Na pierwszej randce Mateusz zrobił jej psychoanalizę, Janek wygłosił kazanie
Pierwsze koty za płoty?
fot. J. Henning / Pixabay
Minęły trzy lata od kiedy Iga ostatni raz była na prawdziwej randce. Nie myślała o tym nigdy jako o wymuszonej, nieprzyjemnej samotności. Po prostu tak układało jej się życie. Aż postanowiła podejść do tego od nowa
Powrót na rynek matrymonialny, czyli twarde lądowanie
Jej ostatni facet skutecznie zniechęcił ją do relacji romantycznych, potem była zmiana pracy, przeprowadzka, nowe okoliczności i ciągłe życie w biegu. Generalnie rzecz ujmując, Iga nie miała w życiu wielu chłopaków. Rzadko wpadała w zauroczenie, a gdy się to działo – uczucie zwykle było jednostronne. Poza trzema stosunkowo stałymi związkami, nie spotykała się z nikim.
Nie znała seksu bez zobowiązań, ani emocjonalnego rollercoastera idącego za ideą situationshipu. Zresztą, gdy ostatni raz wystawiała się na rynku matrymonialnym, nikt w jej otoczeniu nie znał jeszcze takiego pojęcia, jak situationship. Patrzyła na swoje romantyczne doświadczenia jak na dowód swego rodzaju kręgosłupa moralnego. Była dosyć konserwatywna, w dodatku wierząca. Może nie chodziła do kościoła, ale czuła wyraźny Boży osąd, gdy zbyt intensywnie myślała o erotyce. Długo starała się więc o niej nie myśleć.
Trzy lata zleciały jak z bicza strzelił, aż przyszedł dzień, w którym Idze pierwszy raz od dawna przyśnił się seks. Wtedy postanowiła, że jest gotowa. Zainstalowała randkową apkę i zaczęła swipować.
– Te trzy ostatnie lata wiele zmieniły. Lubiłam siebie dużo bardziej, niż wcześniej. Sporo wyszczuplałam, wyładniałam… Miałam nadzieję, że to trochę rozszerzy moje możliwości na tinderowym rynku. Nie wiedziałam, jak inaczej miałabym kogoś poznać – mówi Iga. Jej nadzieje okazały się płonne.
Randka z psychoanalizą
Pierwsze zderzenie z rzeczywistością nastąpiło szybciej, niż Iga zdążyła dopić inauguracyjną kawę, a zdarzyło się to na parkingu, w ciasnym wnętrzu jej ukochanego samochodu. Mateusz, trzydziestotrzy letni student psychologii, wręczył jej kubek z żabkowym espresso, a zamiast powitania, rzucił: „Widać, że tego samochodu nie kupiłaś sama” – równocześnie skanując wzrokiem deskę rozdzielczą z taką pewnością, jakby trzymał w ręku jej wyciągi bankowe.
Zanim Iga zdążyła przełknąć tę niespodziewaną złośliwość, Mateusz, który najwyraźniej uznał swój wiek i kierunek studiów za mandat do bycia wyrocznią – przeszedł do frontalnego ataku, pytając bez cienia zażenowania: „Masz prawie trzydziestkę i dalej sama? To co jest z tobą nie tak?”.
Przez następne piętnaście minut, które ciągnęły się jak wieczność, Iga stała się obiektem darmowej, choć niekoniecznie mile widzianej psychoanalizy, podczas której Mateusz z chirurgiczną precyzją zaczął rozkładać całe jej życie na czynniki pierwsze.
– Było to dosyć ciekawe przeżycie, bo gość nie wiedział o mnie nic, poza tym, że jestem sama od trzech lat i że nie lubię psa mojego taty – wspomina Iga.
Siedząc na fotelu kierowcy usłyszała, że jej trzyletnia przerwa w randkowym życiorysie nie była kwestią wyboru czy życiowych zawirowań, ale podświadomą ucieczką przed traumą, bo według teorii Mateusza, ojciec musiał znęcać się nad Igą psychicznie. Mężczyzna z perwersyjną satysfakcją perorował o tym, że Iga magnetycznie przyciąga złych mężczyzn, a jej długa przerwa od randkowania to jedynie mechanizm obronny przed kolejnym upokorzeniem, kompletnie ignorując fakt, że on sam właśnie serwował jej najbardziej toksyczny wstęp do znajomości, jaki mogła sobie wyobrazić. Nic więc dziwnego, że randka skończyła się dokładnie w szesnastej minucie.
Kazanie dla grzesznej
Iga nie chciała tak łatwo się poddawać. Pierwsza randka była nadzwyczajnym niewypałem, jednak potraktowała ją jako chrzest bojowy i kilka dni później wyruszyła na następną. Tym razem kierowała się nie tyle wyglądem kandydata, co jego wartościami. Janek był o rok młodszy od niej, ale na zdjęciu profilowym nosił różaniec i już w pierwszych wiadomościach zaznaczył, że wiara ma specjalne miejsce w jego życiu.
To ją zaciekawiło. Nie była praktykującą katoliczką, ale ceniła religijność. Spotkali się na kawę, tym razem w kawiarni. Podczas, gdy Iga myślała, że limit osobliwości na ten tydzień został wyczerpany przez domorosłego psychologa, okazało się, że randka z Jankiem wcale nie będzie lepsza.
To też ciekawe:
Po czym poznać, że mu zależy? Mowa ciała i umysłu mężczyzn
Zaczęło się od tego, że opowiedział jej o swojej utopijnej wizji życia, w którym kobieta miałaby mu gotować i zajmować się domem, a także chodzić z nim do kościoła – koniecznie co tydzień. Nie było w tym niby nic demonicznego, ale gdy Iga wyznała, że jest niepraktykującą katoliczką, usłyszała pytanie: „Ale księdza przyjmujesz? Jak to nie, żal ci? Żal ci pięćdziesięciu złotych na księdza?”
Zanim zdążyła pozbierać szczękę z podłogi, padło kolejne mocne stwierdzenie, po którym już wiedziała, że nic z tej znajomości nie będzie.„Kobieta to musi mieć wiarę. Ale nie taką o, że ja bym chciał, żeby poszła ze mną do kościoła, więc pójdzie. Ona musi tak sama wierzyć, żarliwie. “
Chciała zasygnalizować w jakiś sposób, że doszła już do pewnych, ostatecznych przemyśleń na temat przyszłości ich znajomości i grzecznie zakończyć randkę. Ale Janek zdążył wpaść w osobliwy monolog i nie mogła się wbić.
– Dowiedziawszy się o mojej trzyletniej przerwie w związkach, nie szukał traum w dzieciństwie, ale za to dopatrzył się we mnie duchowego wyjałowienia i zaczął serwować mi kazanie o roli kobiety w Bożym planie – wspomina.
Czytaj też:
10 sposobów na tańsze święta
Gdy tak trajkotał w najlepsze, Iga postanowiła mu w końcu przerwać, by wtrącić parę groszy od siebie. Gdy tylko otworzyła usta, Janek zrobił się czerwony na twarzy i krzyknął: „Nie przerywaj!” z takim zaangażowaniem, że aż wymsknęło jej się ciche: „Przepraszam”. Wtedy, jeszcze głośniej, zakrzyknął: „Nie przepraszaj!”. Na koniec, gdy Iga wreszcie wykrztusiła, że chyba średnio do siebie pasują, Janek zaproponował jej, że wykupi u księdza „kazanie dla grzesznej”, bo wierzy, że gdyby się trochę postarała, to może coś by z niej było.
– Od momentu zainstalowania apki randkowej do chwili jej odinstalowania, minęło sześć dni. Czuję, że mam dosyć, przynajmniej na następne trzy lata.
