszenia Zielona Grupa, założyła na poznańskim Dębcu Dom Sąsiedzki – miejsce działania. Po prostu. Dziewczyny odmalowały, odremontowały, wstawiły niezliczone ilości półek, krzeseł stołów, kwiatów i stworzyły miejsce, w którym można się nauczyć szyć torebki z filcu, lepić pierogi, bawić w teatr i słuchać koncertów. Dom Sąsiedzki Uli to miejsce, które mnie zachwyciło. – Oj, szkoda że nie widziałaś, jak walczyłyśmy z wykonawcami… Naprawdę – prościej by było, gdybym wszystko zrobiła sama – Ula macha ręką z uśmiechem. Ma na sobie szarą sukienkę i obłędny naszyjnik. Jest listopad, na zewnątrz ponuro i deszczowo, a w Domu Sąsiedzkim kolorowo i przytulnie. Dopytuję, jak to działa, skąd pieniądze. – Piszemy miliony wniosków, składamy projekty. Czasem się uda, czasem nie. Ale nie poddajemy się.

singielka-w-sercu-miasto-kobiet

Ula / fot. Stowarzyszenie Zielona Grupa

Ula ma naprawdę – mówiąc kolokwialnie – „twardy tyłek”. Bo kiedy działa się w branży edukacyjnej i to na zasadzie fundacji, stowarzyszenia czy innego NGO, trzeba mieć twarde i cztery litery, i serce. A kiedy milionowe dofinansowania idą nie tam, gdzie powinny, Ula zaciska pięści i wymyśla kolejną bajkę do teatru kamishibai.
Kamishibai to sztuka opowiadania z Japonii. Osoba opowiadająca mówi, pokazując kilka kolejnych obrazków. Nie ma tu fajerwerków, nie ma animacji – jest prosty rysunek i opowieść. Jest interakcja ze słuchaczami i historie chwytające za serce. Ula ze swoimi koleżankami z Zielonej Grupy stworzyła już kilka niepowtarzalnych historii – zarówno z dalekich krajów, jak i z Polski. Latem z jedną z nich przepłynęła kajakiem Wartą, żeby poznać ludzi mieszkających nad brzegiem rzeki. Spotkać się z nimi i porozmawiać o rzece. Wcześniej Stowarzyszenie stworzyło chociażby unikatową wystawę w przyczepie campingowej, poświęconą życiu uchodźców.

Ula ma wyobraźnię iście kosmiczną. Jest w ciągłym ruchu. Albo projektuje, albo wydaje, albo edukuje, albo spotyka się z ludźmi. – Ideą Domu Sąsiedzkiego są spotkania. Zapraszamy mieszkańców Dębca na spacery, organizujemy wspólne gotowanie i wyplatanie koszyków, jesteśmy tu dla nich. Kwarantanna nam to zabiera… – powiedziała mi Ula po kilku dniach od obowiązkowego zamknięcia wszelkich obiektów kulturalnych. Długo rozmawiałyśmy o tym, jak działania Zielonej Grupy można by przenieść do Internetu. Jeszcze wtedy nie sądziłam, że kwarantanna potrwa tak długo, i że miesiąc później życie będzie odbywało się niemal wyłącznie online.

W minionych tygodniach Stowarzyszenie Zielona Grupa na swoim kanale YouTube oraz na fanpage’u na Facebooku udostępniło kilka nagrań bajek kamishibai, propozycje zabaw z dziećmi, naukę piosenek z domu i wiele innych ciekawych pomysłów na rozwijającą aktywność. Obserwuję Ulę przez ekran. Wiem, że jest jej ciężko i że do swoich działań potrzebuje spotkań z ludźmi. Włączam Facebooka po raz setny tego dnia, przy kolejnej kawie. Bo tego dnia naprawdę nie mam siły na nic. Wszystko się wali i mam dość wymyślania kolejnych atrakcji online.

Podczas bezmyślnego scrollowania trafiam na akcję Zielonej Grupy „Długi stół” – Stowarzyszenie zorganizowało zbiórkę żywności dla potrzebujących. Ze zdjęcia, spod ciemnych brwi i burzy czarnych włosów z zielonymi pasemkami, śmieją się do mnie jeżynowe oczy Uli – niewiele więcej znaków szczególnych wskazuje na to, że to ona, bo pół twarzy zakrywa maseczka. Kciuk w górę – dłoń w silikonowej rękawiczce. A za nią rozsłoneczniony Dom Sąsiedzki i kilka osób, też w warstwach ochronnych. I całe stoły jedzenia. W torbach, paczkach, kartonach.

Ula nie jest singielką – ma wspaniałego narzeczonego i przekochanego psa. Otaczają ją bardzo różni ludzie – jej czytelnicy, uczniowie, współpracownicy, starsi sąsiedzi i sąsiadki, którzy korzystają z jej darmowych zajęć, dzieciaki, znajomi. Ale kiedy Ula zmaga się z brakiem kasy na swoje piękne działania, jest singielką w sercu, singielką w swojej walce. Wiem o tym. Przyglądam się zdjęciu z produktami spożywczymi i biorę oddech – z każdej samotności można wyjść.

Singielka z biznesplanem (Warszawa)

Dzień kwarantanny nie wiem który. Odmalowałam mieszkanie. Dowiedziałam się, że najprawdopodobniej będę mieć kłopoty finansowe tak potężne, że wolę o tym teraz nie myśleć. Musiałam już teraz zrezygnować z wielkich planów na lato. Całą listę maili do potencjalnych pracodawców oraz tych, z którymi byłam umówiona na działania w kwietniu i maju, odkładam na jutro. Pojutrze. Za tydzień. Nie mam na to siły. Myję okna i płaczę.

Myślę o dziewczynach, które codziennie pracują ze swoimi dziećmi nad ich zadaniami domowymi. Które właśnie są w ciąży i boją się o zdrowie swoje i swoich maluszków. O paniach, które są babciami i na szybko uczą się zaakceptować wirtualne spotkania z dziećmi i wnukami. Myślę o tych, którzy zostali bez pomocy psychologa, terapeuty, czy chociażby parku i drzew. Czytam te historie codziennie, zapętlam się w spirali strachu, którą serwuje mi Facebook. Wyrzucam sobie, że źle się czuję, chociaż przecież mam sytuację „idealną”. Nie boję się moich współdomowników. Rodzina mi pomoże, jeśli będzie trzeba. Jestem zdrowa i mam grupę krwi zero, co ponoć zwiększa moje szanse na przejście przez epidemię zdrową stopą.

singielka-z-biznesplanem-miasto-kobiet

Natalia / fot. archiwum własne

Kiedy dzwoni telefon, nie bardzo wiem, co zrobić. Odrywam się od pucowania okien, kapię więc brudną wodą na podłogę i patrzę na rozświetlony ekran. Dzwoni Natalia. Jej zdjęcie uśmiecha się do mnie z telefonu w moim mieszkaniu w Krakowie, którego Natalia nigdy nie widziała. W ogóle nie wiem, czy my widziałyśmy się więcej niż trzy razy w życiu.
– Cześć, jak się masz, jak się trzymasz? – roześmiany głos w słuchawce wytrąca mnie z pesymistycznego otępienia.
Dzień wcześniej wstawiłam post na moją facebookową tablicę: „W związku z obecną sytuacją podejmę się czegokolwiek”. Odezwało się do mnie kilka osób. Radzili, gdzie mogę szukać dodatkowych zleceń.

Anka połączyła się ze mną w bólu i odczuciu beznadziei. Kiedy zaczęłam siarczyście kląć w Messengerze, zaśmiała się, że wreszcie rozmawia z kimś normalnym. Fakt – w minionych dniach starałam się być pozytywna „do świata”. Czyli na Facebooku. Polecałam muzykę, czytałam książkę w relacji na żywo, udostępniałam pozytywne informacje, oglądałam koncerty. Ale w pewnym momencie człowiek nie wyrabia. Ma ochotę czymś rzucić i na kogoś nakrzyczeć. A nie może, bo jeśli chodzi o pierwsze – właśnie odmalował ściany i nie chce ich zapaskudzić, a jeśli o drugie – nie ma na kogo.

Stoję w kuchni, patrzę na wpół umyte okno i rozmawiam z Natalią, z którą chyba w życiu nie rozmawiałam o sprawach prywatnych. Natalię znam ze światka podróżniczego. Zawsze uśmiechnięta prowadzi prelekcje, chodzi w obłędnych spódnicach, pokazuje zdjęcia z Iranu z przepięknymi kobietami. W moich oczach Natalia jest odważna. I niesamowicie pozytywna. Nie wiem, czy mogę powiedzieć coś więcej – tak naprawdę prawie się nie znamy. Ale wiem, że Natalia pracuje też gdzieś „poważnie”. Jest Panią Natalią i chodzi do biura.

– Myślę o napisaniu artykułu o kobietach w kwarantannie – zwierzam się jej, pytając, czy chciałaby być jedną bohaterek. – O, super! Ale wiesz, ja jak pączek w maśle, nie mam tu dramatycznych historii – śmieje się. Natalia na szczęście nie ma – i oby nie miała! – większych problemów w związku z wirusem. Pracuje nadal, intensywnie. Nadal jest uśmiechnięta i otwarta dla ludzi. Nie pytam, czemu się do mnie odezwała. Wiem. Nie ona jedna zareagowała na mój facebookowy „post o pomoc”. – Jakby co, pamiętaj, że możesz ze mną pogadać. To ci mogę zaproponować. Pamiętaj! – kończy naszą rozmowę, dając też do zrozumienia, że mogę liczyć na nią także w bardziej prozaicznych kwestiach, jak kasa.

Wzdycham, jakby ktoś zdjął mi ogromny kamień z serca. Przez kwadrans mówiłam Natalii szczerze o swoich żalach i niepokojach. I że czuję się winna, bo przecież naprawdę nie jestem w tak złej sytuacji…
– Spokojnie – odpowiada Natalia, a jej uśmiechnięty łagodny głos otula mnie, jak miękki kocyk – Masz prawo się bać, masz prawo być zła. Nie przesadzaj z tym remontem i daj sobie też czas na odpoczynek. Naprawdę, zadbaj o siebie. Nie tylko myjąc ręce. OK?

OK. Wypytuję Natalię jeszcze, co u niej. Otrzymuję szczere odpowiedzi. Tak po prostu. Bez chojraczenia, bez podchodów, bez udawania. W końcu – widziałyśmy się może trzy razy w życiu, ale za każdym razem opowiadałyśmy też otwarcie o swoich podróżach. A kiedy, jak nie w podróży, człowiek wywleka swoje całe „ja” na wierzch? Rozmowa z Natalią mnie uspokaja. Kończę myć okna i odzywam się do znajomego. Gratuluję mu działań w internecie. Oddzwaniam do kolegi, który rano wysłał mi sympatyczną wiadomość. Gratuluję koleżance nominacji do nagrody. Biorę ukulele i postanawiam, że będę regularnie ćwiczyć. A jutro – tak, jutro powysyłam te maile. Nie ma to jak rozmowa z zaradną bizneswoman.

Singielka w stylu Britney

Kilka tygodni i totalna karuzela emocjonalna. Od czasu wprowadzenia ograniczeń i pracy zdalnej byłam: zaradna, niezdarna, poukładana, roztrzęsiona, zaprzyjaźniona, skłócona, wesoła, smutna, radosna, zapłakana, spokojna, rozwścieczona. Grałam na ukulele, medytowałam, tańczyłam w mieszkaniu, ćwiczyłam jogę, próbowałam się zmusić do ćwiczeń fizycznych, biegałam, jeździłam na rowerze, gotowałam zdrowo, zamówiłam śmieciowe żarcie pod drzwi, postanowiłam wrócić na dietę, uznałam że dieta nie ma sensu, bo i tak jest mi na to za ciężko, pocieszałam znajomych, byłam pocieszana, wymyśliłam nowe działania dla siebie i do swojej pracy, zrezygnowałam z tych działań…
Jeśli czujesz, że powinnaś się bardziej postarać, ogarnąć i zrobić coś pożytecznego, to powiem ci jedno. Bądź swoją Britney na kwarantannie. Może to dobry sposób, żeby wyjść z tej sytuacji w zgodzie z sobą.

 

Iśka Marchwica

Tekst powstał w marcu 2020, w czasie krajowej kwarantanny w związku z epidemią koronawirusa. W tym czasie w Polsce zamknięto parki i ograniczono wstępy do lasów, uprawianie sportu stało się prawie niemożliwe, zamknięto lokale gastronomiczne, wszelkie biznesy wstrzymały działanie, a kilka tygodni później w miejscach publicznych obowiązkowe stało się noszenie maseczek na twarz.

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • Avatar
    Blanka 5 czerwca, 2020

    To dopiero koronawirusowy list dokumentujący nasze życie społeczne. Różne kobiety, ale łączy je to samo: pasja i singielstwo ;D

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach