Saturday, September 26, 2020
Home / Kultura  / Na co do kina?

Na co do kina?

Na co warto się wybrać do kina podpowiada Miasto Kobiet!

Promised land

Promised land / fot. materiał prasowy

Promised land

Promised land / fot. materiał prasowy

Bitwa o ziemię obiecaną

Twórczość Gusa Van Santa jest dość meandryczna. Reżyser „Słonia” i remake’u „Psychozy” sięga po kontrkulturowe i eksperymentalne wzorce, ale flirtuje też z mainstreamem; potrafi ująć za serce wyważoną biografią homoseksualnego polityka („Obywatel Milk”) i przyprawić o ból głowy pseudofilozoficznym, hipsterskim cekiniarstwem („Restless”). Jego najnowszy obraz „Promised Land” jest na to kolejnym dowodem – średnio udany, budzący na zmianę sympatię i znużenie, stara się opowiedzieć z ducha hollywoodzką historię w stylu właściwym produkcjom niezależnym, w której emisariusze złowrogiej korporacji jeżdżą po prowincji i od naiwnych rolników skupują ziemię pod wydobycie gazu łupkowego. Steve (Matt Damon) i Sue (Frances McDormand) robią wszystko, aby wypaść na uczciwych i wiarygodnych kontrahentów. Chcąc wzbudzić zaufanie miejscowych ludzi, zamieniają marynarki na przaśne flanele i w lokalnych barach biorą udział w konkursach karaoke. Są przyjacielscy i elokwentni. Są profesjonalistami – profesjonalnym, dwugłowym Mefistofelesem, który oferuje rolnikom cyrograf z postscriptum napisanym znikającym atramentem. To, rzecz jasna, punkt wyjścia moralitetu. Zanim skończy się film, przynajmniej jeden z bohaterów złamie się pod naporem wyrzutów sumienia.

Van Sant stara się opowiedzieć to wszystko w możliwie najbardziej stonowany sposób. Powoli prowadzi akcję i próbuje nakreślić portret lokalnej społeczności. Nie uderza w podniosłe tony, nie mówi nic o Dobru i Złu, pokazuje Steve’a i Sue jako osoby w gruncie rzeczy poczciwe; jako dwoje ludzi, którzy po prostu wykonują swoją pracę bez względu na to, jak bardzo podła się okazuje, i trochę się w tym wszystkim zagalopowują. „Promised Land” nie ma w sobie może patosu hollywoodzkich czytanek pokroju „Lotu” Roberta Zemeckisa, ale przez zbytnią wstrzemięźliwość reżysera nie potrafi też w pełni wybrzmieć i tonie w atmosferze wygodnej, małomiasteczkowej nudy.

W efekcie dostajemy bezpłciową hybrydę – film, który czerpie z dwóch konwencji, z ich najbardziej banalnymi elementami. Z mainstreamu bierze schemat opowieści o nawróconym grzeszniku, a z amerykańskich produkcji „indie” – złudne przekonanie, że flegmatyczna narracja i bezwarunkowa empatia są w stanie zagwarantować artystyczne walory i odkupić serwowane przez scenarzystów truizmy.

Spring breakers

Spring breakers / fot. materiał prasowy

Spring Breakers

Piątego kwietnia czeka nas premiera prawdopodobnie jednego z najbardziej szalonych filmów tego roku. Chcąc zarobić na wakacje swojego życia, grupa młodych dziewczyn okrada restaurację, a potem wyrusza na Florydę; tam jednak dostaje się w ręce handlarza narkotyków o ksywie Alien. Historia ich znajomości ma być poematem o pokoleniu, w którego duszy gra dubstep i dla którego internetowa pornografia jest chlebem powszednim, a nie zakazanym owocem. Tak przynajmniej twierdzi w wywiadach reżyser filmu, Harmony Korine. To enfant terrible amerykańskiego kina niezależnego, którego poprzednie filmy – „Gummo” czy „Trash Humpers” – przekraczały granice dobrego smaku i absurdu przyswajalnego dla ludzkiego umysłu.

Raj: Wiara

Raj: Wiara / fot. materiał prasowy

Raj: Wiara

Druga część reżyserowanej przez Ulricha Seidla trylogii o trzech cnotach, którą zainicjowała „Miłość”, a skończy „Nadzieja”. Gorliwa chrześcijanka codziennie przemierza ulice Wiednia, niosąc na rękach figurę Marii Dziewicy i chodząc od drzwi do drzwi z Dobrą Nowiną na ustach. Jej życie komplikuje się, kiedy po latach nieobecności wraca do domu jej mąż – przykuty do wózka inwalidzkiego muzułmanin. Tak jak i poprzednie filmy Seidla, „Wiara” zaserwuje nam końską dawkę nihilizmu i mizantropii. Do jego świata pełnego hipokryzji i okrucieństwa będziemy mogli zawitać po raz kolejny już 5 kwietnia.

Stoker

Stoker / fot. materiał prasowy

Stoker

Amerykański debiut Parka Chan-Wooka – pochodzącego z Korei Południowej reżysera, który zasłynął przede wszystkim jako twórca ekstrawaganckiej trylogii zemsty („Pan Zemsta”, „Oldboy” i „Pani Zemsta”). W psychologicznym thrillerze „Stoker” opowiada o matce i córce (Nicole Kidman i Mia Wasikowska), które po śmierci głowy rodziny trafiają pod opiekę tajemniczego wujka Charliego (Matthew Goode). Dziesiątego maja będziemy mogli się przekonać, ile z bezkompromisowej wyobraźni Parka Chan-Wooka ocalało w starciu z amerykańską machiną produkcji filmowych.

Redaguje: Piotr Mirski

Oceń artykuł
2 komentarze
  • 바카라 14 stycznia, 2020

    … [Trackback]

    […] There you can find 10840 additional Info to that Topic: miastokobiet.pl/na-co-do-kina/ […]

  • 안전놀이터 15 stycznia, 2020

    … [Trackback]

    […] Information to that Topic: miastokobiet.pl/na-co-do-kina/ […]

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach