Angelika Hoerner de Roithberg / fot. Małgorzata Brylla
Czy w saunie naprawdę trzeba wybierać między własnym komfortem a obowiązującymi zasadami? Dla wielu kobiet to nie jest tylko kwestia rytuału wellness, ale realnego poczucia bezpieczeństwa i granic. Sprawdziłam na własnej skórze, co działa, a co w praktyce zupełnie się nie sprawdza
Overview
Czy nagość w saunie naprawdę jest jedyną właściwą opcją? A może istnieje sposób, by połączyć zasady z realnym poczuciem komfortu? W tym artykule przyglądam się temu, jak kobiety odbierają saunowanie, gdzie przebiegają ich granice i dlaczego temat, który wydaje się oczywisty, w praktyce budzi tak wiele wątpliwości.
Czy nagość w saunie jest obowiązkowa?
Ponad sto lat temu kobiety wywalczyły prawo do głosu. Do wyrażania opinii, do obecności w przestrzeni publicznej, do bycia słyszanymi. Minął wiek ‒ i teoretycznie wiele się zmieniło. Ale czy na pewno? Czy dziś naprawdę jesteśmy słuchane? Czy nasze potrzeby są traktowane poważnie? Czy nasze doświadczenia mają taką samą wagę jak męskie? Chcę odnieść się do tematu bardzo konkretnego, a jednocześnie zaskakująco symbolicznego. Tematu, który dotyka zarówno sfery prywatnej, jak i zawodowej. Nagości w saunie. Zgodnie z wytycznymi GIS, do sauny powinno się wchodzić nago lub w ręczniku. Postanowiłam więc sprawdzić obie opcje na własnej skórze.
Sauna nago ‒ czy to komfortowe dla kobiet?
Opcja „nago”? Działa ‒ ale tylko w prywatnej przestrzeni. W saunie, gdzie jestem sama albo z mężem. W przestrzeni publicznej odpada. I nie ‒ nie dlatego, że nie akceptuję swojego ciała. Nie dlatego, że mam się czego wstydzić. Powód jest znacznie prostszy: nie czuję się komfortowo, będąc naga wśród obcych ludzi. Zwłaszcza jako kobieta, ale też jako przedsiębiorczyni, która jest twarzą swojej marki. To nie jest dla mnie naturalne ani neutralne doświadczenie.
Ręcznik w saunie ‒ czy to dobre rozwiązanie?
Druga opcja to ręcznik. Teoretycznie kompromis. W praktyce? Dla mnie zupełnie nietrafiony. Próbowałam. I zamiast relaksu miałam wrażenie, że się „gotuję”. Dlaczego? Bo ręcznik zakrywa dokładnie te miejsca, które najbardziej potrzebują ciepła ‒ okolice lędźwiowe, dolną część pleców, brzuch. Tymczasem reszta ciała ‒ kolana, kostki, ramiona ‒ nagrzewa się prawidłowo. Do tego dochodzi jeszcze głowa, która bez odpowiedniej ochrony bardzo szybko się przegrzewa, choć to właśnie ona powinna być szczególnie zabezpieczona.
Efekt? Ani komfortu, ani realnych korzyści.
Strój do sauny ‒ komfortowe rozwiązanie dla kobiet
I właśnie dlatego zaczęłam szukać trzeciej drogi. Rozwiązania, które nie zmusza mnie do wyboru między dyskomfortem a rezygnacją z własnych granic. Tak powstał bawełniany strój do sauny. W pełni naturalny, zgodny z wymogami, bezpieczny. Co ważne, posiada on Świadectwo Jakości Zdrowotnej wydawane przez Państwowy Zakład Higieny (PZH) ‒ instytucję naukowo-badawczą, która opracowuje i opiniuje wytyczne sanitarne, stanowiące podstawę dla zaleceń Głównego Inspektoratu Sanitarnego (GIS).
Strój, który zakrywa tylko te miejsca, które dla wielu kobiet są intymne i wymagają ochrony, a jednocześnie pozwala ciału pracować tak, jak powinno. Daje swobodę, komfort i poczucie bezpieczeństwa. Jest funkcjonalny ‒ choć, przyznaję, mniej wygodny w zakładaniu niż ręcznik, bo wymaga wiązania. Ale to drobny detal w porównaniu z tym, co daje.
👉 Przykład rozwiązania: https://yeyenatural.com/kategoria/do-sauny/stroje-do-sauny-dla-kobiet/
Kobieca perspektywa w saunie ‒ czy jesteśmy słuchane i słyszane?
I tu wracam do pytania z początku. Czy mężczyźni naprawdę słuchają kobiet? Z mojego doświadczenia wynika, że aż w około 90% przypadków to właśnie mężczyźni najgłośniej mówią mi, jak „powinno się” korzystać z sauny. To oni powtarzają, że sauna musi być strefą beztekstylna. To oni kwestionują sens stroju, podważają jego zgodność z zasadami, nazywają go fanaberią. To oni – bardzo często – decydują, że kobieta w takim stroju nie powinna przebywać w tej przestrzeni.
I zadaję sobie wtedy jedno pytanie: czy którykolwiek z nich naprawdę zatrzymał się na chwilę i spróbował zrozumieć kobiecą perspektywę?
Czy zastanowił się, czym jest komfort w przestrzeni wspólnej? Czym jest poczucie bezpieczeństwa? Jak różne mogą być granice i potrzeby?
Bo ja, jako kobieta, mam już dość słuchania, że „tak się robi” ‒ bez miejsca na rozmowę. Mam dość ignorowania faktu, że dla wielu kobiet sauna w obecnej formie jest po prostu niedostępna. Że rezygnują z niej nie dlatego, że nie chcą korzystać z jej dobroczynnych właściwości, ale dlatego, że nie czują się w niej swobodnie.
Nagość w saunie versus wizerunek i życie zawodowe
Warto też powiedzieć coś, o czym mówi się zdecydowanie za rzadko. Dla wielu kobiet funkcjonujących w przestrzeni zawodowej lub publicznej nagość w saunie po prostu nie jest realną opcją. Kiedy jesteś rozpoznawalna, prowadzisz firmę, pracujesz z ludźmi, budujesz markę osobistą – granica między prywatnością a przestrzenią publiczną zaczyna się zacierać. Nagość w takim kontekście przestaje być neutralna. Może powodować dyskomfort, napięcie, a czasem wręcz poczucie utraty kontroli nad własnym wizerunkiem.
I to nie jest kwestia wstydu czy braku akceptacji siebie. To kwestia świadomego zarządzania swoją obecnością w świecie. Dlatego mówienie kobietom „po prostu bądź naga, bo tak trzeba” kompletnie pomija ten aspekt. A on dla wielu z nas jest kluczowy. Nie o narzucanie jednego słusznego modelu, ale o przestrzeń, w której każda z nas może zdecydować, co jest dla niej dobre.
Jedna kobieta będzie czuła pełną swobodę w nagości, inna w lekkim, naturalnym stroju. I żadna z tych opcji nie powinna być oceniana ani wykluczana. I chcę tu bardzo jasno powiedzieć jedno: są kobiety, które wybierają saunowanie nago ‒ i to jest absolutnie w porządku. Dla wielu z nich to naturalne, komfortowe i zgodne z ich potrzebami doświadczenie. I właśnie o to chodzi – o wybór. Bo komfort nie jest uniwersalny. Komfort jest osobisty. A przecież może być inaczej.
Sauna dla kobiet ‒ czas na zmianę podejścia

Angelika Hoerner de Roithberg / fot. Małgorzata Brylla
Widzę to każdego dnia. Dostaję wiadomości od kobiet, które piszą, że dzięki nowemu podejściu zaczęły chodzić do sauny. Że poczuły się zaproszone, a nie wykluczone. Że w końcu mogą zadbać o siebie na własnych zasadach ‒ bez presji, bez wstydu, bez konieczności dopasowywania się do sztywnego schematu. I może właśnie o to chodzi.
Nie o to, żeby zmieniać zasady dla wszystkich. Ale o to, żeby dopuścić różnorodność. Żeby uznać, że komfort nie jest jeden i uniwersalny. Że kobieca perspektywa nie jest dodatkiem do dyskusji, tylko jej pełnoprawną częścią. Bo prawdziwa zmiana zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy mówić kobietom, jak mają się czuć ‒ a zaczynamy ich słuchać. I może dopiero wtedy, po tych stu latach, będziemy mogły powiedzieć, że coś naprawdę się zmieniło.
