Sunday, April 11, 2021
Home / Felietony  / Samolot, kobieta i… Osuchowski!

Samolot, kobieta i… Osuchowski!

Bo lubię latać samolotem! Gdzie bądź i kiedy bądź! Właściwie to lubiłem… Gdy mam okazję, po prostu kupuję bilet i lecę. Ale ona musi kupić wcześniej, bo wierzy, że tak jest taniej. Mit!

Właściwie to ona wbija swoje szpony w moją dłoń. I muszę jej od nowa tłumaczyć, jak to możliwe, że maszyna cięższa od powietrza unosi się nad ziemię

Właściwie to ona wbija swoje szpony w moją dłoń. I muszę jej od nowa tłumaczyć, jak to możliwe, że maszyna cięższa od powietrza unosi się nad ziemię

Dlaczego nie chcę być kobietą? Bo lubię latać samolotem! Gdzie bądź i kiedy bądź! Właściwie to lubiłem…

Gdy mam okazję, po prostu kupuję bilet i lecę. Ale ona musi kupić wcześniej, bo wierzy, że tak jest taniej. Mit! No, ale przynajmniej może przez miesiąc opowiadać wszystkim: lecimy, lecimy, w przyszłym miesiącu z mężem lecimy… Latam najtańszą taryfą, z najbliższego lotniska, z najmniejszą liczbą przesiadek. Ona zawsze wymyśli przesiadkę tam, gdzie na lotnisku są lepsze (czytaj: droższe) sklepy. A że tracimy w ten sposób pięć godzin (o pieniądzach nie wspomnę), to betka. Albo chce lecieć bez przesiadek, a tak jest rzeczywiście drożej…

Właściwie to ona wbija swoje szpony w moją dłoń. I muszę jej od nowa tłumaczyć, jak to możliwe, że maszyna cięższa od powietrza unosi się nad ziemię

Właściwie to ona wbija swoje szpony w moją dłoń. I muszę jej od nowa tłumaczyć, jak to możliwe, że maszyna cięższa od powietrza unosi się nad ziemię

Bagażu wiele nie potrzebuję. Coś tam do czytania… A ona wiezie: suszarkę do włosów wielkości kałasznikowa, zestaw lokówek objętości telewizora, utensylia do butów, jakby była szewcem, i żelazko! Moja walizka waży ok. 10 kilo i zwykle udaje mi się wnieść ją na pokład jako bagaż podręczny. Jej waży ponad 23 kilo i są kłopoty z odprawą. Zwykle trzeba płacić za nadbagaż, a w dodatku zbyt ciężka walizka albo ginie i po paru dniach odnajduje się w Afryce (w tym czasie i z tego powodu ona robi zakupy!), albo jest niszczona przez wkurzonych bagażowych. No i to ja muszę tę walizkę na lotnisko wtarabanić… Na pokład można wnieść w sumie litr płynów. Biorę butelkę litrową albo półlitrowe dwie. Ona w tym litrze nie umie się zmieścić ze wszystkimi kosmetykami, więc jeszcze pozbawia mnie mojego limitu! I jestem potem… spragniony. Na lotnisku trzeba być podobno dwie godziny przed startem. Więc jadę godzinę przed odlotem i jakoś sobie radzę, albo używam resztek uroku osobistego. Ona musi być tam trzy godziny przed. Na wszelki wypadek. Słyszał ktoś kiedyś, żeby samolot odleciał przed czasem? W strefie wolnocłowej lubiłem sobie pomeandrować wśród alkoholi świata. Nie! Muszę sterczeć z nią na stoisku z kosmetykami i 50 razy (jak w teleturnieju) wykonać rozkaz: a ten, powąchaj! Ja potem tracę węch na trzy dni! Zresztą nie lubię, jak ktoś traktuje mnie jak psa… wąchaj, wąchaj, no, wąchaj!

W bramce antyterrorystycznej zawsze jej coś dzwoni! Może plomby? Gdy samolot startuje, zamiast poddać się delikatnemu przeciążeniu, muszę trzymać ją za rękę. Właściwie to ona wbija swoje szpony w moją dłoń. I muszę jej od nowa tłumaczyć, jak to możliwe, że maszyna cięższa od powietrza unosi się nad ziemię. Gdy podchodzi taka… całkiem zgrabna stewardesa, nie zdążę się nawet uśmiechnąć, gdy żona już tokuje na całą kabinę: Oj, kochanie, znów będziesz miał kłopot ze sztuczna szczęką… może lepiej nic nie pij? No to upokorzony sączę wodę mineralną. Oczywiście w ciasnym luku bagażowym zawsze jej pogniotą albo kapelusz, albo futerko (latem!), albo lajkonika, którego taszczy w prezencie. A potem muszę krzyczeć: ratunku, Niemcy mnie biją! Siedzieć musi przy oknie. Gdy już się dopnę pasami i rozłożę stoliczek, ona oczywiście wstaje do toalety, w lusterko popatrzeć… Ale gdy ja chcę się przejść, pada komenda: siedź, słonko, tak się czuję nieswojo… Po wylądowaniu wstaje pierwsza! Z grzeczności też stoję i czekam, aż się zlitują i samolot otworzą. A ona już dzwoni do mamusi, że szczęśliwie wylądowaliśmy… Tak, szczęśliwie.

Więc latam coraz rzadziej. Coraz niżej. I coraz wolniej.

 

Przemysław Osuchowski

 

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • Avatar
    Ananda 2 października, 2012

    Czytam od lat z ogromna przyjemnoscia Pana felietony lecz ostatnio najwyrazniej odczuwam, ze to Pana babsko z Mezczyzny (przez duze M prosze zauwazyc) zrobilo z Pana pantoflarza i Dulskiego. Zabieraj sie Pan Panie Osuchowski czem predzej!!!!! i … poszukaj prawdziwej kobiety, ktora polubi Cie jakim jestes i polubi wszystko to co robisz. Chyba, ze ma Pan inne powody ulegac takiemu glupiutkiemu stworzonku, a cala swa niechec i zlosc mozesz pan wylewac jedynie w felietonach, ktorych zapewne zona nie czyta, gdyz z tych Pana opowiesci wynika, ze gazeta to ostatnia rzecz, ktora by zakupila. No chyba, ze kolorowe tabloidy, kto z kim, co wlozyl, gdzie bywal… Oj, Panie Osuchowski, co sie z Panem porobilo?

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach