Thursday, June 13, 2024
Home / POLECAMY  / Paulina Błędowska: Zazdroszczę sobie swojego życia

Paulina Błędowska: Zazdroszczę sobie swojego życia

O sukcesie młodej kobiety

Paulina Błędowska w brązowej stylizacji pozująca przy krześle.

Czy Paulina Błędowska uważa się za kobietę sukcesu? / fot. Kevin Stajer

Paulina Błędowska – 22-letnia influencerka i youtuberka znana z kanału OMatkoiCórko, współwłaścicielka Bardzo Kobiecego Campu. Opowiada o blaskach i cieniach swojej pracy, hejcie i bullyingu, jaki ją spotkał oraz o rzeczach, których spełnienia nigdy się nie spodziewała. Jak odniosła sukces w wieku 14 lat, czy czuje się sławna i czy może nazwać się kobietą sukcesu?

Masz 14 lat, zakładasz z mamą kanał na YouTubie i szybko stajesz się jedną z najpopularniejszych youtuberek. Jak to się robi?

Paulina Błędowska: Myślę, że ludzie po prostu nas polubili. Ten wzrost popularności był bardzo szybki, nie spodziewałyśmy się go. My nie nagrywałyśmy tego, co było popularne, przykładowo współprac z youtuberami, które dają więcej wyświetleń. My działałyśmy same w naszym pokoju i nagrywałyśmy to, co uważałyśmy, że będzie dla nas fajną zabawą. Panowały wtedy trendy typu pizza challenge czy „Zniszcz ten dziennik” i to ta seria pomogła nam się wybić. Wiedziałyśmy, że kogoś na pewno zainteresuje to, co robimy, bo uważamy się za pozytywne, ze szczyptą szaleństwa, ale zakładałyśmy tysiąc, dwa tysiące wyświetleń – to były nasze górne granice. Sądzę, że widzów przyciągnęła do nas nasza prawdziwość.

Jak zaczęła się twoja przygoda z działalnością w internecie?

Pomysł powstał, gdy moja mama miała gorszy czas. Zamknął się pewien etap w jej życiu, przez to była smutna i miała więcej czasu wolnego. Zaczęła oglądać ze mną YouTube’a. Dla niej dziwne było, że jest coś takiego, jak youtuber. Ona myślała, że na YouTubie są tylko teledyski, piosenki i śmieszne filmiki. Zaczęła drążyć, jak to jest, że tam są osoby X, które nie działają pod żadną firmą i same z siebie dodają treści. Pytała mnie, czy chciałabym być youtuberką. Ja powiedziałam, że tak, ale trochę mi siara – takiego słownictwa jako nastolatka używałam – i tak od słowa do słowa zdecydowałyśmy, że warto spróbować. Nadal nie potrafimy dojść do tego, od której to wyszło. Myślę, że w trakcie rozmowy obie podjęłyśmy tę decyzję. Miałyśmy dużo czasu wolnego, który chciałyśmy spożytkować. Obie też pragnęłyśmy być aktorkami, grać w filmach – to była nasza wspólna pasja – i YouTube trochę nam to dawał. Czułyśmy spełnienie, że możemy to robić, że możemy tego dotknąć. Oczywiście nasze filmy nie są wyreżyserowane, ale tutaj chodzi o kamerę, montowanie i o to, że oglądają to ludzie. To było coś fajnego, chciałyśmy to robić, stwierdziłyśmy, że mamy potencjał i możemy się spodobać odbiorcom. Najważniejsze dla nas było pokazanie, że matka z córką potrafią mieć dobrą relację. Przez to śmiali się ze mnie w szkole. Jak mówiłam koleżance, że wybieram się z mamą na zakupy, to pytała mnie, czemu nie sama albo nie z koleżanką, tylko z mamą. A ja po prostu ją lubiłam. Uwielbiłam spędzać z nią czas i zawsze miałam w głowie to, że koleżanki są i może ich nie być z dnia na dzień, a mama zostanie ze mną do końca. Ona zawsze była zainteresowana moim życiem, zawsze była dla mnie.

 

Przeczytaj także:

Julia Rocka: „To wyszło spontanicznie, z pandemicznej nudy”

Oglądając treści na kanale OMatkoiCórko, można zobaczyć, jak wspaniałą relację masz ze swoją mamą. Często obie podkreślacie, że ważne jest wspólne spędzanie czasu. „Nieważne, gdzie; nieważne, jak; ważne, z kim” – tak pięknie kiedyś powiedziałaś. Mama jest dla ciebie najważniejszą osobą?

Ciężko jest mi powiedzieć, czy mama czy partner, z którym planuję całe życie. Tutaj nie ma żadnego podium – pierwsze, drugie, trzecie miejsce. Moją największą wartością jest pielęgnowanie relacji rodzinnych i to rodzina jest na pierwszym miejscu, do niej dołączę moją przyjaciółkę. Nie ma u mnie faworyzacji, że mama jest lepsza od taty czy mojego chłopaka albo chłopak jest lepszy od rodziców. To by było co najmniej toksyczne i bardzo nie fair, bo ktoś mógłby poczuć się urażony. Staram się dbać o relacje z każdym z nich.

Interesujesz się modą, bawisz się nią – co widać na twoim Instagramie – chociaż w jednym z filmów powiedziałaś „Ja jestem bardziej makijażowa niż ubraniowa”.

Trochę się pozmieniało. Makijaż zszedł na drugi plan, ubrania weszły na pierwszy, dlatego że w mojej rodzinie krawcową była babcia, a następnie ciocia. Moja mama wychowała się w tym krawiectwie, w tych ubraniach, tkaninach, materiałach, kolorach. Zaszczepiła to też we mnie. Wiedziałam, że moda będzie obecna w moim życiu, ale myślałam, że będę to troszeczkę bardziej przeplatać. Starałam się, żeby nie tylko stylizacja, ale też make-up był widoczny. Zawiodłam samą siebie, bo moje makijaże nie są aż tak profesjonalne. Miałam wrażenie, że stanęłam w miejscu, umiałam po prostu ładnie się pomalować. I potrafię to do teraz, ale nie ma w tym czegoś wow. Myślę sobie, że czasem jestem zbyt krytyczna. Widzowie chcieli, żebym nagrywała filmy makijażowe, a ja odpuściłam, bo czułam, że są lepsze osoby.

Może powrót do makijażu jest pomysłem na nową serię filmów?

Na pewno. Próbuję do tego wrócić, ale mam taki problem, że szybko się poddaję – zrobię jedną rzecz, widzę, że nie wychodzi mi to tak samo, jak innym osobom i odpuszczam. Walczę z tym i mam nadzieję, że kiedyś to przezwyciężę.

 

Paulina Błędowska pozująca do zdjęcia w brązowym makijażu.

Pasją, którą chce rozwijać Paulina jest makijaż / fot. Kevin Stajer

 

Lubisz pozować do zdjęć, na których prezentujesz swoje stylizacje. Potem te fotografie publikujesz na Instagramie. Nie masz wrażenia, że wiele osób postrzega pracę influencera jedynie jako wrzucanie fotek do social mediów i nagrywanie śmiesznych filmików?

Mam i mimo że próbuję to zmienić, niektórzy zostali w ten sposób wychowani i będą tak dalej uważać. To nie jest mój problem. Staram się z tym walczyć, ale często to jest walka z wiatrakami. Zdarza się, że ktoś pisze mi hejterskie wiadomości w stylu „Ty idiotko, świecisz dupą w internecie. Myślisz, że jak się uśmiechniesz, to dostaniesz pieniądze?”. Jak to czytam, czasem chwytam się za głowę i myślę „Ktoś serio tak uważa?”. Mamy takie czasy, w których chyba każdy pogodził się z tym, jak wygląda praca influencera. To nie są nasze początki, kiedy jesteśmy jednymi z pierwszych youtuberek w Polsce. Wtedy to mogło być dziwne i szokujące, że matka z córką robią z siebie głupki przed kamerą – bo tak niektórzy uważali – i mają za to pieniądze. Te czasy już minęły. Przeszliśmy z tym do porządku dziennego i naprawdę jest dla mnie czymś dziwnym, że ktoś tak dalej sądzi.

 

Sprawdź:

Joanna Ceplin: Jak wyglądasz online?

 

Czujesz się sławna?

Oj, już nie. Ja wiem, że nadal jestem popularna, ale kiedyś, jak byłyśmy jednymi z pierwszych youtuberek, to była prawdziwa sława, celebryctwo. Teraz już jest tyle osób, które działają w internecie, że ciężko jest być unikatowym i wyjątkowym, i nigdy to nie będą takie liczby wyświetleń, żeby ktoś nie miał większych. Jednak dalej zdarza się, że idę przez miasto i ludzie wołają „Hej, zrobimy sobie zdjęcie?”.

Życie w social mediach, w ogóle w show biznesie jest takie, że raz jesteś na wozie, raz pod wozem. Sława nie jest dla mnie najważniejsza. Dotknęłam tego w życiu, wiem, jak to jest.

Kobieta sukcesu – co dla ciebie znaczy to określenie i czy możesz tak siebie nazwać?

Kobieta sukcesu to kobieta, która jest dumna z siebie, z tego, co osiągnęła – nieważne, na jakiej płaszczyźnie i w jakim stopniu.

Kobietą sukcesu można być, mając piątkę dzieci i ledwo wiążąc finansowo koniec z końcem, ale można czuć się spełnioną, bo osiągnęło się dla siebie najważniejszą wartość – posiadanie dużej rodziny. To tak, jak w grze komputerowej Simsy – ustalamy sobie cele i gdy je osiągamy, możemy nazwać siebie ludźmi sukcesu.

Nieważne, czy dla kogoś ten sukces byłby tak samo zaskakujący i ważny, jak dla nas samych.

Myślę, że jestem kobietą pół sukcesu. Jeszcze wiele przede mną. Dużo osób mówi, że jestem skazana na dobrobyt życiowy, sławę, popularność. Czas pokaże, ale oprócz kariery mam też ważniejsze wartości w życiu, jak na przykład założenie rodziny. Chciałabym być na tyle niezależna finansowo, żeby ją utrzymać i jeszcze mieć na wakacje, życie na poziomie, żeby sobie nie odmawiać różnych przyjemności. Wtedy będę mogła powiedzieć, że jestem kobietą sukcesu. Teraz pracuję na mój przyszłościowy sukces, ale też nie mogę powiedzieć, że sukcesu nigdy nie osiągnęłam, bo to, że zaczęłyśmy działać w internecie przyniosło bardzo dużo pozytywnych skutków – nie tylko finansowych, ale też przeżycia nie do zastąpienia. Tak, jak jest taka „pani z telewizji”, to ja byłam tą samą „panią z internetu”, którą byli zafascynowani ludzie i to było coś pięknego, że widząc mnie po prostu płakali na mój widok. To też część mojego sukcesu.

Masz dopiero 22 lata, a na koncie wiele sukcesów. Podczas festiwalu See Bloggers w Łodzi zostałaś okrzyknięta YouTuberką roku 2022, napisałaś książkę „O matko i córko! Duet mamy i córki, z którym nie można się nudzić”, twój edytorial modowy ukazał się w magazynie. Masz też własną firmę – Bardzo Kobiecy Camp. Ponadto przewijają się współprace reklamowe i PR-owe, uczestniczenie w eventach i premierach filmowych. Co uważasz za swój największy sukces?

Myślę, że największy sukces w ogóle nie odgrywa się na płaszczyźnie finansowo-wizerunkowej. Największym sukcesem jest to, że w szczycie sławy pozostałam zupełnie normalna.

I do teraz uważam siebie za swojską dziewczynę, domowniczkę, dla której ważne są rodzina i spotkania ze znajomymi, a nie to, żeby iść na kolejną ściankę. To jest fajne, ale nie najważniejsze. Bez tego mogłabym żyć, byłoby to dla mnie bardzo trudne, bo to jest moja praca, którą kocham, ale mimo wszystko rodzina jest na pierwszym miejscu.
Pamiętam, jak w gimnazjum – czyli w okresie największej popularności – współorganizowałam ze szkołą imprezę charytatywną. Gdy ja robiłam sobie zdjęcia z widzami, dawałam autografy i byłam między nimi, nauczyciele podchodzili do mojej mamy i mówili „Nie zdawałem/am sobie sprawy z tego, że pani córka jest taka sławna. Mimo to jest najnormalniejszą dziewczyną w tej szkole. Nie gwiazdorzy, jest uprzejma, zawsze pomaga”. Mama od każdego nauczyciela wracała do mnie ze łzami w oczach i mówiła „Boże, Paula, kocham cię”, i szła do kolejnego usłyszeć to samo. To są duże komplementy, które zapamiętałam i staram się, żeby przyświecały mi na każdym etapie mojego życia.
Cieszę się, że zostałam tą prostą dziewczyną, nie zrobiłam się opryskliwa, wredna, że zachowałam wartości i normalność.

 

Zobacz również:

Mimo zaniku mięśni została modelką i urodziła dziecko. Uczy, że różnorodność jest darem

 

A gdybyś miała wybierać między karierą a rodziną?

To jest taki nierealny scenariusz. Myślę, że chyba nic takiego nie mogłoby się stać, żebym musiała dokonać takiego wyboru. Gdybym jednak była zmuszona, wydaje mi się, że wybrałabym rodzinę.

Jaki jest twój największy sukces zawodowy?

Chyba książka. To było takie zwieńczanie wszystkiego. Na każde spotkanie autorskie przyszło tyle ludzi, że po dwie, trzy godziny dawałyśmy z mamą autografy. To było niebywałe. Cieszę się bardzo, że mogłam w życiu czegoś takiego doświadczyć i mam nadzieję, że to nie jest koniec tych przygód i będzie działo się jeszcze wiele ciekawych rzeczy.

A największa porażka?

Porażką jest to, że szybko się poddaję i jestem dla siebie zbyt krytyczna. Takie małe niepowodzenia dotykają mnie codziennie, bo na przykład stwierdzę, że nie podoba mi się mój outfit i nie robię zdjęć na Instagram, a potem patrzę na tę samą stylizację i mówię „O, przecież to było fajne, muszę zrobić te zdjęcia”. Nie mam w sobie takiego czegoś, co mówi mi „Po prostu to zrób”.

 

Paulina Błędowska w niebiesko-białej stylizacji.

„Wiedziałam, że moda będzie obecna w moim życiu…” / fot. Kevin Stajer

 

Oprócz kanału OMatkoiCórko założyłaś też własny. Chciałaś się usamodzielnić?

Kończyłam wtedy gimnazjum i dalej byłyśmy bardzo sławne. Gdziekolwiek nie poszłam, ludzie pytali mnie „A gdzie masz mamę?”. Pamiętam, że pojechałam na kolonię dla młodzieży jako, powiedzmy, atrakcja. Zasiadałam w jury na obozowym konkursie „Mam talent”. Kiedy przechodziłam po wybiegu i przedstawiałam się, to były takie głosy „OMatkoiCórko bez mamy? A mamusia została w domu?”. Ja kocham swoją mamę, ale mam też życie poza nią. Nic nie było dla mnie większym ciosem niż to. Mogli powiedzieć, że jestem głupia czy cokolwiek innego, mogli wymyślić na mnie takie epitety, że głowa mała, a mnie najbardziej bolało to, że ludzie uważają mnie za takiego mamicycka.

Zaszufladkowali cię?

Tak. Teraz mnie to nie rusza, bo mam dwadzieścia kilka lat, ale wtedy, dla nastolatki, którą wiązali tylko z mamą, to było strasznie wkurzające. Stwierdziłam, że muszę ludziom pokazać, że mam swoje życie i ono nie jest tylko związane z moją mamą. Chciałam udowodnić, że potrafię zrobić też coś bez niej.

Były momenty, w których spływały na ciebie ogromne ilości hejtu. Kiedy miałaś grzywkę i nosiłaś aparat ortodontyczny, kiedy przyznałaś się publicznie, że prawdopodobnie nie zdasz matury z matematyki. Pojawiały się też obraźliwe komentarze. W jednym z wywiadów powiedziałaś „Dopóki ktoś tego nie doświadczy, nie wie, jak to naprawdę może boleć. I to ma ogromny wpływ na życie”. Jak hejt wpłynął na twoje życie?

Hejt dowalał mi problemów, złego samopoczucia. Nie miałam zaufania do ludzi, nie chciało mi się wychodzić z domu. Byłam zawiedziona i zdołowana, zastanawiałam się, czemu akurat mnie to spotkało. To jest standardowe pytanie, które zadaje sobie każdy, jak coś trudnego się dzieje. Wielu czynności nie chciało mi się wykonywać. Nie mówię o myciu się, wstawaniu z łóżka i tak dalej, bo nie miałam stanów depresyjnych. Czułam smutek i żal, w związku z czym nie miałam ochoty robić czegoś rozweselającego, jak granie w Simsy czy oglądanie filmów. Nie chciało mi się uczyć i nagrywać, nie miałam motywacji. To było takie wielkie niechcenie.

Niejednokrotnie wspominałaś, że szkoła była dla ciebie trudnym czasem, bo rówieśnicy cię nie lubili, dokuczali ci. Zazdrościli ci?

Gdy nagrywałam i byłam sławna, to zdecydowanie była to zazdrość, bo byłam w telewizji, zarabiałam swoje pieniądze, byłam niezależna finansowo od rodziców. To denerwowało ludzi.

Mam takie życie, którego sama sobie zazdroszczę.

Moja praca nie jest etatem, więc ja się nie dziwię moim koleżankom, które przykładowo były kelnerkami w restauracji, gdzie jest bardzo ciężko. Rozumiem tę zazdrość i to, że mnie nie lubiły, wyliczały mi, ile mam par butów i zapisywały w notatniku. Czuły wielką niesprawiedliwość, że akurat ja, a nie one.

Patrząc z drugiej strony, każdy jest kowalem swojego losu.

Prawda, ale rozumiem, z czego to wynikało. Niełatwo jest mieć sławną koleżankę. Jednak doświadczyłam takich rzeczy też wcześniej, nie będąc popularną osobą. Całą podstawówkę byłam bullyingowana. Byłam jedną z najbardziej nielubianych osób w klasie. Dlaczego? Myślę, że dlatego że zawsze byłam aż za miła dla ludzi. Zależało mi na akceptacji ze strony rówieśników, na tym, żeby byli obecni w moim życiu. To jeszcze bardziej ich nakręcało. Oprócz tego nauczyciele zawsze mnie lubili. Nie byłam takim lizodupą klasowym, że mówiłam coś w stylu „Dzień dobry, ma pani ładną fryzurę”, ale byłam zaangażowana w życie szkolne. Nauczyciele wiedzieli, że mogą na mnie polegać. Byłam bardzo aktywną uczennicą, do tego zawsze uśmiechniętą, mega pozytywną, taką, która każdemu pomogła, nawet jak ktoś mnie nie lubił.
W podstawówce działy się takie rzeczy, że dziewczyny z klasy nie puszczały mnie do domu, ustawiały się w kółeczko, i mówiły „Jesteś zołzą, jesteś wredna, nie lubię cię, jesteś fałszywa”. Pamiętam, jak raz w końcu mnie wypuściły i gdy już odchodziłam, jedna z nich krzyknęła „I teraz pewnie się rozpłacze”. I wierz mi, że nigdy nie trzymałam tak łez, jak wtedy. Dopiero rozpłakałam się przed drzwiami mieszkania.

Jak sobie z tym radziłaś?

Miałam od tego odskocznię w domu – spędzałam czas z rodzicami, odpoczywałam. Nie chciałam wracać do szkoły, stresowałam się, cierpiałam na bezsenność. Wtedy jeszcze nie było edukacji w tym temacie, że jak coś takiego się dzieje, to można iść do psychologa. Rodzice byli dla mnie największym wsparciem i stworzyli mi bezpieczny dom. To też musiało być ciężkie dla nich. Dużo ze mną rozmawiali i podejrzewam, że dlatego nasze relacje były cały czas takie mocne.
Jak miałam 16 lat, zaczęłam być w związku z Kevinem. Hejt przestał mieć takie duże znaczenie, gdy miałam bliską osobę obok siebie, nie licząc rodziców. Kevin znał dziewczyny z mojej klasy w technikum i doskonale mnie rozumiał. To była innego rodzaju pomoc psychiczna z jego strony.
Ile ludzi, tyle pomysłów, każdy udziela innej pomocy. Od moich rodziców słyszałam przez lata jedno słowo wsparcia, jakieś konkretne zdanie, które mi powtarzali za każdym razem. Kevin wniósł dodatkowo coś innego.

 

Przeczytaj:

Zuza Jabłońska: Hejt mnie nie rusza!

 

Powiedziałaś kiedyś „Przecierpiałam swoje, ale nie żałuję tego, bo naprawdę w moim życiu dzieje się tyle pięknych i cudownych rzeczy”. Co to za rzeczy?

Te piękne rzeczy dzieją się na co dzień. To, że ludzie cieszą się i płaczą na mój widok, możliwość wydania swojej książki, współprace. W ramach jednej z nich poleciałam kiedyś do Laponii zobaczyć świętego mikołaja. Super były też kolonie, w których uczestniczyłam. To także komentarze, komplementy, miłe słówka czy inne traktowanie ze strony ekspedientki w sklepie. Dużo pomocnych ludzi. Kiedyś brakło mi 20 groszy do autobusu i dostałam je od dziewczyn na przystanku, które, jak się okazało, znały mnie. Oprócz tego możliwości, które daje mi praca w internecie, jak czerwony dywan, obecność na jakimś planie filmowym, sesja zdjęciowa.

To jest coś, o czym wcześniej marzyłam. Nie wiedziałam, że to będzie tak osiągalne.

Co najbardziej lubisz w swojej pracy?

Wszystko – kontakt z widzami, czerwony dywan, eventy. To, że mogę dostać jakieś kosmetyki, że przychodzą do mnie paczki PR. To, że możemy z mamą lub nawet całą rodziną jechać na weekend do spa albo ktoś chce nas ugościć w jakimś hotelu. To, że mogłyśmy wydać książkę i to, że przede mną multum możliwości, o których jeszcze nie mam pojęcia, a wiem, że się wydarzą i mnie zaskoczą.

Jakie oprócz hejtu są trudności w twoim zawodzie?

Bycie na bieżąco i na każdej aplikacji. To tak szybko się rozwija, że nie zdziwię się, jak zaraz będzie kolejna aplikacja. Teraz są długie treści na YouTubie i krótkie na YouTube Shorts; jest Instagram, na którym są zdjęcia i Instagram Reels, gdzie są filmiki; jest TikTok; jakbym chciała być modna, to miałabym jeszcze Twittera i robiłabym live’y na Twitchu, ale fizycznie nie ma na to wszystko czasu. Kiedyś w tym zawodzie można było poradzić sobie samemu. Obecnie jest potrzebna pomoc chociażby asystenta, który dodaje filmiki na kanał. Influencer może montować je do nocy, ale trzeba je jeszcze wstawić, zrobić opisy, udostępnić w social mediach. Samo wymyślanie filmów jest bardzo ciężkie. Jeżeli chodzi o nagrywanie, to teraz już są inne wymagania niż były kiedyś, gdy zaczynałyśmy w żółtym pokoju, oświetlone lampą budowlaną. Dzisiaj ludzie oczekują jakości, więc trzeba nagrywać dobrym sprzętem, w ładnej aranżacji. Jest dużo roboty, kiedyś było jej na pewno mniej.

Jak godzisz pracę ze studiami?

Studia mam zaoczne, więc nie ma dramatu. Jeżdżę na nie co dwa tygodnie, dlatego nie muszę rezygnować na ich rzecz ze swojej pracy i zainteresowań. Robię zupełnie najpotrzebniejsze zadania na zajęcia, nie mam, tak jak moje koleżanki na studiach dziennych, tak zwanych wejściówek. Mam je tylko na jednym przedmiocie i dotyczą wiadomości z Polski i świata, także to nie jest trudne.

Gdy byłaś dzieckiem, chodziłaś na zajęcia teatralne i chciałaś zostać aktorką. Teraz studiujesz dziennikarstwo i nowe media. Skąd taka zmiana?

Dalej chciałabym być aktorką, ale musiałabym przeprowadzić się do Warszawy, poświęcić dużo ze swojego obecnego życia i postawić wszystko na jedną kartę, czyli aktorstwo. To jest niemożliwe, bo nie chcę kończyć działalności w internecie na rzecz czegoś niepewnego. Gdybym mieszkała w stolicy, miała zajęcia od ósmej do dwudziestej, to byłoby mi szkoda, że nie jestem w domu, nie nagrywam filmiku czy nie dodaję stories. Nie chciałam z tego rezygnować.
Wybrałam dziennikarstwo, dlatego że uważam, że zrobi ze mnie człowieka bardziej elokwentnego, ukierunkuje mnie, rozwinie nowe zainteresowania. Robię te studia nie dlatego żeby mieć papierek, tylko żeby czegoś nowego doświadczyć. Uważam, że ten kierunek pomoże mi na wielu płaszczyznach. Mam zajęcia z redaktorką, na których uczę się pisać teksty i sądzę, że ułatwi mi to tworzenie ładniejszych opisów filmów albo przy pisaniu drugiej książki, jeżeli w przyszłości chciałybyśmy z mamą to zrobić. Studia dziennikarskie, moim zdaniem, są trochę tym, co robię na co dzień, więc nie sprawiają mi trudności. Dla mnie to jest po prostu przyjemne, lubię posłuchać wykładowców, często wiem, o czym mówią, udzielam się na zajęciach.

 

Może cię zainteresować:

Jak odkryć swój TALENT i zmienić go w MOCNĄ STRONĘ?

 

Czym jeszcze się pasjonujesz?

Bardzo lubię być amatorską modelką i cieszę się, że Instagram pozwala mi się w ten sposób spełniać. Denerwuje mnie, że ludzie to spłycają, bo to nie jest takie proste. Kiedyś usłyszałam ogromny komplement od fotografki, z którą współpracowałam. W trakcie sesji powiedziała mi, że bardzo dobrze ruszam się przed obiektywem i pozuję lepiej niż niejedna modelka zawodowa. Ja szeroko otworzyłam usta i miałam łezki w oczach. Ona tak mnie motywowała, mówiła, że świetnie mi idzie, że jest pod wrażeniem. Dlaczego to, że pozuję do zdjęć nie może być moją pasją? Drażni mnie, jak ludzie sprowadzają to jedynie do idiotycznego uśmiechania się albo wypinania dupy przed aparatem.

 

Paulina Błędowska stojąca na huśtawce.

Fotomodeling to kolejne zamiłowanie Pauliny. „Drażni mnie, jak ludzie sprowadzają to jedynie do idiotycznego uśmiechania się albo wypinania dupy przed aparatem” / fot. Kevin Stajer

 

Aktorstwo jest trochę niespełnionym marzeniem. Jakie masz inne marzenia?

Moim najważniejszym marzeniem jest założenie rodziny. Chciałabym, żeby mój facet był szczęśliwy, zadowolony ze swojej pracy, żeby mógł na mnie polegać, żebym ja z jego perspektywy była dla niego dobrą partnerką, żeby moi rodzice długo, szczęśliwie i zdrowo żyli.

Zmieniłabyś coś w swoim życiu?

Chciałabym, żeby dalej było tak, jak jest i wtedy będzie super. Mam nadzieję, że moje życie nie zmieni się na gorsze, że nie wrócę do punktu wyjścia i nie będę musiała na to wszystko pracować od nowa.

Możesz podać przepis na sukces?

Sukces osiągną osoby wytrwałe, które dążą do wyznaczonego celu, są ambitne, systematyczne, pracowite.

Myślę, że to są najważniejsze czynniki, które – niezależnie, w jakiej branży – na pewno przyniosą dobre efekty. Może nie od razu górę pieniędzy i ogrom sławy. Do wszystkiego trzeb dążyć, być zawziętym, nie można słuchać się krytyki innych.

 

Natalia Mazur

 

Zainspiruj się:

Sylwia Kocoń: Przestań szukać szczęścia, bądź szczęśliwa

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ