Saturday, September 25, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Dojrzałam. Renata Przemyk przekracza własne granice

Dojrzałam. Renata Przemyk przekracza własne granice

Takiej Renaty Przemyk nie znaliście. Przeczytajcie koniecznie niezwykle szczery wywiad z artystką

Niezależna, charyzmatyczna, od 25 lat podąża własną drogą. W szczerym wywiadzie opowiada o życiu o przemijaniu, glanach i szpilkach, mamie i córce, jodze i św. Augustynie. Takiej Renaty Przemyk nie znaliście. 

przemyk-renata

Miałam skłonność do dzielenia włosa na czworo. Do nadwrażliwości, dogłębnego wnikania w każdy temat, pochylania się nad skomplikowanymi losami ludzkimi, cudzymi i własnymi. Jestem introwertyczką, bardziej skorą do duszenia problemów w sobie, niż wychodzenia ze sztandarem i tupania nogą. / fot. Jacek Ura

Miasto Kobiet: Zapytałam znajomych, jakie mają skojarzenia, gdy słyszą hasło „Renata Przemyk”. Usłyszałam: glany, depresyjność, muzyka niszowa, dobry głos, introwertyczka, outsiderka, juwenalia. Dobrze trafione?

Renata Przemyk: Nieźle. Gdyby chcieć zawrzeć w kilku słowach ostatnie 25 lat, to jest w nich dużo prawdy.

Miasto Kobiet: A co się nie zgadza?

Renata Przemyk: Depresyjność. Zmieniłam front, może dojrzałam. Nie mam już na nią czasu, szkoda mi życia.

Miasto Kobiet: A kiedyś jak było?

Renata Przemyk: Miałam skłonność do dzielenia włosa na czworo. Do nadwrażliwości, dogłębnego wnikania w każdy temat, pochylania się nad skomplikowanymi losami ludzkimi, cudzymi i własnymi. Jestem introwertyczką, bardziej skorą do duszenia problemów w sobie, niż wychodzenia ze sztandarem i tupania nogą. W momentach dla mnie trudnych użalałam się nad sobą i nie chciałam przyjąć pomocy. Znajdujemy czasem perwersyjną przyjemność w nurzaniu się we własnym nieszczęściu, przynajmniej przez chwilę, żeby, jak się ten temat nasyci, przejść do następnego. Tak było. Teraz już nie mam potrzeby rozdrapywania ran.

Miasto Kobiet: Kiedy to się zmieniło?

Renata Przemyk: Myślę, że to proces dojrzewania, który w każdym człowieku przebiega inaczej. Mój wymagał sporo czasu. W muzyce dawałam wyraz swoim skomplikowanym kolejom życiowym i rozbuchanej emocjonalności. Wszystkie nastroje oraz to, co sobą reprezentuję jako człowiek, przenoszone jest do piosenek, dlatego każda płyta jest inna, bogatsza o te doświadczenia. Tak jak moje zmienne nastroje (śmiech).

Miasto Kobiet: Czy nie jest tak, że skłonności do rozdrapywania ran artyści pielęgnują w sobie, bo to ich nakręca?

Renata Przemyk: Możliwe. Smutek ma dłuższy żywot. Szczęśliwych wydarzeń nie analizujemy, po prostu je chłoniemy, raczej porażki, potknięcia. Refleksje pojawiają się, jak coś jest nie tak.

Miasto Kobiet: Można śpiewać piosenki o szczęściu?

Renata Przemyk: Być może (śmiech). Tylko wtedy mówi się, że to banał, kicz albo muzyka pod nóżkę. Jeśli już się śpiewa o szczęściu, to niech ono będzie przez łzy wzruszenia, że przedtem było źle, bolało, ale teraz jest pięknie (śmiech). Nieszczęście jest chyba potrzebne, żeby stanowiło kontrast dla szczęścia.

Miasto Kobiet: Wynika z tego, że artysta nie może być szczęśliwy.

Renata Przemyk: Ależ bywa, artysta też człowiek. Na pewno łatwiej mu skanalizować swoje niepokoje i zrobić użytek ze smutku. Chociaż ja akurat jak mam dół, nie piszę, tylko się po prostu dołuję. W tej chwili te stany trwają krótko i świetnie sobie z nimi radzę, biorę książkę albo idę spać. Kiedyś bardziej je w sobie pielęgnowałam. Jak każdy młody człowiek miałam skłonność do analizowania, co się w tym moim życiu dzieje, czy jestem zdolna do wielkich uczuć, co to jest ta wielka miłość, kto to będzie ten na zawsze, czy życie w ogóle ma sens i jaki (śmiech). Jedyne, co do czego nie miałam wątpliwości, to że pracę dobrze wybrałam. Chociaż droga do tego też była długa, bo najpierw liceum ekonomiczne, studia filologiczne, i mnóstwo różnych zajęć, żeby się z nich utrzymać. Rodzice próbowali zaszczepić mi zdroworozsądkowe podejście do życia. Oni, urodzeni w czasie wojny, dorabiali się wszystkiego od zera. Chcieli, żebym miała zawód, który mi da stabilizację finansową. W muzyce nie ma stabilizacji. I nie o stabilizację w tym zawodzie chodzi.

Miasto Kobiet: Kiedy stało się jasne, że dasz radę utrzymać się z muzyki? Po pierwszej płycie Ya Hozna?

Renata Przemyk: Oj nie, na pierwszej płycie niewiele zarobiłam, bo wydawca nas oszukał. Wtedy kończyłam studia, na początku miałam stypendium naukowe i inne możliwości zarobkowania. Było trochę koncertów. Wbrew pozorom mocno stąpam po ziemi, kiedy tego wymaga sytuacja. Miałam dużo umiejętności praktycznych wyniesionych z młodości. W akademiku byłam pogotowiem krawieckim, dziergałam, szyłam, malowałam na tkaninie. Były też studenckie spółdzielnie pracy. Radziłam sobie i nie przymierałam głodem. Dzięki racjonalnemu myśleniu nie rzuciłam studiów po pierwszych nagrodach i nie zaczęłam się pławić w myśli, że teraz scena będzie moim domem.

Miasto Kobiet: Byłaś na trzecim roku studiów, gdy wygrałaś Festiwal Piosenki Studenckiej.

Renata Przemyk: Wzięłam roczny urlop, bo ciężko było te sukcesy pogodzić z nauką. Był 1989 rok. Po wygranym Festiwalu Piosenki Studenckiej propozycja goniła propozycję, co jedna to ciekawsza, i nagrody, które były dla mnie ogromnym zaskoczeniem, ale i wielką radością. Rok po roku festiwale, Opole, Sopot, które oglądałam jako dziecko w telewizji teraz stały przede mną otworem. Występowałam w sukienkach uszytych przez siebie. Byłam najtaniej ubraną piosenkarką (śmiech) na tych największych scenach, makijaż też sama sobie robiłam. Po drodze był Jarocin. Jeździłam do niego, mając 16, 17 lat, jako słuchaczka, a tu nagle miałam wystąpić na scenie jako gość punkowego zespołu Armia. Potem udział w piosence aktorskiej. Funkcjonowałam jak na emocjonalnym haju. W 1990 roku, w Sopocie, zajęłam trzecie miejsce, a dwa lata później, w 1992 roku, dostałam nagrodę za indywidualność artystyczną i Bursztynową Płytę. To jak uhonorowanie kariery, i to wszystko w ciągu kilku zaledwie lat.

Miasto Kobiet: Co się wtedy dzieje w głowie?

Renata Przemyk:  To były czasy bez telefonu, bez komputera, nawet radia nie miałam w akademiku. Krążą anegdoty, jak to kiedyś do akademika zadzwoniła Nina Terentiew. Telefon był tylko na korytarzu. Ktoś odebrał i woła „jakiś Terentiew do ciebie” (śmiech). Po jakimś czasie dowiadywałam się, że piosenki „Babę zesłał Bóg” i „Protest dance” z pierwszej płyty „Ya Hozna” hulały jak złoto w radiu, a ja nie miałam tego świadomości. Może i dobrze. Nikt nie zna swojej odporności na wodę sodową. Nie wiem, co mogłoby się wydarzyć, gdyby moja popularność docierała do mnie z całą siłą i gdyby jeszcze wiązały się z tym finanse. Ale się nie wiązały, bo z pierwszą płytą daliśmy się, żółtodzioby, wpuścić w niekorzystną umowę.

Miasto Kobiet: Dlaczego zespół Ya Hozna tak szybko się rozpadł mimo niezwykłego sukcesu płyty?

Renata Przemyk: Mieliśmy ze Sławkiem Wolskim odmienne wizje rozwoju, każde z nas było na tyle silną osobowością, że ciągnęliśmy w swoją stronę. Sławek wolał zostać w kręgu z Ya Hozny. Ja chciałam robić już następne rzeczy, eksplorować nowe rejony. To widać po kolejnych płytach. Kiedy kończyłam jedną, miałam ochotę robić następną, odmienną. Nie potrafiłam usiedzieć muzycznie w jednym miejscu. Obcy był mi zdrowy rozsądek finansowy, kalkulacja, że jak się coś spodobało, sprzedało, to należy robić to samo dalej.

Miasto Kobiet: Ya Hozna to było mocne wejście.

Renata Przemyk: Tak, to był doskonały pomysł na debiut. Mój chłód na scenie, wynikający z tremy i nieśmiałości, w połączeniu z ekspresyjną muzyką i pełnymi humoru tekstami, stanowił prowokacyjny kontrast. Zobaczyłam niedawno na YouTube archiwalne nagrania z Kabaretonu z 89 roku, tuż po wygranej Festiwalu Piosenki Studenckiej. Śpiewałam „Tortury”, miałam uszytą przez siebie sukienkę, jęczałam i zwijałam się na scenie. Teraz też się zwijam, ale ze śmiechu. Już nawet się nie wstydzę, chociaż wygląda to komicznie. Czuję wzruszenie, że było mnie stać na daleko posunięte szaleństwo. Byłam wtedy bardzo wycofana, a jednocześnie ciągnęło mnie do przekraczania własnych granic. Na tej sprzeczności cech zbudowałam, nie do końca świadomie, coś intrygującego, co przemówiło do ludzi i przeżyło w tych piosenkach całe lata.

renata-przemyk

Jest we mnie nadal dużo szaleństwa. Jestem numerologiczną siódemką, Wodnikiem, chińskim koniem ognistym, mam wszelkie predyspozycje, żeby być artystką. Albo wariatką. / fot. Jacek Ura

Miasto Kobiet: Nie nudzi Cię śpiewanie po raz tysięczny tej samej piosenki?

Renata Przemyk: Jak się ją śpiewa ciągle inaczej to nie, a ja lubię „pomieszać w garach”. „Babę zesłał Bóg” jest pieczątką z tamtych czasów, znamieniem. Człowiek się z tym godzi, bo to jest jego częścią, nawet jeśli nie zawsze mu się to podoba, bo to przesłania trochę nowe rzeczy. Poczucie humoru z Ya Hozny zostało na kolejnej płycie „Mało zdolna szansonistka”, ale doszła do niego poetyckość. Był to początek samodzielnej drogi. Poznałam Ankę Saraniecką, która od drugiej płyty została autorką tekstów. Coraz większy był mój osobisty wpływ na muzykę. Oprawiałam ją we własne pomysły aranżacyjne w taki sposób, że autorzy często nie poznawali własnych kompozycji. Mam związaną z tym anegdotę z czasów trzeciej płyty „Tylko kobieta”, do której zaprosiłam Voo Voo. Po wysłuchaniu zaaranżowanej przeze mnie piosenki Wojtek Waglewski mówi: „O, fajna piosenka. Czyja?” Ja: „Twoja”. On: „No co ty, naprawdę?”. Samodzielnie odważyłam się napisać muzykę dopiero dziesięć lat po debiucie, do piątej płyty „Hormon”.

Miasto Kobiet: Dlaczego tak późno?

Renata Przemyk: Lubiłam sama podcinać sobie skrzydła. To efekt tej depresyjności. Byłam bardzo wrażliwa na krytykę. Na studiach poszłam do szkoły muzycznej na lekcje gry na skrzypcach. Jako dziecko marzyłam o szkole muzycznej, a że nie było takiej możliwości, na studiach chciałam nadrobić wszystkie zaległości. Lekcje skrzypiec, gitary, równocześnie pisanie wierszy, czytanie, szycie po nocach, no i same studia. Nawet gdybym nie spała, miałabym problem z czasowym ogarnięciem tego wszystkiego. W cztery miesiące zrobiłam pierwszą klasę gry na skrzypcach, ale okazało się, że Paganinim nie będę, i to nie dlatego, że jeden już był, ale za późno zaczęłam się uczyć. Zrezygnowałam. I tak w wielu dziedzinach stwierdzałam, że skoro nie będę najlepsza, to zajmowanie się nimi nie ma sensu. Z komponowaniem było podobnie. Gdzieś na początku ktoś mnie skrytykował i zamilkłam na lata. Wtedy miało znaczenie to, że nie jestem muzykiem, który ma dyplom na dowód swojego talentu.

renata-przemyk-rzezba-dnia

Pierwszą miłość przeżyłam dość późno i dopiero wtedy zorientowałam się, jaka to jest straszna siła, zabijająca indywidualność, pozbawiająca kompletnie własnej woli. / fot. Jacek Ura

Miasto Kobiet: Artyści z wykształceniem narzekają, że szkoły niszczą kreatywność.

Renata Przemyk: A amatorzy, że mają ograniczone środki, bo nie znają technik i teorii. Każdy znajdzie sobie te puste pół szklanki. Dzisiaj wiem, że jeśli są emocje, to umiejętność nazwania funkcji czy przewrotu przestaje mieć znaczenie, a drobne niedociągnięcia można poprawić. Mam wiele środków, nie zawaham się ich użyć. (śmiech) Nie mam barier, że czegoś nie zrobię, bo jest niemodne. Wiele razy słyszałam od swoich muzyków: „Ale tak się nie gra”. I co z tego? Nie chodziłam do szkół muzycznych, więc nie wiedziałam jak się gra. Nie łamałam żadnych reguł, bo ich nie znałam. Potem grali i z zaskoczeniem stwierdzali „To żre!”

Miasto Kobiet: Do własnych kompozycji dojrzewałaś dziesięć lat, do własnych tekstów aż dwadzieścia pięć.

Renata Przemyk: Dziewięć na jedenaście tekstów na najnowszej płycie „Rzeźba dnia” jest mojego autorstwa. Myślę, że to będzie sporym zaskoczeniem dla stałych słuchaczy. Dojrzałam do tego, żeby wyrazić to, co myślę i czuję we własnych słowach. Uważam się za uczennicę Anny Saranieckiej, byłam rozkochana w jej tekstach. Przyjemność mi sprawiało, gdy ludzie pytali, czy to moje, tak były we mnie wpasowane. Były pisane po długich rozmowach ze mną. Zależało mi, żeby były „moje”, a jednocześnie pozostawiały wentyl bezpieczeństwa, nie czułam się ekshibicjonistką. Rzeczy intymne mogłam wyśpiewywać z ochronnym pancerzem, że to nie ja napisałam. Łatwiej też było mi posługiwać się czyimś wierszem, skoro uważałam, że ktoś to co myślę potrafi ładniej sformułować. Sama pisałam wiersze już w liceum, potem na studiach, byłam w sekcji poetyckiej, jeździłam na warsztaty. Funkcjonowałam przez chwilę jako poetka. Kiedy poznałam Ankę Saraniecką, wydawała mi się dużo dojrzalsza ode mnie, pochodziła z rodziny o tradycjach literackich, pisała wiersze, sztuki, reżyserowała. Ja dopiero nadrabiałam zaległości, intensywnie czytać zaczęłam na studiach. Czułam się, jakby ktoś w czasie burzy otworzył drzwi i okna do mojego umysłu, i wszystko wpadło do niego szturmem. Razem z mokrymi gałęziami (śmiech). Byłam oszołomiona tym bogactwem. I nagle poznałam osobę, która zna już to wszystko i jeszcze z tego czynnie korzysta. Przy Ance uczyłam się, w jaki sposób buduje się wiersz, jakie są kody literackie, jak się posługuje metaforą i jak wielkie znaczenie ma puenta. Bez tej nauki u najlepszych nie byłabym w stanie napisać dziś nic sensownego.

Miasto Kobiet: Jak to jest, gdy po ponad dwudziestu latach kończy się współpraca autorki tekstów i wykonawcy?

Renata Przemyk: Ona się nie kończy. Ania napisała teraz dwie piosenki i była pierwsza osobą, do której wysłałam teksty z prośbą o uwagi. To jest tak jak w rodzinie, więzy się luzują, bo dzieci wyjechały na studia, wydoroślały, ale nie traci się bliskości, która powstała przez lata.

Co powiedziała?

Renata Przemyk: Krótko: „O, dobre”. A ja: „Ale co jest dobre?”. Chciałoby się, żeby ktoś, z kim się człowiek liczy, powiedział więcej niż jedno zdanie, nawet jeśli miałaby to być krytyka (śmiech).

Miasto Kobiet: Twoje teksty są bardzo metaforyczne.

Renata Przemyk:  Metafora daje szansę własnej interpretacji, przy tekstach Anki też tak było. „Ja wiem, ja wiem, to było o mnie”, mówił ktoś i opowiadał swoją historię. A drugi: „ja wiem, to było o mnie” i opowiadał zupełnie inną historię. Nie lubię dosłowności. Te piosenki żyją własnym życiem. Stopień komplikacji nie stanowi o wartości piosenki, ale wolę labirynt myślowy, w którym każdy może odnaleźć własną drogę.

Miasto Kobiet: Zauważyłam, że lubisz Szymborską.

Renata Przemyk: Lubię. Ona jest mistrzynią cudownej prostoty, nie znam drugiej osoby, która pisałaby właściwie nie potrzebując metafory. Głębia tych słów zaskakuje za każdym razem. U niej ciężar miesza się z lekkością i stanowią jedno. To szczyt dojrzałości – ktoś poznał wszystkie możliwości i wybrał najprostszą.

Miasto Kobiet: Sporo jest na płycie przemijania.

Renata Przemyk: Ale nie jest to przemijanie na smutno. Wielu ludzi odbiera tę płytę jako optymistyczną. Śmierć, przemijanie jest częścią życia. To żadna nowość. Najistotniejsze jest uchwycenie momentu tu i teraz i cieszenia się nim. Płyta nosi tytuł „Rzeźba dnia”, bo tylko dzisiaj człowiek wygląda tak właśnie, czuje właśnie to, jest w takim a nie innym kontekście życiowym. Ukochaną osobę, gdy przytulamy, też rzeźbimy kształtem dłoni, dopasowujemy do własnych emocji. Teraz. Każdego dnia inaczej kształtujemy swoje życie, w zależności od nastroju, determinacji.

Miasto Kobiet: Przewija się w naszej rozmowie w różnych kontekstach dojrzałość. Czym ona jest?

Renata Przemyk: Na pewno nie jest kwestią wieku, choć ma znaczenie, jakie doświadczenia zbieramy przez lata. Dojrzałość to umiejętność życia nie tylko dla siebie. To zdolność cieszenia się daną chwilą, zamiast rozdrapywania przeszłości i planowania przyszłości. Dojrzałością jest umiejętność pogodzenia się z własnymi wyborami. Jeśli nawet po czasie oceniamy je nie dość dobrze, to są już częścią naszego życia. Możemy zmienić nasze życie na każdym etapie, ale nie ma powrotu dokładnie do tego, co już było. Na to, co będzie, też mamy ograniczony wpływ, nagle może strzelić piorun, zdarzy się coś nieprzewidzianego i nasze plany mogą się zmienić. To co jest realne jest tu i teraz.

Miasto Kobiet: Co miało wpływ na Twoje dojrzewanie?

Renata Przemyk: Ludzie, których spotkałam w trudnych momentach. Książki, w których było parę mądrych zdań o tym, że marnujemy życie zajmując się nie nim, ale rozpamiętywaniem tego co było, albo planowaniem tego, co się nie wydarzy. Zobacz, zainspirowana jedną z książek noszę przy sobie kamień. Jest to kamień wdzięczności. Zbieram je w różnych miejscach. Ten akurat pochodzi z Londynu, sprzed domu mojego przyjaciela. Kamień wdzięczności powinien być miły w dotyku i niezbyt duży. Można go trzymać w kieszeni lub w torebce, w miejscu, gdzie się często sięga. Kiedy się na niego trafi, trzeba przypomnieć sobie natychmiast rzecz, za którą można być wdzięcznym. To może być coś drobnego: że się dobrze czuję w danym momencie, że jestem zdrowa, że widzę, słyszę, mam bliskich wokół siebie.

Miasto Kobiet: Po co to wszystko?

Renata Przemyk: To ćwiczenie się w pozytywnym myśleniu, w zauważaniu, ile dobrego się nam wydarzyło. Miałam skłonność do krytyki siebie i innych, do spostrzegania tego, co negatywne, rozpamiętywania, pławienia się w tym, że ten mnie oszukał, tamten źle powiedział, nie chodziłam do szkoły muzycznej, że coś się nie ułożyło po mojej myśli, że nie mam talentu, nie wyglądam tak jakbym chciała. Skupienie się na tym, co niedobre, było życiową kulą u nogi. Jak zaczynamy zauważać to, co dobre, życie się zmienia. Zawsze mam przy sobie kilka kamieni. Zdarza mi się, że komuś podaruję i opowiadam tę historię. Niektórzy patrzą na mnie jak na kogoś niespełna rozumu, ale przestałam się tym przejmować (śmiech).

Miasto Kobiet: Jak się w to wpisuje Twoja przeprowadzka na wieś?

Renata Przemyk: Idealnie. Mam tam dużo kamieni (śmiech). Całą drogę mam w kamieniach, bo nie ma asfaltu. I idąc po niej mogę dziękować za dom, który jest spełnionym marzeniem. Jestem dzieckiem wychowanym w bloku, w ciasnym mieszkaniu, gdzie było tłok, nie miałam swojej przestrzeni, a czułam taką potrzebę. Kiedy myślałam, gdzie mogłabym mieszkać, wyobrażałam sobie las, ciszę, spokój, dzikość, własne ścieżki, własną przestrzeń. Na najnowszej płycie jest w jednym z utworów motyw wilka. To inspiracja książką „Biegnąca z wilkami”. Polecam ją. W pewnym momencie trafia na nią każda poszukująca siebie kobieta, niezależnie od tego, czy jest artystką czy prezeską. Autorka pisała ją 20 lat. Zbierała po całym świecie baśnie i przypowieści u babek, szamanek, znachorek, zachowane głównie w ustnych przekazach. Przy okazji badała świat kobiet i to, jak jesteśmy blisko związane z naturą. I nie jest to kwestia wartościowania, tylko czysto badawczego podejścia, zauważenie, że jesteśmy cykliczne, że fazy księżyca, okresy związane z narodzinami dziećmi i opieką nad nimi, mają dla nas ogromne znaczenie. Mężczyźni nie są tak cykliczni. Nie w takim znaczeniu. Więź z córkami jest niesamowita. Szukałam własnej drogi jako matka, żeby przekazać wszystko co najlepsze córce. Tym bardziej, że odczuwałam jakieś deficyty w bliskości z moją mamą. Było codzienne zapracowane życie, ale mało tłumaczenia świata, rozmów i odpowiedzi na ciągle nowe pytania. Moje dziecko też ma tyle pytań. A ja dostałam szansę znalezienia odpowiedzi teraz. Dla niej, ale też dla siebie.

Miasto Kobiet: Czy przez to, że Twoja córka jest adoptowana, trudniej taką więź stworzyć? Wymagało to więcej pracy?

Renata Przemyk: Pojęcia nie mam co w tej kwestii znaczy „trudno”, „łatwo”. To się po prostu zdarzyło. Na początku były obawy, ale to zanim ją zobaczyłam. Klara miała dwa miesiące, kiedy pojawiła się w moim życiu. Gdy ją pierwszy raz wzięłam na ręce, poczułam to, co chyba czują kobiety po porodzie – fale emocji nie do opisania. Nie umiem powiedzieć, czy to była miłość czy instynkt, taki rodzaj bliskości, jakbym ją włożyła w siebie, jakby była częścią mnie. I do tej pory to trwa. To ogromne szczęście, że się trafia w życiu na człowieka tak bliskiego. Wiem, że wiele matek boryka się z tym, że nie zawsze udaje się im wypracować tak mocną psychiczną bliskość z rodzonymi dziećmi. Każdy człowiek to osobna istota, inny charakter. Sam fakt pokrewieństwa nie przesadza o bliskości .

renata-przemyk-wywiad

Macierzyństwo otworzyło mnie na inne kobiety. Kiedy pojawiła się Klara, zaczęłam zauważać kobiety w ciąży, wózki, place zabaw, przedszkola. / fot. Jacek Ura

Miasto Kobiet: Porównywałaś się z innymi matkami?

Renata Przemyk: Zaczęłam obserwować inne dzieci, rozmawiać z matkami. Macierzyństwo otworzyło mnie na inne kobiety. Kiedy pojawiła się Klara, zaczęłam zauważać kobiety w ciąży, wózki, place zabaw, przedszkola. Pojawiły się sławetne pogaduchy o kupkach, pieluchach, ząbkach. Kupiłam niedawno książkę Agnieszki Graf „Matka feministka”. Ciekawie czytać spojrzenie aktywnej feministki, która stała się nagle matką, i jak się okazuje, nie zyskała aprobaty w oczach innych feministek (śmiech), bo nagle przestała mieć dla nich tyle czasu, co kiedyś. Graf pisze, że dopóki nie stała się matką, nie zauważała, że nie ma podjazdów na wózki, że trudno z takim maluchem wrzeszczącym wejść do miejsca publicznego, sklepu. Fascynuje mnie proces wychowania. Naturalną koleją rzeczy zaczęłam bywać na placach zabaw, w poczekalniach lekarzy, na zebraniach szkolnych, zmienił mi się krąg znajomych.

rzezba-dnia-renata-przemyk

Dojrzałość to umiejętność życia nie tylko dla siebie. To zdolność cieszenia się daną chwilą, zamiast rozdrapywania przeszłości i planowania przyszłości. Dojrzałością jest umiejętność pogodzenia się z własnymi wyborami. / fot. Jacek Ura

Miasto Kobiet: A co się zmieniło w kontakcie z mamą, gdy się pojawiła Klara?

Renata Przemyk: Niewiele jest osób, które nie krytykują procesu wychowawczego własnych rodziców. Ja też miałam kiedyś do rodziców pretensje o różne rzeczy. Zdarzało mi się wtedy usłyszeć od mamy: „Jak będziesz miała własne dzieci, to mnie zrozumiesz”. Coś w tym jest. Przekonałam się, że czasem można być bezradnym. Że się nie wie, dlaczego dziecko ma fochy, humory, płacze. Zwłaszcza, jak nie umie jeszcze mówić, jak krzyczy, i nie wiesz co mu jest. Ta bezradność bywa nie do zniesienia, i trzeba umieć ją sobie wybaczyć. Pochłonęłam masę książek, żeby nic mnie nie zaskoczyło. Nic z tego, zawsze się zdarzy jakaś „kinderniespodzianka”.

Miasto Kobiet: A bliskość z Klarą? Udało ci się zbudować lepszą niż Twojej mamie z Tobą?

Renata Przemyk: To są rzeczy nie do porównania. Moi rodzice byli strasznie zapracowani. Ich tak zwanym błędem był brak czasu. Miało to też dobre strony. Z tego się wzięła moja duża samodzielność. Mając 10 czy 12 lat sama poruszałam się po rodzinnym mieście, znajdowałam domy kultury, zapisywałam się na zajęcia. Wiedziałam, że nikt tego za mnie nie zrobi. Uniknęłam na szczęście niebezpieczeństw, które mogły wyniknąć ze szlajania się dziecka po mieście i obrzeżach. Rodzice nie wiedzieli, co robię, gdzie jestem, bo do domu wracałam o umówionej godzinie, w szkole miałam dobre oceny, na wagary nie chodziłam, wywiązywałam się z obowiązków. W domu nie było może idealnie, ale nie miałam nigdy poczucia zagrożenia, za co jestem wdzięczna. To są rzeczy, które docenia się po czasie. Wcześniej widzi się to, czego się nie dostało. Że rodzice nie podeszli z wielkim nabożeństwem do mojego talentu muzycznego i nie zapisali mnie do szkoły muzycznej, chociaż nawet pani z przedszkola ich do tego nakłaniała. Szkoła muzyczna była daleko, zwyczajnie nie miałby mnie kto odprowadzać, w dodatku byłam dzieckiem anemicznym, a w ciasnym mieszkanku też nikt sobie nie wyobrażał, że będę rzępolić na skrzypcach. I tak był tłok. W dwupokojowym mieszkaniu mieszkaliśmy w 6 osób, z babcią. Najstarszy brat spał na półkotapczanie w kuchni.

Miasto Kobiet: Jak teraz rodzice podchodzą do Twojego śpiewania?

Renata Przemyk: Długo nie traktowali tego poważnie. Dopiero jak zaczęłam występować w telewizji, zaczęło być o mnie głośniej, to cieszyli się, ale ciągle słyszałam: „A bo te twoje piosenki są takie smutne”. Ulubioną piosenkarką mojego taty była Irena Santor. Mama bardzo lubiła Urszulę Sipińską. Miałam wzruszający moment w zeszłym roku, w czasie koncertu w Opolu z okazji jubileuszu 50-lecia. Zaśpiewałam piosenkę Urszuli Sipińskiej „Zapomniałam”, żeby sprawić mamie przyjemność. I trochę udowodnić, że właściwie wybrałam swoją drogę. Mama się popłakała.

Miasto Kobiet: Czujesz ciągle potrzebę udowadniania?

Renata Przemyk: Chyba większość ludzi chce coś udowodnić rodzicom i pokazać, że są coś warci. Na studia poszłam, bo szukałam wolności, ale też dlatego, że czułam się nie dość doceniana. Rodzice byli nastawieni pragmatycznie do życia. Zmuszała ich do tego codzienna trudna sytuacja materialna, i to, że szybko zostali rodzicami. Mama miała 21 lat, tata 22, gdy urodził się mój starszy brat. Dlatego uważali, że warto mieć zawód, który da stabilizację materialną. Wystawiałam ich cierpliwość na wielka próbę, bo miałam sto pomysłów na minutę i wszystkie nieopłacalne finansowo.(śmiech)

Miasto Kobiet: W którym pokoleniu w Twojej rodzinie byli artyści?

Renata Przemyk: Nie ma tego wiele. Jeden z pradziadków ze strony mamy grał na skrzypcach, ale nie zawodowo, był amatorem. To jedyny muzyczny ślad. Mam jeszcze wujka, który ma genialną pamięć i recytuje mnóstwo długich wierszy.

Miasto Kobiet: Zupełnie inaczej mówisz o rodzinie niż kiedyś. Wcześniej wyczuwało się więcej żalu, pretensji, że był patriarchat, że bracia inaczej traktowani, że nie znajdowałaś zrozumienia.

Renata Przemyk: Inaczej się ocenia, kiedy spojrzy się na to z dalszej perspektywy, z uwzględnieniem czasów i środowiska, w jakim żyli. Tak byli wychowani. Jeśli wszyscy robią to samo, to nawet się nie zastanawiamy, że można inaczej. Mama gotowała i sprzątała, i było to dla niej oczywiste. Tak samo jak to, że skoro kobieta rodzi dzieci, to główny ciężar wychowania spoczywa na niej. Zmienia się podejście do rodziców, gdy samemu ma się dzieci. Opada kurz bitewny, najsilniejsze emocje, młodzieńczy bunt. Wielu młodych ludzi ma tendencję, raz – do demonizowania porażek, dwa – do zwalania winy na rodziców, w stylu: „gdybym tylko miał szanse urodzić się w innej rodzinie”. Mam znajomych, już po czterdziestce, którzy pławią się w nieszczęściu, że rodzice zmarnowali im życie, bo ojciec pił, lał, utrudniał, a matka była za słaba. Albo inny przypadek – rodzice rozwiedli się, więc nie umieją więzi utrzymać, albo: „byłem jedynakiem i nie umiem się dzielić”. Ten co chodził do szkoły muzycznej narzeka, że rodzice życie mu zmarnowali, bo codziennie musiał ćwiczyć. Ja na odwrót, miałam większość dzieciństwa za złe, że nie byłam w tej szkole. W każdej sytuacji można znaleźć powód do nieszczęścia. A można też wybaczyć i cieszyć się tym, co jest teraz. Niemal w każdym domu i rodzinie jaką znam, był jakiś problem. W moim domu nie czytało się zbyt wiele książek. Ale teraz też widzę, że jak jest człowiek zarobiony, to nie ma siły z dzieckiem porozmawiać, a co dopiero czytać mądre książki. Za to ojciec ciągle rozwiązywał krzyżówki. Czasem nie mam cierpliwości do własnego dziecka, które przychodzi z problemem, że ma gumkę różową, a nie niebieską. I że ta gumka nie pasuje do sukienki. Na pierwszy rzut oka to się wydaje absurdalne, a ja widzę, że dla niej to jest ważne i śmieję się w końcu w duchu przypominając sobie własne dzieciństwo. To jest jedna z tych rzeczy, których się uczę jako matka – żeby nie bagatelizować problemów córki. Kiedy miałam dwanaście lat przechodziłam epizod uduchowienia, pisałam wiersze religijne i przychodziłam z nimi do rodziców, a oni nie bardzo wiedzieli, co ze mną zrobić. Teraz wydaje mi się to niemal komiczne, ale gdyby wtedy ktoś zachichotał, obraziłabym się na śmierć.

Miasto Kobiet: Trudno się wychowuje utalentowane dzieci.

Renata Przemyk: Był moment, kiedy mi się wydawało, że chyba jestem adoptowana, bo nie byłam do nikogo w rodzinie podobna. Nikt nie śpiewa, nie pisze wierszy, nie lubi czytać. Widziałam ich bezradność. Miałam zrobić zadanie i nie sprawiać kłopotu, bo oni nie mieli zwyczajnie siły. Ojciec pracował na dwie zmiany, a ja im ze swoimi wierszami wyjeżdżałam. A jak przynosiłam świadectwo z paskiem, to chciałam, żeby przynajmniej mieli łzy w oczach, że takie mają zdolne dziecko. Mama uczyła mnie podejścia: siedź w kącie, a znajdą cię. I że dziewczyna powinna być nieśmiała, skromna, pracowita i nie wyzywająca. Chciała mnie chronić. Mama była idealną panią domu, umiała wszystko zrobić, po pracy szyła nam jeszcze ubrania i potrafiła zadbać o dom. Też szyłam ciuchy, ale głównie czarne i powłóczyste rzeczy. Wiąże się z tym zabawna historia. Któregoś razu, gdy już studiowałam, przyjechałam do domu, jak co weekend i zrobiłam pranie. W bloku wszyscy się znali, bo rodzina ze strony ojca i sąsiedzi zostali przeniesieni po zalaniu rodzinnej wsi na jedno osiedle. To był klimat jak z Alternatywy 4, niektórzy nawet próbowali króliki hodować w piwnicy. Kiedy wywiesiłam pranie na balkonie, w bloku zapanowało wielkie poruszenie, wszyscy myśleli, że ktoś umarł w rodzinie. Całe moje pranie było czarne, a czarne rzeczy prało się przed pogrzebem. Wiadomo, że na wsi każdy miał w szafie jakiś komplet, na swój pogrzeb, albo na czyjś. Moja babcia miała odłożone ciuchy na swój pogrzeb i pieniądze na trumnę już na wiele lat przed śmiercią.

Miasto Kobiet: A dojrzewanie z pryszczami i burzą hormonów jak pamiętasz?

Renata Przemyk: Na szczęście pryszczy nie było dużo (śmiech). Jak się pojawiły pierwsze, na czole, koleżanka mnie namówiła, żebym obcięła swoje długie włosy i zrobiła grzywkę, to nie będzie ich widać. Kiedy moja mama to zobaczyła… Parę razy w życiu widziałam u niej taki wyraz twarzy – złość, żal, bezsilność, miała ochotę mi przylać. Nie zrobiła tego chyba tylko dlatego, że sama, jak była młoda, przeżyła podobną historię. Została przesiedlona do Bielska-Białej spod Lwowa, gdzie wychowywała się na wsi i miała jak wszystkie dziewczyny w jej wieku ,warkocz, gruby, do pasa. Wtedy w mieście były modne krótkie włosy, wałki i trwała ondulacja. Mama miała już dość presji, że dziewczyna musi mieć warkocz, a poza tym włosy jej ciążyły. Kazała fryzjerowi je obciąć i zrobić trwałą. Miała 18 albo 19 lat. Kiedy przyszła do domu w tej fryzurze „na Simonę”, matka jej wlała, chyba pierwszy raz, i nie odzywała się jeszcze długo. Jest coś takiego, że w kluczowych momentach człowiek, zwłaszcza człowiek – kobieta, ma ochotę zrobić coś z włosami, inaczej wyglądać. Po pierwszej płycie miałam długie włosy, ale poszłam do fryzjera, zostawiłam tylko długie pejsy, a resztę kazałam obciąć na zapałkę i zafarbowałam na czarno.

Miasto Kobiet: Wspomniałaś o okresach uduchowienia z dzieciństwa. Interesuje mnie, w jaki sposób łączysz duchowość Wschodu z katolicyzmem.

Renata Przemyk: Pewnych rzeczy nie da się rozdzielić. Empatia, bliskość między ludźmi, potrzeba bycia dobrym człowiekiem, wrażliwość na krzywdę jest jedna, bez względu na wyznawaną religię, kolor skóry, narodowość i płeć. Jestem wychowana w religii chrześcijańskiej i głęboko wierząca. Jednak nie na wszystkie pytania znajdowałam odpowiedzi w swojej religii. Bardzo uwierało mnie w katolicyzmie podkreślanie, że trzeba głównie nieść swój krzyż. Że życie nie jest nastawione na szczęście, ale na przeżycie takie, by zasłużyć na życie wieczne. Mama w trudnych momentach mówiła, że wola boska, że każdy ma swój krzyż. To czego mi brakowało to przyzwolenie radość i szczęście. Czytając jeszcze raz Biblię, ale też pisma innych religii, odkryłam, że bycie szczęśliwym nie stoi w sprzeczności z religią chrześcijańską. Kochaj bliźniego jak siebie samego, to jest przykazanie miłości, które można zinterpretować: bądź szczęśliwy i uszczęśliw innych. Albo: Kochajcie i róbcie o chcecie świętego Augustyna. Dużo mi dała cienka, ale bardzo mądra książka o siedmiu duchowych prawach jogi. O bezinteresownym dawaniu i nieprzywiązywaniu się do przeszłości. Co było trzeba wybaczyć i żyć dalej. Wiem, że teraz uderzam w stół i zaraz zostanę posądzona o herezję. Dość wcześnie zaczęłam ćwiczyć jogę. Wtedy się wyciszam i mogę się modlić. Jak się do tego przyznawałam przy jednej cioci, to natychmiast chciała mnie nawracać (śmiech). Nie trzeba zmieniać religii, aby się pogłębić duchowo. To, co odnalazłam we wschodniej duchowości, to przyzwolenie na bycie szczęśliwym, otwartość na ludzi, a także większy nacisk na współczucie i wybaczanie. Potem okrężną drogą znalazłam wiele u naszych świętych. Lubię św. Franciszka i św. Klarę. U nas często jesteśmy sędziami dla drugiego człowieka, wytykamy mu grzechy. Nawet w wierze jesteśmy zacietrzewieni. Upór jest dobry w dążeniu do celu, ale na pewno nie w pielęgnowaniu w sobie urazy. A my mamy skłonność do porównywania i oceniania typu: jestem dobry, bo jestem lepszy od kogoś. Trzeba być dobrym ze względu na siebie samego.

Miasto Kobiet: To, o czym rozmawiamy jest bardzo odległe od Twojego scenicznego wizerunku.

Renata Przemyk: Nie tak znowu bardzo. Zawsze poszukiwałam właściwej drogi. I zawsze się modliłam przed wejściem na scenę, o odwagę (śmiech).Wizerunek sceniczny jest nabudowywany przez dwadzieścia pięć lat, od zbuntowanej Ya Hozny i od glanów. Mało kto zauważa, że glany były wtedy odjazdowe i modne, że ja do tego miałam nogi na wierzchu, krótką spódniczkę, dekolt i mocny makijaż. Poza tym te glany to były w jakiś sposób moje buty ortopedyczne. Ćwicząc karate uszkodziłam sobie stawy skokowe i przed długie lata mogłam nosić tylko buty ciasno wiązane, które dawały mi poczucie stabilności. W ten sposób byłam ubrana super modnie i dbałam o zdrowie (śmiech).

Miasto Kobiet: Masz je nadal?

Renata Przemyk: Mam. Teraz je wyciągnęłam na koncert z okazji 25-lecia kariery. Zmieniam buty na koniec, jestem w czerwonej krótkiej sukience i glanach. Mam więc swoje glany, ale w ciągu ostatnich czterech lat kupiłam więcej szpilek niż przez całe swoje życie.

Miasto Kobiet: Złagodniałaś trochę.

Renata Przemyk: Trochę tak, ale nie straciłam pazura. No i tej odrobiny szaleństwa. Więcej wiem, więcej umiem i ciągle się uczę. To naturalne, że na różnych etapach życia ma się do niego odmienne podejście. Ciągle potrafię siebie zaskoczyć, jak wtedy, gdy skoczyłam ze spadochronem, bo chciałam sprawdzić jak to jest jak się lata. To było tak niesamowite lecieć twarzą w dół z taką szybkością. Miałam wrażenie, że zaraz mi się ta moja twarz odwinie, takie było przeciążenie. Na prędkościomierzu było 213 km na godzinę. W pewnym momencie zaczęło mnie boleć ucho, wyobraziłam sobie, że przez moją fanaberię będę miała problemy ze słuchem, a to jest jeden z moich instrumentów, już pomijając, że po prostu fajnie jest słyszeć. Sama siebie zwyzywałam od kretynek. Spinka mi wyleciała, włosy mi się rozwiały, zaczęłam się dusić, i w pewnym momencie słyszę nad uchem głos ,,zamknij usta!” A już myślałam, że nie mogę oddychać, bo jesteśmy tak wysoko. Dobrze, że leciałam przypięta do instruktora, bo sama zapomniałabym pewnie spadochron otworzyć. Chciałam zobaczyć jak jest w niebie. Mogłam się swobodnie porozglądać jak już się otworzył ten spadochron, wtedy było super. Jest więc we mnie nadal dużo szaleństwa. Jestem numerologiczną siódemką, wodnikiem, chińskim koniem ognistym, mam wszelkie predyspozycje, żeby być artystą (śmiech). Albo wariatką. Przesądna nie jestem. Trzynastkę uważam za szczęśliwą, a jak kot przebiegnie drogę, to przyspieszam, żeby koniecznie przeciąć ten szlak. Chyba prowokuję los. Albo po prostu wychodzę mu na przeciw.

Miasto Kobiet: Podobno chodzisz do wróżki?

Renata Przemyk: Byłam tylko parę razy, nie traktuję tego do końca poważnie. Był moment, że mi nawet pomogła w sytuacji zawodu miłosnego. Może to był przypadek. Nie mogłam podjąć decyzji, co dalej. Pani mi powiedziała, nawet o nic nie pytając: „Oj, słabo to widzę, kompletnie beznadziejna sytuacja, to nie jest człowiek dla ciebie”. Czułam to, ale nie chciałam się pogodzić, a po tym łatwiej było mi podjąć decyzję. Gdyby to przyjaciółki mówiły, to zarzuciłabym je dziecinnymi argumentami typu: „Ale ja go kocham”. Pierwszą miłość przeżyłam dość późno i dopiero wtedy zorientowałam się, jaka to jest straszna siła, zabijająca indywidualność, pozbawiająca kompletnie własnej woli. Poczułam, że można się zakochać tak, że człowiek nie jest sobą, że zmienia się kompletnie jego stan chemiczny. W momencie kiedy tego doświadczyłam, przeraziłam się, że się myśli kompletnie inaczej, że można lecieć za tą osobą na drugi koniec świata i dać sobą manipulować. To jest niesamowite doświadczenie, tyleż cudowne, co przerażające. Zwłaszcza, kiedy się zakochuje w nieodpowiednim człowieku. Nieodpowiednim nie z braku miłości, ale różnic w patrzeniu na świat i związek. Wspaniale byłoby od razu trafić na równie silną i szczerą wzajemność, połączoną z idealnie dobranym charakterem i opiekuńczością, ale to nie zdarza się tak codziennie. Wiem jednak, że to co się tak intensywnie i prawdziwie przeżywa, zostaje w człowieku na zawsze. I mimo wszystko warto.

Miasto Kobiet: Ile lat miałaś, gdy trafiła Cię ta miłość?

Renata Przemyk: W okolicach czterdziestki. Wcześniej była muzyka i życie, a to co brałam za miłość, nie było nią. Nie wiedziałam co to jest miłość dopóki jej nie przeżyłam.

Miasto Kobiet: Boisz się, że znowu Ci się to przytrafi, czy masz na to nadzieję?

Renata Przemyk: Po jednej głębokiej wodzie jest następna, a między nimi góra, po pierwszym przerażeniu jest ekscytacja, i to wszystko działa na takiej sinusoidzie. Ta intensywność przeżyć to jest sól życia. Wiem już czego szukam i czego chcę. Wiem, że można to poczuć na najnowszej płycie. Na poprzedniej też było: „Jakby nie miało być, lepiej stracić niż nigdy nie mieć nic”. Nie oddałabym tego czasu, mimo że się tak skończyło. Nie jestem w stanie żyć w letniości. To dotyczy życia i muzyki. Łatwo mnie podjudzić, na zasadzie: „Ja nie dam rady?” Taki odruch gówniarza z osiedla. Mam to często. Jak wtedy, gdy podjęłam się napisania i nagrania w 5 tygodni muzyki do spektaklu „Balladyna” reżyserowanego przez Jana Machulskiego w Teatrze Bałtyckim. Nie miało znaczenia, że nie znałam programu muzycznego, nie miałam komputera i komponować samodzielnie zaczęłam od niedawna i że marzyły mi się duże aranżacje. Pewnych propozycji się nie odrzuca. Albo wtedy, gdy dyrygowałam orkiestrą na premierze do wykonywanego na żywo spektaklu „Odjazd” z moją muzyką w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Pamiętam pierwszą próbę – zaczęłam coś tłumaczyć w trakcie grania gestykulując, a muzycy zaczęli grać forte. Wtedy się nauczyłam, że muszę panować nad rękami, bo mam zbyt szerokie gesty, a muzycy czytają każdy najmniejszy ruch. Ależ to było przyjemne, takie stwarzanie muzyki rękami. Przy kolejnym wyzwaniu, roli teatralnej w „Terapii Jonasza”, też w Teatrze Rozrywki, pomyślałam, że któraś głęboka woda mnie zakryje, bo ileż można ryzykować. W szpilkach i gorsecie grałam, śpiewałam, partnerowałam innym aktorom, wjeżdżałam na scenę w śliskiej wannie. Klęska urodzaju. Dałam radę. Przeżyłam i potem zagrałam znowu. Teraz mam małą rólkę w Teatrze Bagatela, w „Tramwaju zwanym pożądaniem”. Rzucanie się na głęboką wodę to jedna z moich głównych cech. Ciągnie mnie do takich sytuacji, a jednocześnie przypłacam to stresem, bo mam potrzebę sprostaniu zadaniu i zrobienia najlepiej na świecie czegoś, co często jest ponad moje siły. A jednak ciągle się udaje. Może do czasu.

Miasto Kobiet:  Skąd ta ciągła potrzeba sprawdzania siebie?

Renata Przemyk: To nawet nie jest kwestia sprawdzania siebie. Pociąga mnie intensywność życia, muzyki, bycia w oku cyklonu, przeżywania przygody. I to jest równie silne, jak strach i obawy, czy sobie poradzę. Nie jestem w stanie żyć bez emocji. No i bez miłości!

Rozmawiała Aneta Pondo 

Zdjęcia: Jacek Ura

Stylizacja: Monika Harłacz/MHSHOWROOM

Asystent stylisty: Katarzyna Serafin/MHSHOWROOM

Make up: Marcin Szczepaniak

Scenografia: Ela Szczepaniak

Włosy: Studio Fryzur Małgorzata Babicz

Asysta: Paweł Zając

Ubrania: Ones, Patricia Szlażko, Bayla

Akcesoria: meble North&South Home

wywiad pochodzi z numeru jubileuszowego 5/2014

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach

Home / renata-przemyk-wywiad
Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach