Monday, February 9, 2026
Home / Styl życia  / Podróże  / Po 20 latach zostałam z niczym. Nie wiedziałam kim jestem

Po 20 latach zostałam z niczym. Nie wiedziałam kim jestem

Terapeutka pytała, od czego tak uciekam? Czy to ma znaczenie?

Ucieczka w góry, fot. Piotr Wolak/Adobe Stock

Szła z Rytra do schroniska na Łabowskiej Hali. Opowiedziała mi o swojej dzikiej drodze. „To moja rocznica. Pięć lat temu byłam tu po raz pierwszy”.

 

Terapeutka pytała ją, przed czym tak ucieka. Ale czy to ma znaczenie dla naszej bohaterki? Ją zainspirowała książka „Dzika droga” Cheryl Strayed. A Was niech zainspiruje ta opowieść.

 

Po 20 latach zostałam z niczym

Pierwszy raz w góry poszłam, gdy skończyłam 44 lata. Rok wcześniej się rozwiodłam i zostałam, jak to się mówi, z niczym. On związał się z koleżanką z pracy, która wprowadziła się na moje miejsce do domu, który przez 20 lat budowaliśmy wspólnie. Tyle że dom został przepisany na niego przez rodziców przed naszym ślubem, nigdy więc formalnie nie był mój. A ja nigdy nie zadbałam o to, aby stał się naszym wspólnym majątkiem. Nie dokumentowałam też tego, co kupowałam do domu, bo przecież byliśmy małżeństwem – wspólne życie, wspólne wydatki, wszystko razem, wszystko wspólne.

A przecież czytałam dużo historii kobiet w podobnej do mojej sytuacji. Nawet raz ten niepokój przebił się na tyle mocno, że sformułował się w zdanie, że jakbyśmy się rozstali, to zostanę z niczym.

Zapytałam nawet mojego, wtedy jeszcze męża, wprost o to i czy nie byłoby wskazane, żeby wniósł dom, w którym mieszkamy, do wspólnego majątku. Bardzo go to oburzyło. Że aż tak bardzo mu nie ufam. I czy przypadkiem nie oznacza to, że go zdradzam i chcę go puścić kantem. Tymczasem to on mnie już wtedy zdradzał. Tyle że odkryłam to dużo później.

 

Zobacz też:

Podróż do Amazonii. 7 lekcji z dżungli

Moja dzika droga

Do pójścia w góry zainspirowała mnie „Dzika droga”, książka o Amerykance, która po rozpadzie małżeństwa i śmierci matki wpada w rozpacz i uzależnienie, i żeby z niego wyjść, żeby w ogóle poskładać swoje życie do kupy, postanawia ruszyć pieszo w bardzo długą, wymagającą górską trasę.

Ja najbardziej zapamiętałam z tej książki, że miała za ciężki plecak i za ciasne buty. Mimo to szła. Chyba kilka miesięcy.

Nie byłam na tyle szalona, żeby tak po prostu rzucić wszystko i zrobić to, co ona. Zaczęłam powolutku, żeby sprawdzić, jak to jest – od wyjazdów weekendowych, najpierw tu, gdzie miałam najbliżej, czyli w Beskid Sądecki.

Chodziłam z trudem, więcej chyba siedziałam i płakałam. Po paru miesiącach odczułam, jakby mi ubyło tonę ciężaru w sercu.

Zaczęłam też obserwować ludzi. Jakie buty mają. Że z kijkami chodzą. A zimą zakładają raczki lub raki. Podpytywałam ich o to i wzbogacałam swój górski arsenał.
Gdybyś mnie zapytała o ostatnie pięć lat, to owszem, był w nich czas na pracę, dzięki której mogę wynajmować mieszkanie i po prostu przeżyć. Był czas na spotkania z synem – rzadkie, bo gdy ja się rozwodziłam, on już studiował za granicą. Mogę powiedzieć, że straciłam dwóch najważniejszych mężczyzn w moim życiu mniej więcej w tym samym czasie.

Był też czas na chodzenie na terapię. Przestałam, gdy zmęczyły mnie pytania: „od czego pani ucieka w góry?”.

A to góry właśnie były moją największą terapią. Przez te pięć lat rozpoznawałam siebie, swoje potrzeby – w trasie, między drzewami, na połoninach, na szczytach, w schroniskach, a później też w namiocie rozbijanym na dziko.

 

Polecamy też:
/zobaczylam-narzeczonego-z-dzieckiem-nie-moim/

Nie wiedziałam, kim jestem

Powiedziałam, że zainspirowała mnie „Dzika droga”, ale z perspektywy czasu myślę, że poszłam w góry, bo nie wiedziałam, kim jestem, i chciałam to odkryć. Wcześniej znałam siebie głównie z roli żony i matki, praca zawodowa była tylko dodatkiem do tego. I jako ta żona i matka nie wiedziałam nawet, co lubię ja jako ja, bo skupiałam się na tym, co lubi moja rodzina. Kiedy jeździliśmy na wakacje, układałam je zawsze pod potrzeby syna, który kochał wodę. Męczyłam się nad tymi jeziorami, na tych plażach, w tym słońcu.

Wakacje nigdy nie były dla mnie odpoczynkiem, tylko zintensyfikowaną pracą, żeby dziecko miało z nich dobre wspomnienia.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że nie woda, a góry i las są moim żywiołem, są miejscem, w którym odzyskuję energię. Mąż był domatorem, więc weekendy to było sprzątanie, gotowanie, czasem jeszcze w tzw. dobrych czasach wspólne wyjście do kina, potem częściej Netflix. A potem on zaczął w weekendy pracować. To znaczy mówił mi, że te wyjazdy to praca, a ja mu do pewnego momentu wierzyłam.

No więc, kiedy zostałam sama, odkryłam, że nie mam pojęcia, co lubię. Co naprawdę jest moje, a nie wyuczone przez 20 lat bycia w związku.

W górach, w czasie tych weekendów, poznawałam własne tempo chodzenia, własny sposób patrzenia na świat. Sprawdzałam, czy wolę herbatę z termosu, czy herbatę w schronisku. Czy lepiej szybko dojść do celu, czy usiąść w połowie drogi i siedzieć tak przez kolejną godzinę, a potem nie iść już dalej, tylko zawrócić. Czy wolę wstać rano, czy wyspać się do południa.

Skasowałam konto na Instagramie

Z każdym rokiem chodziłam dalej i dłużej, i wyżej, i stało się to moim uzależnieniem. Ale jeśli takie uzależnienie może ocalić twoje życie, to chyba dobrze, prawda? Zawsze chodzę sama. Nie ma znaczenia, czy idę na Rysy, czy na Babią Górę. Czasem na chwilę w trasie do kogoś dołączę albo z kimś pogadam, tak jak z tobą dzisiaj, ale krótko.
Kilka lat temu założyłam konto na Instagramie, anonimowo, wrzucałam zdjęcia i jakieś przemyślenia z trasy. Miałam nawet kilka tysięcy osób, które mnie obserwowały.

Skasowałam je rok temu, gdy zauważyłam, że zaczynam dobierać miejsca, w które idę, nie pod kątem siebie – tego, gdzie mnie akurat w danym dniu zawoła – tylko z majaczącą w tle myślą, co tym razem fajnie byłoby pokazać na koncie.

Wstrząsnęła mną ta myśl tak bardzo, że skasowałam konto od razu i odinstalowałam IG.

Jak się położę, to umrę

Jak to wygląda? W każdy, ale to totalnie w każdy weekend wychodzę z mieszkania. Jeśli chcę góry na jeden dzień, to ruszam gdzieś maksymalnie do 2 godzin jazdy samochodem. Takie mam szczęście, że w tej odległości zawsze mam gdzie pójść. Jeśli mam cały weekend wolny, to jadę 3–4 godziny od domu, na przykład w Bieszczady albo Tatry, ostatnio częściej na Słowację niż w nasze polskie. Urlop, święta – zawsze gdzieś w górach.

A jeśli akurat nie wyjeżdżam, to idę na długi spacer, taki przynajmniej 10 kilometrów. Nie ma znaczenia, czy pada deszcz, czy śnieg.

Mam wrażenie, że jak nie wyjdę w sobotę rano z mieszkania, to położę się i umrę po prostu.

Więc pewnie tak, pewnie to jest jakiś rodzaj ucieczki, ale nie wiem, czy od życia, czy do życia. Czy to w ogóle ma znaczenie?

TAGI

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ