Home / Ludzie  / Kre-aktywne  / Muzeum przekroczonych tabu (fragment książki)

Muzeum przekroczonych tabu (fragment książki)

Z Katarzyną Kotyńską, tłumaczką na polski powieści Okasany Zabużko "Muzeum porzuconych sekretów", rozmawia Żanna Słoniowska.

Oksana Zabużko (od lewej) i Katarzyna Kotyńska w czasie Gali Angelus 2013

Oksana Zabużko (od lewej) i Katarzyna Kotyńska w czasie Gali Angelus 2013 / fot. arch. Tomasz Walków i Mirosław Koch

Z Katarzyną Kotyńską, tłumaczką na polski powieści Okasany Zabużko „Muzeum porzuconych sekretów”, rozmawia Żanna Słoniowska.

Małe dziewczynki za kawałkiem butelkowego szkła chowają w ziemi zasuszone rośliny, kolorowe obrazki, inne skarby i nazywają to „sekretem”. Czy małe Polki też mają taką zabawę?

Sama takie robiłam, jak miałam siedem czy osiem lat, przy boisku szkolnym, jeszcze dziś mogłabym wskazać miejsce. Tylko my to częściej nazywałyśmy „obrazek”, „niebko”, rzadziej „sekret”.

Oksana Zabużko "Muzeum porzuconych sekretów" / fot. Ivan Put

Oksana Zabużko „Muzeum porzuconych sekretów” / fot. Ivan Put

Bohaterka powieści uważa, że początki tej gry sięgają czasów, gdy kobiety zakopywały w ziemi ikony.

U nas represje antykościelne nie były aż tak silne, jak na Ukrainie, trudno powiedzieć…

„Muzeum porzuconych sekretów” nazwano powieścią o UPA, badaniami nad życiem seksualnym trzech pokoleń Ukrainek, próbą rozliczenia się z komunizmem. O czym Twoim zdaniem jest ta książka?

Z pewnością nie jest to książka o UPA, mimo że jeden z głównych bohaterów jest żołnierzem tej formacji, a jeden z rozdziałów w całości jest poświęcony tej tematyce. To książka o pamięci Ukraińców, zarówno indywidualnej, jak i zbiorowej. Ta książka mierzy się z podstawowymi dla naszej części Europy kwestiami: Co to jest pamięć? Do czego jest potrzebna? Jak należy sobie radzić z pamięcią pozytywną i negatywną? Jest to także książka o splataniu się sprzecznych narracji w obrębie jednego społeczeństwa. Współczesną Ukrainę cechuje ich wielość: potomek oficera Armii Czerwonej i wnuk zwalczającego go partyzanta UPA są członkami jednego społeczeństwa – jak z tym żyć? Która z nich ma być ukraińską pamięcią zbiorową? Ta polifonia jest dużo bardziej zróżnicowana niż w Polsce.

Akcja powieści toczy się w przeszłości i teraźniejszości równocześnie. Co jej bohaterowie różnie pamiętają?

Chodzi np.o walkę UPA z Armią Czerwoną w 1947 roku, kiedy partyzanci rozumieli, że zwycięstwo już nie wchodzi w grę, chyba że odsunięte o pokolenia zwycięstwo moralne. Zabużko zderza pamięć z dwóch stron frontu. Drugi wymiar to pamięć z lat 60.-70. XX wieku, ważnych lat w historii antysowieckiej opozycji ukraińskiej. Pamięć opozycyjna i pamięć przedstawicieli systemu. Spośród ostatnich to kapitan Buchałow, były KGB-ista, dziś pracownik Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, kariera groteskowa dla naszego czytelnika, bo KGB kojarzy się wiadomo jak… Niemniej jednak u Zabużko widzimy, że wczorajsze KGB i dzisiejsza Służba Bezpieczeństwa Ukrainy to często ci sami ludzie w tych samych pomieszczeniach. Jest też zderzenie pamięci współczesnej: głównej bohaterki Daryny, dziennikarki kijowskiej i jej partnera życiowego, Adriana, pochodzącego ze Lwowa – naukowiec powiedziałby, że „różnie konstruują podstawową narrację narodową”. W przypadku Daryny na pierwszym planie znajduje się Wielki Głód 1933 roku, dla Adriana jest odwrotnie – Wielki Głód, choć oczywiście znany i pamiętany, pozostaje „wydarzeniem historycznym”, niezwiązanym bezpośrednio z losami jego własnych przodków. Co innego UPA.

Pisarka otwarcie mówi, że boi się reakcji Polaków na jej powieść.

Ja się jej nie dziwię. Też boję się, że Polacy przeczytają z tej książki wyłącznie to, że gnębiliśmy Ukraińców w międzywojniu, i zobaczą w niej skandaliczną gloryfikację UPA. Byłoby to z ogromną szkodą dla powieści, która daje Polakom rzadką szansę na poszerzenie własnej perspektywy.

Ale być może tam jest gloryfikacja UPA: Adrian – partyzant, imiennik współczesnego, jest czysty, nieskazitelny, wierny do końca…

To nie Adrian, to jego zdrajca jest nieskazitelny – dzielny i silny żołnierz Służby Bezpieczeństwa UPA, do której trafiali najlepsi, najbardziej sprawdzeni. Powtórzę: to nie jest książka o UPA, ona opowiada o czwórce ludzi, siedzących w kryjówce w lesie wołyńskim. Między nimi coś się dzieje – na poziomie międzyludzkim, nie ogólnohistorycznym.

Jak u Zabużko wyglądają Polska i Polacy?

Pojawiają się zaledwie parę razy. W wątku historycznym widzimy, jak w polskim Lwowie Ukraińcy tańczą w swoim klubie, ale przygrywa im znane polskie tango „Ja mam czas, ja poczekam”. Z drugiej strony, Adrian partyzant zastanawia się, skąd wzięło się takie, a nie inne zachowanie Ukraińców podczas wojny. Ano przyczyniło się do tego fatalne traktowanie mniejszości w Polsce przedwojennej. Jak stwierdza, to Polska nauczyła Ukraińców nieufności. Bohater nie zaprzecza rzezi wołyńskiej, ale równocześnie przywołuje postać metropolity Andrzeja Szeptyckiego, który sprzeciwiał się przelewowi krwi.

Mamy okazję do poznania… hm… niepolskiego przedwojennego Lwowa?

Jest to Lwów widziany z kompletnie nieznanej u nas perspektywy, która jest starannie omijana po dziś dzień – warto wspomnieć chociażby popularne wycieczki do tego miasta, które szukają wyłącznie śladów polskiej kultury. Bohaterowie Zabużko ignorują polski Lwów – mają własne życie we własnym gronie.

W oryginale język Adriana zachwyca. Zabużko rozmawiała ponoć z mnóstwem starych ludzi na zachodzie Ukrainy, by precyzyjnie odtworzyć tę mocno spolszczoną wersję przedwojennego języka ukraińskiego. Ale Ty, jako tłumaczka, musiałaś z nim mieć nie lada kłopot…

Nie ukrywam, spędzał mi sen z powiek. Napraszającym się rozwiązaniem było użycie lwowskiego bałaku. Postanowiłam jednak nie robić tego z dwóch powodów: język oryginału nie jest językiem marginesu, jakim był bałak – miejscowa wersja języka ukraińskiego. Po drugie, obawiałam się, że nadmiar słów, w Polsce rozpoznawanych jako „lwowizmy”, zbyt mocno narzuci atmosferę Szczepka i Tońka, czyli żart, zabawę i nostalgię. A tego u Zabużko nie ma.

Jeszcze jest kwestia wojskowego pseudonimu Adriana.

Zwierz. Długo zastanawiałam się, co robić, bardzo nie chciałam, aby po polsku też się tak nazywał. Wahałam się między Wilkiem i Rysiem. Chciałam go złagodzić ze względu na polsko-ukraińską historię – był to odruch samoobrony. Jednak „zwierz”, już pisany małą literą, jest słowem zbyt ważnym dla wielu miejsc powieści, więc tak zostało.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach