Sunday, August 1, 2021
Home / Ludzie  / Prof. Anita Panek: Biochemia i robótki

Prof. Anita Panek: Biochemia i robótki

Trzeba zawsze myśleć pozytywnie, cieszyć się życiem i nie poddawać, i znajdować sobie zajęcie.

Prof. Anita Panek

Prof. Anita Panek: W domu, w Krakowie, zostało wszystko: piesek, pamiątki, meble, rzeczy codzienne, pieniądze w banku, bo co się zabiera na dwa tygodnie? / fot. Andrzej Politowicz

Losy prof. Anity Panek pokazują, że nie ma co się oburzać na wymyślne scenariusze, bo samo życie takie pisze. W 1939 roku jej wakacyjny wyjazd do Francji zamienił się w wieloletnią emigrację do Brazylii. Do rodzinnego Krakowa wróciła półtora roku temu. Jej przepis na życie? Myśleć pozytywnie i zawsze być zajętym

 

Czy myśli czasem, „co by było gdyby”? Tak, ale nie potrafi sobie wyobrazić, doprowadzić tej myśli do końca, więc ją porzuca. Nie wie, co by się stało, gdyby nie tamten wyjazd na wakacje, na sierpniowe Lazurowe Wybrzeże. W domu, w Krakowie, zostało wszystko: piesek, pamiątki, meble, rzeczy codzienne, pieniądze w banku, własności, bo co się zabiera na dwa tygodnie? Zostali bliscy: od pokoleń zasymilowani polscy Żydzi, prawnicy, inżynierowie. 1 września 1939 roku miała skończyć dziewięć lat i rodzice chcieli jej w prezencie pokazać Warszawę. Nie zdążyli, pewnie na szczęście dla siebie. Zaczęła się ich jedenastomiesięczna tułaczka. Z Francji w 1940 roku uciekli do Hiszpanii. Stamtąd trudno było się wydostać poza Europę – kwoty dla ludności żydowskiej w USA były już wyczerpane, w końcu jednak pojawiła się możliwość wyjazdu na Haiti lub do Brazylii. Tata wybrał Brazylię, choć mama miała poważne obawy, że tam po ulicach pełzają węże, że nie ma ziemniaków… – Co okazało się nieprawdą – uśmiecha się pani Anita. – Ale mama nie chciała wyjeżdżać, myślała o rodzinie. Wciąż była nadzieja, że ta zawierucha jest chwilowa.

Dywan utkany z losów

Prof. Anita Panek

Prof. Anita Panek: Ręczne roboty pomagały mi porządkować myśli, gdy musiałam sobie coś ułożyć, pomagały nawet rozwiązywać problemy naukowe / for. Andrzej Politowicz

Decyzja o wyjeździe nie była łatwa także z powodów finansowych – trzeba było zdobyć pieniądze na statek. – I tu muszę wspomnieć o Helenie Rubinstein, dalekiej kuzynce matki – mówi pani Anita – która wówczas już odniosła sukces. Ojciec do niej napisał i dała nam 250 dolarów na trzy bilety drugiej klasy na statek do Brazylii.
W sierpniu 1940 roku Anita Haubenstock z rodzicami dotarli do Rio de Janeiro. Początki życia w nowym miejscu były bardzo ciężkie. Dokuczało im gorąco, nie znali języka; ojciec – prawnik – nie mógł podjąć pracy przed nostryfikacją dyplomu, a w brazylijskich urzędach wszystko załatwiało się w latynoskim trybie „na jutro”. – Matka próbowała po domach sprzedawać produkty Heleny Rubinstein, bo nie było tam jeszcze salonów; czasem ktoś próbował dawać jakąś zapomogę, wszystko to było trudne – wspomina pani Anita. Ale z czasem zaczęło się układać i Brazylia na 76 lat stała się jej domem. Zwłaszcza że wieści docierające zza żelaznej kurtyny wyrobiły w jej rodzicach przekonanie, że do Polski się nie wraca.
Wśród tych wieści dotarły też informacje o rodzinie. Prawie wszyscy bliscy zginęli w Oświęcimiu. – To bardzo smutna historia – mówi pani Anita.

– Dziadek, inżynier, codziennie jeździł do pracy pociągiem. Pewnego dnia ten pociąg został skierowany do Auschwitz. Babcia, gdy się o tym dowiedziała, powiedziała, że nie chce bez niego żyć, i sama oddała się do obozu. Zginęła tam. Nie wiedziała, że dziadkowi udało się wyskoczyć z pociągu i uciec… Do końca wojny pewna gosposia ukrywała go w piwnicy. A ponieważ życie jakoś tak dziwnie się plecie, po wojnie, gdy dziadkowi przyznano pokój, dano mu właśnie mój pokój w mieszkaniu przy Batorego 17. Tam w szufladzie znalazł nawet parę fotografii

– opowiada. Dziadek wysłał je do Brazylii razem ze smutnymi wiadomościami.
W tamtych trudnych chwilach pani Anicie pomagały robótki ręczne. Na drutach nauczyła się robić jeszcze we Francji, podczas tułaczki, bo „trzeba było czymś się zająć”. Nauczyła się też haftować ściegiem portugalskim i brazylijskim piękne poduszki oraz dywany – te ostatnie w Brazylii doczekały się nawet wystawy.

Bardziej pasja niż praca

Dorastająca Anita bardzo chciała studiować biochemię, ale że w Brazylii nie było wówczas takiego kierunku, wybrała chemię. – I właściwie bardzo mi się nie podobało. Aż dotarłam do trzeciego roku – opowiada – do laboratorium, działu fermentacji i mikrobiologii.
Na studiach też wyszła za mąż za polskiego Żyda, powstańca warszawskiego, któremu udało się uciec z Polski. Małżeństwo nie przetrwało jednak długo, ale dało pani Anicie ukochaną córkę Anię. Ponieważ jako młoda rozwódka musiała i chciała pracować, myślała o założeniu laboratorium i zwróciła się o pomoc finansową do ojca. Ojciec, owszem, zgodził się pomóc, pod warunkiem że córka zostanie na uczelni i zajmie się tym, co kocha. I tak rozpoczęła się jej droga do kariery naukowej.

– Bardzo udana kariera, 50 lat pracy, która zawsze była bardziej pasją niż pracą

– wspomina pani Anita. Mogła spędzać w laboratorium całe dnie, prowadziła licznych magistrantów i doktorantów (z wieloma z nich wciąż ma kontakt na Facebooku), opublikowała 170 prac naukowych. Jest autorką przełomowych badań nad trehalozą jako ochroną komórek przed zamarznięciem. Za swoje zasługi prof. Panek została w Brazylii uznana za jedną z pionierek nauki i w 1996 roku otrzymała Order Zasługi Naukowej. Pomogła też wprowadzić na brazylijskie uczelnie biochemię jako nowy kierunek. Jak mówi, ta praca dała jej poczucie spełnienia i spokoju: – To bardzo przyjemne uczucie, że dałam coś z siebie, zrobiłam coś dla tego kraju, który tak przyjaźnie nas przyjął.

Na pytanie o to, czy trudno było kobiecie w latach 50. i 60. zostać naukowcem w kraju jednak silnie maczystowskim, pani Anita odpowiada, że nigdy nie miała w pracy żadnych problemów. Z czego to wynika? Być może z osobowości czy tego, co i jak się robi, z poczucia, że dąży się właśnie do tego, co jest pasją. Trochę inaczej natomiast wyglądała wówczas jej sytuacja osobista. Po rozwodzie w 1957 roku została na jakiś czas odsunięta na margines towarzystwa. Potem obyczajowość zaczęła się zmieniać, ale wtedy różniła się od swoich rówieśniczek.

– Przede wszystkim pracowałam, paliłam, czasem też lubiłam wypić kieliszek wina czy cachaçy [brazylijskiej wódki z trzciny cukrowej – przyp. aut.] – uśmiecha się. I wtedy też, gdy dużo czasu spędzała sama, z pomocą przychodziły jej robótki – były pewną terapią w czasach, gdy o chodzeniu do psychologa jeszcze się nie mówiło, a rzeczy robione na zamówienie wspomagały domowy budżet. – Przez całe życie – opowiada pani Anita – ręczne roboty pomagały mi porządkować myśli, gdy musiałam sobie coś ułożyć, pomagały nawet rozwiązywać problemy naukowe.

Dziewczynka w granatowym płaszczyku

– Zachował się granatowo-biały płaszczyk, w którym wyjechałam do Francji – mówi pani Anita. Jest u jej córki, w São Paulo. – A ze mną do Krakowa wróciła książka, którą czytałam na wakacjach w 1939 roku – Serce Amicisa.
Przez lata nie myślała nawet o odwiedzeniu rodzinnego miasta, mimo że jako naukowiec wiele podróżowała. Jak to się stało, że teraz zdecydowała się wrócić? Złożyło się na to kilka rzeczy, także fakt, że w Brazylii nastały trudne czasy, a tu jest spokojnie, bezpiecznie i – w porównaniu z tamtejszymi metropoliami – kameralnie. Do powrotu przyczynił się też Carlos, wnuk pani Anity, który nagle uparł się, że będzie studiował na tej samej uczelni, co jego pradziadek. Mimo że nie mówił po polsku, zdobył stypendium, szybko nauczył się języka, pokochał Kraków i skończył studia na UJ. Pani Anita z dumą opowiada o jego projekcie utworzenia Muzeum Języka Polskiego, na wzór istniejącego w São Paulo Muzeum Języka Portugalskiego. Carlos mieszka tu już prawie 10 lat, pani Anita – półtora roku. Powrót do Krakowa obudził w niej oczywiście wiele wspomnień i emocji. Zaczęły wracać ulubione miejsca, zwłaszcza Planty i okolice Batorego; zaczęły wracać słowa, język, nazwy ulic: – Czasem jakbym słyszała matkę, jak je wymawia. – W Krakowie jest jej dobrze – ludzie są mili, wciąż nawiązuje nowe znajomości, prowadzi też czasem warsztaty haftu w JCC czy spotkania w Żydowskim Muzeum Galicja. Stale robi poduszki i kocyki – można je nawet u niej zamówić. Narzeka tylko na brak wind w wielu budynkach, bo po złamaniu nogi ma problemy z chodzeniem.
Zapytana o to, czego nauczyło ją życie, pani Anita odpowiada:

– Trzeba zawsze myśleć pozytywnie, cieszyć się życiem i nie poddawać, i znajdować sobie zajęcie.

Jakie ma plany na przyszłość? – Żyć spokojnie i jak najdłużej.

Monika Ślizowska

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • +18 26 listopada, 2019

    … [Trackback]

    […] Read More on that Topic: miastokobiet.pl/prof-anita-panek/ […]

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach