Home / Ludzie  / Kre-aktywne  / Poza granice komfortu

Poza granice komfortu

Patrycja Borzęcka jest podróżniczką, fotografką i reporterką. Nurkuje i żegluje. Często podróżuje samotnie. Dokąd ostatnio?

fot. Patrycja Borzęcka

Isafahan w Iranie / fot. Patrycja Borzęcka

Patrycja Borzęcka jest podróżniczką, fotografką i reporterką. Nurkuje i żegluje. Często podróżuje samotnie. Dokąd ostatnio? Do Iranu. „Chodzi mi o to, by móc pokazywać prawdę” – opowiada w naszej rozmowie.

Patrycja Borzęcka

W dżungli Kakamega w Kenii / fot. Patrycja Borzęcka

Czym się kierujesz, wybierając cele podróży?
Patrycja Borzęcka: Głównie tym, czy to miejsce lub temat są w danym momencie dobrze znane. Kiedy zaczynałam podróżować, wybierałam proste cele, też tu, w Europie, ale obecnie nie daje mi to satysfakcji. Dziś wybierając cel podróży, szukam miejsc, o których ludzie mało wiedzą bądź z którymi związane są jakieś stereotypy, które trzeba obalić. Staram się poznawać coś na nowo.

Właśnie wróciłaś z Iranu, a to ostatnio popularny cel podróżników. Nie wiem, czy Iran jest nadal mało znany i niedostępny.
Patrycja Borzęcka: Niedostępny raczej nie jest. Ale czy to miejsce, o którym dużo wiemy? Wystarczy porozmawiać z ludźmi i zapytać: „co wiesz o Iranie?”. I wtedy się dowiesz, czy jest to miejsce dobrze znane czy nie. Większość osób, którym opowiadam o tym, jaki jest Iran, jest zdziwionych tym, co mówię. Prawie nikt nie wie, jaki ten kraj jest naprawdę.

Będąc tam, zbliżyłaś się do granicy z Irakiem. Kusiło cię, aby się tam dostać?
Patrycja Borzęcka: Przeszło mi to przez myśl, nawet znajomy, z którym rozmawiałam w Kurdystanie, zaoferował pomoc w dostaniu się do Iraku, żebym mogła zrobić tam reportaż. To jest coś, co powinnam przemyśleć, bo mam taką możliwość.

fot. Patrycja Borzęcka

W miejscowości Jazd w Iranie / fot. Patrycja Borzęcka

Rozmawiałam niedawno z podróżnikiem, który do Iraku próbował się dostać przez kilkanaście lat. Opisywał go jako kraj bardzo niebezpieczny. Cudem uniknął samosądu, bo wszedł tam, gdzie nie powinien…
Patrycja Borzęcka: Był sam?

Z tego co wiem, tak.
Patrycja Borzęcka: Na to ja nigdy bym się nie zdecydowała – żeby pojechać tam samotnie. Jeśli miałabym jechać do Iraku, to tylko z osobą miejscową, jak ten mój znajomy, który ma tam rodzinę i jeździ do Iraku co weekend. Wtedy on pełniłby rolę „opiekuna”, a większość spotkanych osób założyłaby pewnie, że jestem jego żoną. To daje mi z miejsca dużo większe poczucie bezpieczeństwa. W krajach muzułmańskich są bardzo silne więzy krwi i tradycja związana z gościnnością. W 2005 roku w Afganistanie zdarzyła się nawet taka sytuacja, że pewna rodzina pomagała rannemu amerykańskiemu żołnierzowi Navy Seals, gdy był ścigany przez talibów w czasie operacji „Red Wings”. Gospodarz chronił go każdym możliwym sposobem. Gdyby nie ten Afgańczyk, żołnierz by nie przeżył. Wysyłano na pomoc oddziały i helikoptery, ale paradoksalnie mężczyzna przeżył głównie dzięki miejscowej pomocy. Powstał nawet o tym film pt. „Ocalały”. Myślę, że zawsze pomoc lokalnych mieszkańców jest nieoceniona.

Także dlatego, że różne miejsca, które się odwiedza, naprawdę dobrze można poznać tylko z ludźmi stamtąd?
Patrycja Borzęcka: Jadąc w jakieś miejsce, nie chcę oglądać kolejnych zabytków, ale przede wszystkim poznać jego kulturę, co byłoby zwyczajnie niemożliwe bez ludzi, którzy stamtąd pochodzą. Bez nich jesteś w jakimś miejscu, ale cię nie ma.

Ludzie są też tematem twoich reportaży. Kiedy fotografujesz osoby na ulicy, łapiesz z nimi jakiś kontakt?
Patrycja Borzęcka: Jeśli to jest osoba zupełnie mi nieznana, to przeważnie po prostu podnoszę aparat do góry i nawiązuję kontakt wzrokowy. Patrzę na reakcję i obserwuję, czy ta osoba daje mi przyzwolenie. Jeśli widzę, że tak – robię zdjęcie. Jeśli nie – nie robię, szanuję to. Sama też nie chciałabym być fotografowana bez mojej zgody. Inaczej jest, kiedy robię zdjęcia wydarzeń, tak jak ostatnio – podczas irańskiego Muharram, bo to są zgromadzenia, inna kategoria.

fot. Patrycja Borzęcka

Isafahan w Iranie / fot. Patrycja Borzęcka

Z niektórymi fotografowanymi osobami nawiązujesz rozmowę.
Patrycja Borzęcka: Nieraz mi się zdarzyło nawiązać bliższy kontakt. Czasem widzę w oczach tych ludzi, że mają jakąś ciekawą historię. Zdarzyło się tak np. w Palestynie. W lipcu 2014 roku, w trakcie konfliktu, byłam w stolicy Palestyny Ramallah i przechadzając się między straganami, zrobiłam zdjęcie mężczyźnie sprzedającemu owoce. Nawiązaliśmy rozmowę, zaraz potem zaprosił mnie na obiad do swojej rodziny. Spędziłam wieczór w jego rodzinnym domu z jego matką, żoną, siostrą, braćmi. Mamy do dziś kontakt. A zaczęło się od zdjęcia.

Podróżujesz sama. Wiele osób pomyśli: szaleństwo.
Patrycja Borzęcka: Przede wszystkim trzeba przełamać stereotyp, że kobieta nie może podróżować sama. Bo dlaczego nie? Moim zdaniem to zależy od człowieka, nie od jego płci. Jeśli kobieta jest rozgarnięta, potrafi zadbać o swoje bezpieczeństwo, to może samotnie podróżować. Nie polecam tego na pewno kobietom, które nie czują się dobrze w takich sytuacjach. Czasem faktycznie trzeba działać, podejmować jakieś kroki, zachować zimną krew. Płeć nie ma tu najmniejszego znaczenia. Raczej nasz charakter.

Trenujesz też sztuki walki. To na pewno daje większe poczucie bezpieczeństwa.
Patrycja Borzęcka: Zdecydowanie. Ataki na kobiety najczęściej odbywają się w pojedynkę lub w dwie osoby. To jest sytuacja możliwa do opanowania. Kobieta, która umie się bronić, ma pewną przewagę. Jest nią element zaskoczenia. Większość napastników spodziewa się, że w momencie ataku dziewczyna zacznie krzyczeć i uciekać. Szczególnie jeśli jest szczupła i filigranowa. Gdy natomiast stosuje precyzyjną obronę, przeciwnik doznaje szoka. A to zabiera mu czas, który ona zyskuje. W każdej szkole walki powtarzają, że przegrana lub wygrana zależy od szybkości działania. Czas, który o tym stanowi, to zwykle pół sekundy na reakcję. Pół sekundy! To chwila. Ale jeśli umiemy ją odpowiednio wykorzystać, możemy wiele zdziałać.

fot. Patrycja Borzęcka

Teheran, w tle Meczet Szacha, Iran / fot. Patrycja Borzęcka

Jakie sztuki walki trenowałaś?
Patrycja Borzęcka: W moim życiu największą rolę odegrały takie sporty jak kickboxing w formule K1, krav maga i MMA. W 2013 roku uzyskałam też uprawnienia instruktora samoobrony i sztuk walki. Ostatnio myślałam nawet o zorganizowaniu specjalnych warsztatów z samoobrony dla podróżujących kobiet. Myślę, że naprawdę warto znać chociaż podstawy. Nie tylko po to, by móc się obronić, ale także po to, by czuć się pewniej. Kobieta, która się boi, jest widoczna na kilometr. Zwykle pochyla głowę, idzie niepewnym krokiem i panicznie ogląda się za siebie. Taka osoba jest idealnym celem i zwykle właśnie takie kobiety wybierają napastnicy. Jeśli kobieta idzie sama w środku nocy, a przy tym jej krok jest regularny, a ona sama zachowuje się wręcz nonszalancko, wzbudza to w atakującym niepewność. Nie wie, czego się spodziewać. Zaczyna się zastanawiać, czy może dziewczyna ma broń palną albo czy w pobliżu jest jej chłopak. I generalnie jest mniej skłonny, by ją atakować.

Mówiąc o „takich sytuacjach”, raczej nie miałaś na myśli takich problemów, jak opóźniony samolot czy brak rezerwacji w hotelu.
Patrycja Borzęcka: W pewnym sensie chodzi o opóźniony samolot. (Śmiech) Kiedy wracałam z Izraela, byłam na lotnisku i odwołano kilkanaście lotów. Mój był przesunięty o kilka godzin. Wiedziałam już wtedy, co się dzieje, czułam to, bo to nie jest normalna sytuacja. Sądziłam, że lotnisko jest pod ostrzałem, i rzeczywiście okazało się, że tak jest. To jest ten moment, kiedy musisz być spokojna, usiąść, powiedzieć sobie: tak się dzieje, nie mam na to wpływu, a jeśli nie mogę nic z tym zrobić, to muszę zaakceptować bieg wydarzeń.

fot. Patrycja Borzęcka

Majdan (Kijów, Ukraina). Manifest podczas pogrzebu jednego z żołnierzy, którzy zginęli na froncie / fot. Patrycja Borzęcka

Chyba właśnie zdolność do przyjęcia takiej filozofii decyduje o tym, czy możemy podróżować samotnie. Przy okazji – przydaje się w życiu.
Patrycja Borzęcka: Zgadza się. Jeśli możesz coś zmienić, to próbuj. Ale jeśli jesteś pewna, że nie możesz nic zrobić, to masz dwie opcje: możesz się denerwować, płakać, lamentować. Albo siąść, uspokoić się, pomyśleć o czymś innym.

Efekt taki sam, a nerwów mniej.
Patrycja Borzęcka: Tak, poza tym inną, ważniejszą kwestią jest to, że człowiek bardzo źle działa pod wpływem emocji. Działanie pod wpływem emocji, szczególnie podczas podróży, może doprowadzić do tragedii.

Czasem jednak podjęcie ryzyka pozwala zobaczyć więcej.
Patrycja Borzęcka: To jest czysta kalkulacja. Warto najpierw zastanowić się i przemyśleć: co osiągnę, podejmując ryzyko, i czy to jest opłacalne? I – co ważniejsze – ile mogę stracić? Jeśli płyniesz daleko przez ocean, to jest to niebezpieczne, ale cel jest jasny, możesz gdzieś dopłynąć i coś osiągnąć. Ale jeśli ktoś decyduje się iść nocą samotnie w góry tylko dlatego, że ładnie wyglądają, to jest to ryzyko bezsensowne.

Zdarzyło ci się źle skalkulować ryzyko? Były sytuacje, kiedy pomyślałaś: „Co ja tu, do cholery, robię?”.
Patrycja Borzęcka: Było kilka sytuacji zagrożenia, w których to pytanie przyszło mi do głowy. Kiedy jednak niebezpieczeństwo minęło, już nie myślałam o tym jak o złym pomyśle. Na przykład na morzu – płynęliśmy jachtem na Ibizę, a w okolicy Balearów wielki sztorm. Był marzec, zimno, a tu zerwała się jedna z lin obsługujących żagiel. A kiedy w trakcie sztormu zerwie się lina, nie da się tego opanować. Walczyliśmy, kapitan chciał już nadać mayday, było ryzyko, że zatoniemy. Wtedy pomyślałam: „co ja tu robię?!”. Ale kilka godzin później, gdy sytuacja została opanowana, znaleźliśmy się w porcie, było ciepło, wiedziałam, że nie żałuję tego doświadczenia.

Czegoś cię nauczyło?
Patrycja Borzęcka: Pozostawiło wrażenie, że z czymś takim jak żywioł nie ma żartów. Nie można go kontrolować i jeśli wiesz, że pogoda jest zła, a ty i twoja załoga nie podołacie warunkom, to lepiej zostać w porcie. Tak zrobiliśmy kiedyś, płynąc do Maroka. Stanęliśmy na trzy dni w Gibraltarze, co było nudne, ale wiedzieliśmy, że konieczne. Dla bezpieczeństwa.

fot. Patrycja Borzęcka

Dzieci mieszkające na skraju dżungli Kakamega /fot. Patrycja Borzęcka

Podróżowanie uczy cierpliwości. Przede wszystkim trzeba się nauczyć czekać.
Patrycja Borzęcka: Czekać trzeba często. Mnie cierpliwości najbardziej nauczyła Afryka. Tam jest tak, że gdy ma odjechać autobus i zapytasz kogoś, o której, to usłyszysz: „autobus odjedzie, jak odjedzie”. To może być za dwie, trzy albo za pięć godzin. W autobusie są kury, musisz zaakceptować, że jest niewygodnie, śmierdzi, a o ciebie ociera się koza. Nie masz na to wpływu. (Śmiech)

Umawianie się w Afryce na konkretne godziny nie ma większego sensu. Wszyscy wiedzą „mniej więcej”.
Patrycja Borzęcka: Zgadza się. Wiele osób powie, że w Afryce nie ma zegarka. Czas nie ucieka, ale powoli pełza. Nie liczą się godziny, ale wschody i zachody słońca. To jest kwintesencja Afryki – wszystko dzieje się powoli.

Można się do tego przyzwyczaić. Ale później powroty bolą.
Patrycja Borzęcka: To jest zawsze szok. Najbardziej przeżywam to, że muszę wrócić i nadrobić wszystko, co jest do nadrobienia, przestawić się na inny system działania. Wstawać o szóstej rano i chodzić spać po północy. A do tego to zagonienie, brak czasu na życie. W podróży można się przekonać, co znaczy życie chwilą.

Wiem, że myślisz o pracy korespondenta wojennego.
Patrycja Borzęcka: Tak, to otwarty temat.

Niektórym ludziom w ogóle nawet nie przychodzi do głowy, by zacząć jeździć do miejsc, gdzie trwa wojna. Jaka jest twoja motywacja?
Patrycja Borzęcka: Znam wielu korespondentów wojennych i wiem, że motywacje są różne – od pieniędzy po poczucie misji. Mnie chodzi przede wszystkim o to, by móc pokazywać prawdę.

Żyjemy w ciekawych czasach do „pokazywania prawdy”.
Patrycja Borzęcka: Czasy są ciekawe, ale trudne, praca dziennikarza coraz częściej okazuje się w ogóle niepotrzebna. To niedobrze. Media powinny przedstawiać solidne informacje, dobrej jakości zdjęcia. Kiedyś każda gazeta miała swojego fotoreportera, dziś najczęściej wykorzystuje się zdjęcia z telefonów, uzyskiwane za darmo od przypadkowych osób. Internet, telefony i portale społecznościowe są dobre w przekazywaniu informacji, bo dają je z pierwszej ręki, ale media niepotrzebnie przejmują ich sposób narracji.

Dzięki temu informacje o zamachach w Paryżu mieliśmy na bieżąco na Twitterze, ale z gazet robią się drukowane Facebooki.
Patrycja Borzęcka: Dziennikarzom z tradycyjnych mediów patrzy się na ręce i mimo wszystko łatwiej o weryfikację podawanych przez nich wiadomości. Na blogu jest bezpośrednio, bez narzucania czegokolwiek, ale z drugiej strony jaką mamy pewność, że to, co jest tam napisane, to prawda, a nie manipulacja, konfabulacja? Takich osób nikt nie sprawdza. Oczywiście dziennikarz też może napisać kłamstwo, ale zanim to zrobi, dobrze się nad tym zastanowi, ponieważ w ten sposób może narazić swoje dobre imię i to, co wypracował przez lata.

fot. Patrycja Borzęcka

Masajowe w Kenii /fot. Patrycja Borzęcka

Takie kraje jak Iran można poznać i „poznać”. Można wylądować na lotnisku, przejść się do knajpki, zjeść, wypić i wrócić, a później opowiadać, że się zna Iran. Co zrobić, żeby takie miejsca poznać naprawdę?
Patrycja Borzęcka: Najważniejsze to żyć z mieszkańcami. Jeśli będziesz wędrować od hotelu do hotelu, to nie zobaczysz Iranu. Polecam mieszkać u ludzi, rozmawiać z nimi, pytać, być dociekliwym. Moim zdaniem to jest klucz do poznania kraju.

Ale tych ludzi poznajesz chyba wcześniej? Czy może wychodzisz z samolotu i pytasz pierwszą osobę na lotnisku: „Cześć, mogę u ciebie zamieszkać?” (Śmiech)
Patrycja Borzęcka: Zawsze organizuję sobie pierwszy tydzień pobytu, później nie planuję. Właśnie poza planem można zobaczyć i poznać najwięcej. Wydarzenia zawsze wpływają na ciebie, dyktują, co się stanie, warto za tym pójść. Bo prawdziwa podróż zaczyna się poza granicą komfortu.

Rozmawiała Kaśka Paluch

Wywiad pochodzi z nr 1/2016. Zobacz, gdzie możesz dostać magazyn drukowany [DYSTRYBUCJA MK]

borzęcka

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach