Home / Rozwój  / Psychologia  / Chcę urodzić w domu

Chcę urodzić w domu

Cesarka na życzenie czy poród w domu? To w jaki sposób człowiek przychodzi na świat może zdeterminować całe jego życie

poród w domu

poród w domu, ilustracja:Agnieszka Kucia

Od jakości porodu zależy jakość naszego życia – do tej prawdy chyba nikogo już nie trzeba przekonywać. Ale każdy tę „jakość” pojmuje inaczej.

poród w domu

poród w domu, ilustracja:Agnieszka Kucia

Dla większości kobiet jakość porodu oznacza sterylne warunki, inkubatory w zasięgu wzroku, eliminacja bólu i całkowite oddanie się w ręce sztabu specjalistów, dla nielicznych – oswojone domowe otoczenie i poród w zgodzie z naturą, niezakłócony interwencją lekarską. Co sprawia, że gdy jedne kobiety żądają prawa do cesarskiego cięcia „na życzenie”, drugie walczą o możliwość rodzenia w domu?

1. Maria blokuje szpitalną taśmę produkcyjną
Maria Kołodziejczyk, psycholog z dwójką dzieci (drugie urodzone w domu), o porodach może rozmawiać w nieskończoność. Sześć lat temu, gdy po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że chciałaby urodzić dziecko w domu, nie znalazła położnej gotowej do przyjęcia takiego porodu. Bruno urodził się więc w szpitalu. Miało być naturalnie, skończyło się na cesarskim cięciu.
– Cesarskie cięcie było konsekwencją „powolnego postępu porodu”. Dziś uważam, że ingerencja ta nie była potrzebna ani mnie ani mojemu dziecku. Przy czym, jeśli mówić tu o czyjejkolwiek winie, to widzę ją po swojej stronie. Do porodu, jako wydarzenia życiowego, należy się przygotować przede wszystkim mentalnie, emocjonalnie, duchowo, a nie tylko intelektualnie. Za pierwszym razem przeczytałam kilka książek, nabyłam sporo wiedzy, po czym przez całą ciążę funkcjonowałam tak, żeby wszystkim udowodnić, że jestem równie sprawcza, albo nawet bardziej, niż cała reszta męskiego i żeńskiego świata. Poród to było dla mnie kolejne zadanie do wykonania, no i w środku tego zadania… utknęłam. Przyblokowaliśmy w szpitalu „taśmę produkcyjną”, poród nie postępował, kolejne pary do porodów rodzinnych oczekiwały w kolejce, i trzeba było taśmę odblokować. Ciągle mnie ktoś badał, byłam wkładana i wyjmowana z wanny, bo się nie rozwierałam. Wreszcie mimo mojego sprzeciwu podano oksytocynę, która spowodowała zaburzenia tętna dziecka. Po pięciu minutach przybiegł lekarz z pytaniem, czy wyrażamy zgodę na cesarskie cięcie. Dziś bym się na to nie zgodziła, ale wtedy ani ja ani mój mąż nie potrafiliśmy powiedzieć „nie”.

Brak postępu porodu to jedna z częstszych przyczyn cesarskich cięć. Według Światowej Organizacji Zdrowia, zabieg ten jest w większości krajów, także u nas, nadużywany. Jego udział w ogólnej liczbie porodów nie powinien przekraczać 15 procent; w Polsce jest to dwukrotnie więcej. W ten sposób jedno z największych osiągnięć medycyny –  zabieg ratujący życie dziecka i matki – został sprowadzony do roli narzędzia ułatwiającego i przyspieszającego współczesny poród, a przez wiele kobiet traktowany jest wręcz jako synonim nowoczesności i wolności wyboru.
Większość lekarzy uważa, że cesarskie cięcie wyklucza możliwość porodu naturalnego przy kolejnej ciąży. Tymczasem kolejne dziecko, Mirę, Maria urodziła w domu.
– Miałam w sobie ogromne pragnienie, żeby moje dziecko zostało przywitane przez coś innego niż kompetentne, fachowe, ale jednak chłodne ręce i system. Chciałam, żeby urodził się człowiek, a nie pacjent.

2. Anna rodzi w łazience
Wielką bolączką współczesnego położnictwa są porody indukowane, czyli wywoływane w sposób sztuczny, np. przez podanie oksytocyny. Tymczasem każda interwencja wywołuje zaburzenie naturalnego przebiegu porodu i kaskadę kolejnych interwencji, które często kończą się właśnie cesarskim cięciem. Ponieważ szpital raczej nie kojarzy się z intymnością i bezpieczeństwem, u wielu kobiet akcja porodowa zatrzymuje się tuż po przekroczeniu szpitalnego progu.
– W szpitalach poród naturalny, czyli bez podawania oksytocyny i leków przeciwbólowych, bez nacinania krocza, jest zjawiskiem rzadkim – potwierdza Anna Przybylska, położna i właścicielka szkoły rodzenia Koala, matka trojga dzieci (drugie i trzecie urodzone w domu). Żeby zobaczyć jak wygląda poród naturalny, musiała pojechać aż do Niemiec. – Tuż po dyplomie pojechałam na praktykę do Drezna, do domu narodzin. I dopiero tam, mając za sobą dwa tysiące godzin praktyki w krakowskich porodówkach, po raz pierwszy zobaczyłam poród naturalny. Tam pierwszy raz mogłam obserwować poród w pozycji wertykalnej, czyli wykorzystującej grawitację. Zobaczyłam też, jak wówczas pracuje położna. Ona w ogóle, przez cały poród, nie dotykała kobiety, może raz „na dzień dobry” zbadała ją i tyle. Z obserwacji wiedziała, co się w środku dzieje. Siedziała i patrzyła. Jej zadaniem było ochronić krocze, czyli zwolnić tempo przechodzenia główki, gdyby szła za szybko. Wróciłam stamtąd tak zachwycona porodem, że… od razu zaszłam w ciążę. Dobrze, że akurat pod ręką był ktoś, z kim warto było dzieci wychowywać – śmieje się.

Anna pierwsze dziecko urodziła w szpitalu. Nie wspominałaby tego źle, gdyby od razu po porodzie nie zabrano jej synka Adasia tylko dlatego że zabrakowało mu trzech dni do ukończenia 38 tygodnia. Nie miało znaczenia, że jest zdrowy; zgodnie z normami był wcześniakiem, dlatego pierwsze godziny swojego życia spędził w inkubatorze. Kiedy więc na świat miało przyjść jej drugie dziecko, nie miała wątpliwości, że dla jego dobra musi urodzić w domu.
– Marta urodziła się w łazience – opowiada Anna. – W ogóle nie płakała, była cudowna, zdrowa, szybko otworzyła oczy, popatrzyła na mnie, wzięła oddech. Magia tego wydarzenia była niesamowita. To są rzeczy tak niepowtarzalne i tak ważne w życiu rodziny, że szkoda je wrzucać na szpitalną taśmę. Pierwsze chwile z dzieckiem były cudowne, położyłam się na worku sako i leżałam. Miałam poczucie, że zrobiłam coś niesamowitego – urodziłam dziecko!

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach