Saturday, July 11, 2026
Home / POLECAMY  / Nie przyszło mi do głowy, że mój ukochany potrzebuje pomocy

Nie przyszło mi do głowy, że mój ukochany potrzebuje pomocy

Czasem bycie z kimś to nie sielanka

schizofrenia

Ilustracja: AI by AP

Gdy Romek zniknął, myślałam, że znalazł sobie inną. Zamiast zainteresować się, czy coś mu się nie stało, pozwoliłam sobie wierzyć, że mnie zostawił i po prostu się wściekać. Trzy miesiące później zrozumiałam swój błąd. Gdyby wtedy umarł, to pewnie nawet bym się nie dowiedziała. Nie rozumiem, jak mogłam go nie szukać

To nie był pierwszy raz

Byliśmy razem cztery lata, więc znałam jego dziwactwa na pamięć. Siedzieliśmy w kuchni i jedliśmy kolację, kiedy Romek nagle odłożył sztućce i spojrzał w stronę okna. „Oni tam stoją od godziny” – powiedział tak, jak to czasem miał w zwyczaju. Na ulicy nie było nikogo, ale to też nie była dla mnie żadna nowość. Czasem uparcie wskazywał na latarnię mówiąc, że ktoś go obserwuje i że „wiedzą, gdzie mieszka”. Zwykle umiałam go uspokoić. Namawiałam go, żebyśmy zasłonili rolety, albo podchodziliśmy do owej latarni i oglądaliśmy ją z każdej strony. To pomagało.

Tego wieczoru jednak Romek wstał od stołu, włożył kurtkę i wyszedł, nie mówiąc dokąd. Powiedziałam sobie, że wróci, jak zawsze – tak jak wracał po każdym podobnym epizodzie w ciągu tych czterech lat.

Cienie przeszłości

Pierwszy taki epizod pamiętam z naszego drugiego roku razem. Wrócił z pracy przekonany, że ktoś w autobusie czytał mu w myślach. Nie spał trzy noce z rzędu. Zdarzało się, że maniakalnie sprawdzał zamki w drzwiach albo zaklejał taśmą kamerkę w laptopie. Zrzucałam to na nasze stare nawyki, bo gdy się poznaliśmy, oboje tkwiliśmy po uszy w używkach. Dopiero po dwóch latach, czyli właśnie w tym czasie, udało nam się wspólnie wrócić na prostą. Nie chodziliśmy już na imprezy, a narkotyki praktycznie całkiem zniknęły z naszego życia. Praktycznie, bo zdarzało się, że Romek ulegał swoim demonom i szedł w melanż.

Potrafił zniknąć wtedy na dzień lub dwa, a potem wracał ze swoją manią prześladowczą. Od znajomych słyszałam, że to klasyk. Przyjaciółka powiedziała mi kiedyś, że to nawet dobrze, że tak ma, gdy imprezuje, bo dzięki temu ja mogę z łatwością stwierdzić, że był naćpany, a on nie da rady się tego wyprzeć. Lepiej tak, niż gdyby to przede mną ukrywał.

Zgadzałam się z tym, zresztą takie sytuacje zdarzały się zaledwie kilka razy w roku. Tak więc w te rzadkie dni, gdy Romek miał manię prześladowczą, ja chodziłam trochę wkurzona, ale szybko mi przechodziło. Poza tymi odpałami Romek był przesłodki. Może nie z wyglądu, bo jego aparycja często wzbudzała strach. Wielkie wytatuowane bicepsy i irokez na głowie upodabniały go raczej do wandala niż ułożonego obywatela. Za tym obliczem czaił się jednak ciepły, troskliwy człowiek. Tak więc byłam przy nim cztery lata, traktując maniakalne epizody jak nawracającą złą pogodę – czyli coś, co trzeba po prostu przeczekać.

Czytaj też:
Z życia wzięte: toksyczna teściowa

Romek był przesłodki… do czasu

Po tamtym wieczorze z latarnią minęły cztery dni, a on nadal nie wracał. Pierwsza moja myśl była taka, że wrócił na imprezę. Skoro miał atak manii, to na pewno znowu ćpał, a teraz po prostu wrócił do kolegów, albo było mu głupio, że znowu odwalił, więc poleciał jeszcze bardziej i stracił poczucie czasu. Byłam wściekła. Obdzwoniłam wszystkich jego znajomych, ale nikt go nie widział. Zadzwoniłam do jego matki, z którą nigdy nie miałam dobrego kontaktu, ale ta również nic nie wiedziała.

Tydzień później doszłam do wniosku, że znalazł sobie inną i po prostu mnie zostawił. Znalazłam na to pokrętne dowody, a moja głowa bez problemu dopowiedziała sobie resztę historii. Wściekanie się było proste. Miałam dosyć zajmowania się jego specyficznym stylem bycia. Skoro tak zdecydował, to niech inna święta się nim zaopiekuje.

To też ciekawe:
Urodziłam mu dziecko, żeby go zatrzymać. Odszedł, gdy miało roczek

To na pewno on

Minęły trzy miesiące, a ja dalej byłam wściekła. Życie jednak toczyło się dalej. Właśnie zaczęłam powoli godzić się z rozstaniem, kiedy moja znajoma Ola wpadła do mnie na kawę i zaczęła opowiadać anegdotę, którą usłyszała od kolegi z pracy. Powiedział jej, że do jego gabinetu zgłosił się dziwny facet. Wyglądał na nieprzyjemnego typa – miał rozbiegane spojrzenie, dziwną fryzurę i bicki, jakby walczył w MMA.

 

Tam były dwa gabinety – jej znajomy jest terapeutą uzależnień, ale naprzeciwko był internista i to do internisty był umówiony ów gość. Pomylił drzwi. Zainteresowałam się tym opisem, bo pasował jak ulał do mojego Romka. Wkrótce okazało się, że to faktycznie on. Ten sam znajomy wypaplał mojej przyjaciółce, że Romek siedzi trzeci miesiąc na oddziale zamkniętym, bo poza uzależnieniem od kilku substancji zdiagnozowano u niego schizofrenię.

Spadła na mnie fala smutku i poczucia winy. Przez cztery lata uznawałam jego najtrudniejsze chwile za fanaberię, efekt zmęczenia i ćpania. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mój ukochany może potrzebować pomocy.

Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że tak długo ignorowałam objawy jego choroby. Strach przed nieznanym jest chyba po prostu łatwiejszy do zniesienia, niż współczucie dla kogoś, kogo choroba przerasta. A może podświadomie wiedziałam przez cały ten czas?

Na co dzień pasjonatka krakowskiego środowiska muzycznego, wokalistka i producentka. Dziennikarstwo ma we krwi, a jak zwykła mawiać, z genami nie wygrasz.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ