Saturday, May 8, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Dojrzałam. Renata Przemyk przekracza własne granice

Dojrzałam. Renata Przemyk przekracza własne granice

Takiej Renaty Przemyk nie znaliście. Przeczytajcie koniecznie niezwykle szczery wywiad z artystką

Niezależna, charyzmatyczna, od 25 lat podąża własną drogą. W szczerym wywiadzie opowiada o życiu o przemijaniu, glanach i szpilkach, mamie i córce, jodze i św. Augustynie. Takiej Renaty Przemyk nie znaliście. 

przemyk-renata

Miałam skłonność do dzielenia włosa na czworo. Do nadwrażliwości, dogłębnego wnikania w każdy temat, pochylania się nad skomplikowanymi losami ludzkimi, cudzymi i własnymi. Jestem introwertyczką, bardziej skorą do duszenia problemów w sobie, niż wychodzenia ze sztandarem i tupania nogą. / fot. Jacek Ura

Miasto Kobiet: Zapytałam znajomych, jakie mają skojarzenia, gdy słyszą hasło „Renata Przemyk”. Usłyszałam: glany, depresyjność, muzyka niszowa, dobry głos, introwertyczka, outsiderka, juwenalia. Dobrze trafione?

Renata Przemyk: Nieźle. Gdyby chcieć zawrzeć w kilku słowach ostatnie 25 lat, to jest w nich dużo prawdy.

Miasto Kobiet: A co się nie zgadza?

Renata Przemyk: Depresyjność. Zmieniłam front, może dojrzałam. Nie mam już na nią czasu, szkoda mi życia.

Miasto Kobiet: A kiedyś jak było?

Renata Przemyk: Miałam skłonność do dzielenia włosa na czworo. Do nadwrażliwości, dogłębnego wnikania w każdy temat, pochylania się nad skomplikowanymi losami ludzkimi, cudzymi i własnymi. Jestem introwertyczką, bardziej skorą do duszenia problemów w sobie, niż wychodzenia ze sztandarem i tupania nogą. W momentach dla mnie trudnych użalałam się nad sobą i nie chciałam przyjąć pomocy. Znajdujemy czasem perwersyjną przyjemność w nurzaniu się we własnym nieszczęściu, przynajmniej przez chwilę, żeby, jak się ten temat nasyci, przejść do następnego. Tak było. Teraz już nie mam potrzeby rozdrapywania ran.

Miasto Kobiet: Kiedy to się zmieniło?

Renata Przemyk: Myślę, że to proces dojrzewania, który w każdym człowieku przebiega inaczej. Mój wymagał sporo czasu. W muzyce dawałam wyraz swoim skomplikowanym kolejom życiowym i rozbuchanej emocjonalności. Wszystkie nastroje oraz to, co sobą reprezentuję jako człowiek, przenoszone jest do piosenek, dlatego każda płyta jest inna, bogatsza o te doświadczenia. Tak jak moje zmienne nastroje (śmiech).

Miasto Kobiet: Czy nie jest tak, że skłonności do rozdrapywania ran artyści pielęgnują w sobie, bo to ich nakręca?

Renata Przemyk: Możliwe. Smutek ma dłuższy żywot. Szczęśliwych wydarzeń nie analizujemy, po prostu je chłoniemy, raczej porażki, potknięcia. Refleksje pojawiają się, jak coś jest nie tak.

Miasto Kobiet: Można śpiewać piosenki o szczęściu?

Renata Przemyk: Być może (śmiech). Tylko wtedy mówi się, że to banał, kicz albo muzyka pod nóżkę. Jeśli już się śpiewa o szczęściu, to niech ono będzie przez łzy wzruszenia, że przedtem było źle, bolało, ale teraz jest pięknie (śmiech). Nieszczęście jest chyba potrzebne, żeby stanowiło kontrast dla szczęścia.

Miasto Kobiet: Wynika z tego, że artysta nie może być szczęśliwy.

Renata Przemyk: Ależ bywa, artysta też człowiek. Na pewno łatwiej mu skanalizować swoje niepokoje i zrobić użytek ze smutku. Chociaż ja akurat jak mam dół, nie piszę, tylko się po prostu dołuję. W tej chwili te stany trwają krótko i świetnie sobie z nimi radzę, biorę książkę albo idę spać. Kiedyś bardziej je w sobie pielęgnowałam. Jak każdy młody człowiek miałam skłonność do analizowania, co się w tym moim życiu dzieje, czy jestem zdolna do wielkich uczuć, co to jest ta wielka miłość, kto to będzie ten na zawsze, czy życie w ogóle ma sens i jaki (śmiech). Jedyne, co do czego nie miałam wątpliwości, to że pracę dobrze wybrałam. Chociaż droga do tego też była długa, bo najpierw liceum ekonomiczne, studia filologiczne, i mnóstwo różnych zajęć, żeby się z nich utrzymać. Rodzice próbowali zaszczepić mi zdroworozsądkowe podejście do życia. Oni, urodzeni w czasie wojny, dorabiali się wszystkiego od zera. Chcieli, żebym miała zawód, który mi da stabilizację finansową. W muzyce nie ma stabilizacji. I nie o stabilizację w tym zawodzie chodzi.

Miasto Kobiet: Kiedy stało się jasne, że dasz radę utrzymać się z muzyki? Po pierwszej płycie Ya Hozna?

Renata Przemyk: Oj nie, na pierwszej płycie niewiele zarobiłam, bo wydawca nas oszukał. Wtedy kończyłam studia, na początku miałam stypendium naukowe i inne możliwości zarobkowania. Było trochę koncertów. Wbrew pozorom mocno stąpam po ziemi, kiedy tego wymaga sytuacja. Miałam dużo umiejętności praktycznych wyniesionych z młodości. W akademiku byłam pogotowiem krawieckim, dziergałam, szyłam, malowałam na tkaninie. Były też studenckie spółdzielnie pracy. Radziłam sobie i nie przymierałam głodem. Dzięki racjonalnemu myśleniu nie rzuciłam studiów po pierwszych nagrodach i nie zaczęłam się pławić w myśli, że teraz scena będzie moim domem.

Miasto Kobiet: Byłaś na trzecim roku studiów, gdy wygrałaś Festiwal Piosenki Studenckiej.

Renata Przemyk: Wzięłam roczny urlop, bo ciężko było te sukcesy pogodzić z nauką. Był 1989 rok. Po wygranym Festiwalu Piosenki Studenckiej propozycja goniła propozycję, co jedna to ciekawsza, i nagrody, które były dla mnie ogromnym zaskoczeniem, ale i wielką radością. Rok po roku festiwale, Opole, Sopot, które oglądałam jako dziecko w telewizji teraz stały przede mną otworem. Występowałam w sukienkach uszytych przez siebie. Byłam najtaniej ubraną piosenkarką (śmiech) na tych największych scenach, makijaż też sama sobie robiłam. Po drodze był Jarocin. Jeździłam do niego, mając 16, 17 lat, jako słuchaczka, a tu nagle miałam wystąpić na scenie jako gość punkowego zespołu Armia. Potem udział w piosence aktorskiej. Funkcjonowałam jak na emocjonalnym haju. W 1990 roku, w Sopocie, zajęłam trzecie miejsce, a dwa lata później, w 1992 roku, dostałam nagrodę za indywidualność artystyczną i Bursztynową Płytę. To jak uhonorowanie kariery, i to wszystko w ciągu kilku zaledwie lat.

Miasto Kobiet: Co się wtedy dzieje w głowie?

Renata Przemyk:  To były czasy bez telefonu, bez komputera, nawet radia nie miałam w akademiku. Krążą anegdoty, jak to kiedyś do akademika zadzwoniła Nina Terentiew. Telefon był tylko na korytarzu. Ktoś odebrał i woła „jakiś Terentiew do ciebie” (śmiech). Po jakimś czasie dowiadywałam się, że piosenki „Babę zesłał Bóg” i „Protest dance” z pierwszej płyty „Ya Hozna” hulały jak złoto w radiu, a ja nie miałam tego świadomości. Może i dobrze. Nikt nie zna swojej odporności na wodę sodową. Nie wiem, co mogłoby się wydarzyć, gdyby moja popularność docierała do mnie z całą siłą i gdyby jeszcze wiązały się z tym finanse. Ale się nie wiązały, bo z pierwszą płytą daliśmy się, żółtodzioby, wpuścić w niekorzystną umowę.

Miasto Kobiet: Dlaczego zespół Ya Hozna tak szybko się rozpadł mimo niezwykłego sukcesu płyty?

Renata Przemyk: Mieliśmy ze Sławkiem Wolskim odmienne wizje rozwoju, każde z nas było na tyle silną osobowością, że ciągnęliśmy w swoją stronę. Sławek wolał zostać w kręgu z Ya Hozny. Ja chciałam robić już następne rzeczy, eksplorować nowe rejony. To widać po kolejnych płytach. Kiedy kończyłam jedną, miałam ochotę robić następną, odmienną. Nie potrafiłam usiedzieć muzycznie w jednym miejscu. Obcy był mi zdrowy rozsądek finansowy, kalkulacja, że jak się coś spodobało, sprzedało, to należy robić to samo dalej.

Miasto Kobiet: Ya Hozna to było mocne wejście.

Renata Przemyk: Tak, to był doskonały pomysł na debiut. Mój chłód na scenie, wynikający z tremy i nieśmiałości, w połączeniu z ekspresyjną muzyką i pełnymi humoru tekstami, stanowił prowokacyjny kontrast. Zobaczyłam niedawno na YouTube archiwalne nagrania z Kabaretonu z 89 roku, tuż po wygranej Festiwalu Piosenki Studenckiej. Śpiewałam „Tortury”, miałam uszytą przez siebie sukienkę, jęczałam i zwijałam się na scenie. Teraz też się zwijam, ale ze śmiechu. Już nawet się nie wstydzę, chociaż wygląda to komicznie. Czuję wzruszenie, że było mnie stać na daleko posunięte szaleństwo. Byłam wtedy bardzo wycofana, a jednocześnie ciągnęło mnie do przekraczania własnych granic. Na tej sprzeczności cech zbudowałam, nie do końca świadomie, coś intrygującego, co przemówiło do ludzi i przeżyło w tych piosenkach całe lata.

renata-przemyk

Jest we mnie nadal dużo szaleństwa. Jestem numerologiczną siódemką, Wodnikiem, chińskim koniem ognistym, mam wszelkie predyspozycje, żeby być artystką. Albo wariatką. / fot. Jacek Ura

Miasto Kobiet: Nie nudzi Cię śpiewanie po raz tysięczny tej samej piosenki?

Renata Przemyk: Jak się ją śpiewa ciągle inaczej to nie, a ja lubię „pomieszać w garach”. „Babę zesłał Bóg” jest pieczątką z tamtych czasów, znamieniem. Człowiek się z tym godzi, bo to jest jego częścią, nawet jeśli nie zawsze mu się to podoba, bo to przesłania trochę nowe rzeczy. Poczucie humoru z Ya Hozny zostało na kolejnej płycie „Mało zdolna szansonistka”, ale doszła do niego poetyckość. Był to początek samodzielnej drogi. Poznałam Ankę Saraniecką, która od drugiej płyty została autorką tekstów. Coraz większy był mój osobisty wpływ na muzykę. Oprawiałam ją we własne pomysły aranżacyjne w taki sposób, że autorzy często nie poznawali własnych kompozycji. Mam związaną z tym anegdotę z czasów trzeciej płyty „Tylko kobieta”, do której zaprosiłam Voo Voo. Po wysłuchaniu zaaranżowanej przeze mnie piosenki Wojtek Waglewski mówi: „O, fajna piosenka. Czyja?” Ja: „Twoja”. On: „No co ty, naprawdę?”. Samodzielnie odważyłam się napisać muzykę dopiero dziesięć lat po debiucie, do piątej płyty „Hormon”.

Miasto Kobiet: Dlaczego tak późno?

Renata Przemyk: Lubiłam sama podcinać sobie skrzydła. To efekt tej depresyjności. Byłam bardzo wrażliwa na krytykę. Na studiach poszłam do szkoły muzycznej na lekcje gry na skrzypcach. Jako dziecko marzyłam o szkole muzycznej, a że nie było takiej możliwości, na studiach chciałam nadrobić wszystkie zaległości. Lekcje skrzypiec, gitary, równocześnie pisanie wierszy, czytanie, szycie po nocach, no i same studia. Nawet gdybym nie spała, miałabym problem z czasowym ogarnięciem tego wszystkiego. W cztery miesiące zrobiłam pierwszą klasę gry na skrzypcach, ale okazało się, że Paganinim nie będę, i to nie dlatego, że jeden już był, ale za późno zaczęłam się uczyć. Zrezygnowałam. I tak w wielu dziedzinach stwierdzałam, że skoro nie będę najlepsza, to zajmowanie się nimi nie ma sensu. Z komponowaniem było podobnie. Gdzieś na początku ktoś mnie skrytykował i zamilkłam na lata. Wtedy miało znaczenie to, że nie jestem muzykiem, który ma dyplom na dowód swojego talentu.

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Review overview
NO COMMENTS

POST A COMMENT

Chcę być informowany/a o odpowiedziach

Home / renata-przemyk-wywiad
Review overview
NO COMMENTS

POST A COMMENT

Chcę być informowany/a o odpowiedziach