Saturday, July 11, 2026
Home / Kultura  / Książka  / Po włosku, czyli chaos, który albo kochasz, albo nienawidzisz. Dolcze wita!

Po włosku, czyli chaos, który albo kochasz, albo nienawidzisz. Dolcze wita!

Co kraj, to obyczaj

dolcze wita

Jeśli chcemy oszołomić gości – a zwykle chcemy – to idziemy na spacer wśród winnic / fot. Partnera

Włosi, którzy chcą kupić dom, najpierw pytają, jak daleko jest z niego do baru. Jeśli dowiadują się, że daleko, lub co gorsza, że baru nie ma, nie zadają już innych pytań. Bo przecież nie ma sensu żyć bez kawy za 1 euro i ukochanego cornetto! Leszek Talko, pisarz i znany felietonista, kilka lat temu rzucił wszystko i na toskańskiej prowincji kupił starą willę. Jak wyglądała przeprowadzka? Co robi, żeby we Włoszech czuć się po włosku? Czy wystarczy kupić dom, by przestać być dla lokalsów „straniero”?

 

Publikujemy dla Was fragment książki „Dolcze Wita”. Na jej stronach znajdziecie kręte drogi, sąsiadów prowadzących żarliwe dyskusje o szansach Fiorentiny w pucharach, aromatyczną kawę, a także włoskie absurdy, niekontrolowany chaos i stereotypy, czasem okazujące się być prawdą.

Przyjaciołom mówimy, że to zorza polarna, i wierzą. Ale to nasze niebo nad ogrodem / fot. Partnera

O tym, jak jednego poetę zgrillowali po włosku (fragment książki)

Gdyby miasteczko – Bagni di Lucca – było w Polsce, to w weekendy zaludniałyby je tłumy turystów, a knajpy pękałyby w szwach jak w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Ale to Włochy, Bagni di Lucca jest przepiękne, rozłożone nad rzeczką, ale przepięknych miasteczek jest mnóstwo, więc w barze Italia, do którego wpadamy, zawsze są wolne miejsca. Wokół mnóstwo jest starych willi, które w większości popadają w szlachetną ruinę. Wciąż ktoś w nich mieszka, wciąż pali się światło, ale najlepsze lata mają już za sobą. Tak mniej więcej sto pięćdziesiąt lat.
W Bagni di Lucca jest sklep, gdzie codziennie kupujemy puszkę dla psa i bagietkę dla nas, co tydzień odbywa się targ, gdzie kupujemy warzywa, a na domach jest mnóstwo dyskretnych tabliczek, przypominających o wielkiej historii, która się tu rozgrywała.

Wszystkie opowieści o tym, że cappuccino można zamawiać tylko do południa, okazały się kłamstwem. Miejscowi zamawiają i o czternastej. To też biorę, a co / fot. Partnera

Jest tu pierwsze kasyno w Europie, które powstało dwieście lat temu i już nie działa. Jest willa, w której mieszkał lord Byron, i kolejna, w której zatrzymał się Monteskiusz. Obok pomieszkiwała siostra Napoleona Bonaparte, a dalej Percy Shelley, nieco zapomniany poeta romantyczny, z żoną Mary Shelley – autorką wciąż niezapomnianego Frankensteina. Kolejna wersja właśnie weszła na Netflixa, a przecież Mary wymyśliła go, kiedy siedzieli wraz z lordem Byronem i wieczorami opowiadali sobie straszne opowieści.

– Wszyscy byli brytyjskimi influencerami – wyjaśniłem Brunowi.
– A z czego byli znani? – zainteresował się.
– Byron z urody i wierszy. No a jego kolega Shelley z tego, że nienawidził Kościoła oraz jedzenia mięsa. No i z tego, że utonął, a przyjaciele upiekli go na plaży.
– Ale dlaczego?
– Byli poetami romantycznymi i wydawało im się, że równie romantyczny będzie stos na plaży – wyjaśniłem. – Ale Shelley, zamiast elegancko spłonąć, zostawiając po sobie kupkę romantycznego pyłu, który można by rozsypać na wzburzonych morskich falach, zaczął się podpiekać, a wokół rozszedł się zapach powszechnie kojarzony z pieczeniem kiełbasek i karkówki.
– Czyli im nie wyszło, jak to zwykle we Włoszech. – Bruno pokiwał głową.
Przytaknąłem.
– Włoska robota. Choć wykonana przez rodowitych Anglików. Serce poety dostała oczywiście żona – Mary Shelley – na pamiątkę.
– I ucieszyła się z takiej grillowanej pamiątki? – dopytywał Bruno.
– Dzisiaj mało kto by się ucieszył, ale wtedy często wycinano serca. Zwłaszcza poetom. Choć ich stosunki tuż przed wypadkiem dalekie były od idealnych, Mary zachowała serce męża i wiele lat później – po jej śmierci – znaleziono je wśród jej rzeczy.
– I trzymała je po prostu w szafie? – Ta informacja zainteresowała Bruna najbardziej z całej opowieści.
– Nie mam pojęcia. Podejrzewam, że raczej w biurku.
– W woreczku?
– Hmmm – zastanowiłem się. – Stawiałbym na słoik albo szczelnie zamkniętą urnę. Nawet serce poety zaczyna po pewnym czasie brzydko pachnieć.

Nieudane spalenie romantycznego poety wydało mi się kwintesencją Włoch. Olbrzymi rozziew pomiędzy planami a rzeczywistością. Wszystko, co nas otaczało, wydawało się takim właśnie przedsięwzięciem: z założenia romantycznym, ale gdy przychodziło do realizacji – całkowicie mijającym się z planem. Mieliśmy do wyboru: pokochać chaos, który nas otaczał, i to, że nic nie idzie zgodnie z planem, albo znienawidzić ten kraj.

Wybraliśmy to pierwsze.
W Bagni di Lucca tabliczek mamy mnóstwo. Na parkingu zostawiamy samochód tuż przy drzewie, na którym wisi nieduża plakietka: „W tym miejscu znalazła swoją śmierć markiza Ricciarda Malaspina”. Czy ktoś słyszał o burzliwych dziejach Ricciardy, która oprócz tego, że była markizą, walczyła z mężem o rodowe dobra, potem walczyła ze swoim własnym synem, sprzymierzyła się z potężnym kardynałem Cibo, miała z nim romans i stawiała czoła cesarzowi? A wreszcie dokonała swego żywota właśnie tutaj, na parkingu w Bagni di Lucca? Rzecz jasna kilkaset lat temu nie był to zwykły parking, lecz plac, ale czy nie byłoby bardziej romantycznie, gdyby zginęła, szturmując pałac papieża, w pojedynku z synem albo stając na czele szarży na wojska cesarza?
W jej życiu również wszystko poszło na opak. A my, podobnie jak Ricciarda, musieliśmy nauczyć się żyć w rzeczywistości, która zdaje się działać inaczej. Lub nie działać w ogóle.

 

 

Źródło: materiał Partnera MK
TAGI
Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ