Mówili: „Będziesz tam sprzątać toalety” ‒ a ona wróciła do Polski jako Principal Stylist
Droga, o której można tylko pomarzyć
fot. materiał Partnera
Od włosów Barbie, przez „pomarańczową” hennę, aż po szkolenia u uczniów samego Vidal Sassoon. To nie jest historia o szczęściu. To historia o tym, jak wiara we własny talent i obsesyjna dbałość o jakość pozwoliły dziewczynie z Kielc podbić brytyjski rynek, by wrócić i zmienić zasady gry w Polsce
Pierwszy krok: ogłoszenie na szybie
Kiedy wyjeżdżała do Anglii, bagaż jej marzeń był cięższy niż walizka, którą zabrała. Nie znała języka. W oczach „życzliwych” jej przyszłość na Wyspach była przesądzona: „Będziesz podcierać osoby starsze albo sprzątać toalety” – słyszała. Pomimo świadomości „fachu w rękach” była na to gotowa. Żadnej pracy się nie bała, bo czuła, że jedzie po coś więcej.
Początki to lekcja pokory i… szczęśliwy traf. Jej partner, idąc High Street w miejscowości Slough, zauważył ogłoszenie w języku polskim: „Potrzebny fryzjer”. Tak trafiła pod skrzydła ciepłej, hinduskiej rodziny, a barber Anish wziął ją pod opiekę.
Pomagał Jej doskonalić umiejętności fryzjerskie, ale i nauczył języka. Szybko udowodniła, że ma charakter. Gdy zwolniono menedżera, to ona – dziewczyna, której wróżono zmywak – przejęła zarządzanie salonem. To była rozgrzewka. Beata czuła, że stać ją na ligę mistrzów.
Skok na głęboką wodę: twierdza Marc Antoni
Celem stał się Marc Antoni – prestiżowa sieć salonów prowadzona przez braci Giamattei. Inny świat, gdzie klientelę stanowiły (i stanowią) sławy i milionerzy. Salony były elitarne, hermetyczne, zatrudniające rodowitych Anglików. Obcokrajowiec był tam rzadkością. Rekrutacja nie była rozmową przy kawie, a trzymiesięcznym maratonem. Udowadniała swoją wartość na „żywym organizmie”: strzygła boby, krótkie formy, wykonywała koloryzacje. Patrzyli jej na ręce, oceniali każdy ruch, sprawdzali, jak radzi sobie z presją. Nie odpuściła i dostała pracę.

fot. materiał Partnera
Akademia Vidal Sassoon i życie w blasku fleszy
Pierwszy rok w Marc Antoni był szkołą życia. Trafiła do zespołu w Maidenhead. Jej opiekunem został Marcus Giamattei – największy artysta z rodzeństwa. Marcus ukończył legendarną akademię (wtedy nauka trwała kilka lat) Vidal Sassoon, ucząc się od samego mistrza.
To był rok katorżniczej pracy. Dzień w dzień chłonęła wiedzę, która w Polsce była nieosiągalna. Nie uczyła się „podcinania końcówek”, a tworzenia „rzeźby artystycznej” z materiału, jakim są włosy. Zadbania o nie co do milimetra. „Szlifowania” do granic doskonałości. Gdy nie miała klientek, stała przy Marcusie i patrzyła. „Każdy fryzjer marzył, żeby pracować u Marcusa przez chwilę. A ja dostałam rok na full time, pięć dni w tygodniu, osiem godzin dziennie”. Dlatego była gotowa pracować choćby za darmo.
Talent pozwolił Jej wykroczyć na salony artystycznego fryzjerstwa. Brała udział w sesjach do prestiżowych konkursów o najwyższej randze. Stała ramię w ramię z mentorem, współtworząc spektakularne fryzury. Udowodniła, że jest wizjonerką.
9 lat w elicie: codzienność u boku Aarona Giamattei
Jej brytyjski sen nie był epizodem, a dekada życia (w tym 9 lat pod szyldem Marc Antoni). Po roku morderczego treningu w Maidenhead przeniosła się do punktu w Bracknell, zarządzanego przez Aarona Giamattei. Nie był to kameralny zakładzik, ale potężna, tętniąca życiem maszyna. Duży, 10-stanowiskowy salon, w którym tempo i jakość szły w parze. Stała się ekspertką, która strzygła, farbowała, ale też dbała o zdrowie włosów (ukończyła specjalistyczne kursy trychologiczne).
W miejscu, gdzie pozycja zależy od umiejętności, pięła się w górę ‒ od stylistki, przez senior stylist, aż do principal stylist. Osiągnęła zawodowy sufit. Nad nią byli już tylko bracia ‒ właściciele firmy.
Finał: nowy początek na własnych zasadach
Wróciła do Polski nie jako ta, która przetrwała na emigracji, ale pewna siebie rzemieślniczka. Jej historia to dowód na to, że bariera językowa czy pochodzenie nie mają znaczenia, gdy ma się pasję, wsparcie bliskich i determinację, by uczyć się od najlepszych.
Dziś brytyjską precyzję i standardy przekłada na klientki. Przeniosła model holistycznej obsługi: od odebranie płaszcza, przez konsultację, po diagnozę skóry głowy oraz włosów i profesjonalne fryzjerstwo z doradztwem. Dlatego na zapisy do niej trzeba czekać nawet rok. Stworzyła własną enklawę ‒ Lisowska Hair w Kielcach. My wiemy, że nie jest to Jej „ostatnie słowo”. Bo Beata Lisowska przeszła drogę, o której inni tylko marzą, i nie zamierza na tym poprzestać.
