Thursday, August 5, 2021
Home / Moo Moo Steak & Burger Club
Home / Styl życia  / Kuchnia  / Moo Moo Steak & Burger Club

Moo Moo Steak & Burger Club

Przeciwko Moo Moo Steak & Burger Club wytoczyłam najcięższe działa. Rodziców. Mój tata jest niekwestionowanym stekożercą. Jeżeli chcecie mu sprawić najlepszy urodzinowy prezent, to kupcie mu rzadkiego pochodzenia steka. Jadł ich wiele, w wielu miejscach

Moo Moo Steak & Burger Club / fot. abitetoeat.pl

Przeciwko Moo Moo Steak & Burger Club wytoczyłam najcięższe działa. Rodziców. Mój tata jest niekwestionowanym stekożercą. Jeżeli chcecie mu sprawić najlepszy urodzinowy prezent, to kupcie mu rzadkiego pochodzenia steka. Jadł ich wiele, w wielu miejscach i na wiele sposobów. Chyba najbardziej ekstremalnym był stek z Kangura, którego jadł w Australii. Nie jadł jeszcze tylko KOBE, o którym wspominałam przy okazji restauracji Zen, ale to jeszcze przed nim.

Moo Moo Steak & Burger Club / fot. abitetoeat.pl

Mama moja nie cierpi surowego mięsa. Nie przepada również za stekami. Kiedy my objadamy się tatarem, ona robi sobie sałatkę z kurczakiem. Dlatego połączenie tak różnych preferencji kulinarnych stało się mottem przewodnim wyjścia: czy Moo Moo może pogodzić w jednym menu miłośnika steków i przeciwniczkę pół krwistych rozkoszy?

Wnętrze Moo Moo jest w 100% w moim stylu. Prosta, czysta forma, raczej monochromatyczne wnętrze, nie za wielkie, nie za małe – bardzo wyróżnia się wśród okolicznych restauracji. Spodziewałabym się go prędzej po „offowej” stronie Krakowa niż na ul. Świętego Krzyża 15. Taki charakter mają restauracje w Berlinie czy Monachium i cieszę się, że coraz więcej miejsc w Krakowie zaczyna iść w takim właśnie kierunku. Dlaczego? Bo równie dobrze może być miejscem na niedzielny obiad z rodzicami, jak również na wypad z przyjaciółką czy samemu na burgera. Do niczego nie zobowiązuje. I tak jest dobrze.

Tradycyjnie zaczęliśmy od przystawek. Tym razem w trzy osoby mogliśmy faktycznie przejść przekrojowo przez kartę, próbując swoje dania nawzajem. Ja wzięłam tatara (21 zł), tata zupę Chili (13 zł), mama krem cebulowy ( 9 zł). I od tego ostatniego zacznę. Dlaczego? Dlatego, że ile razy namawiałam mamę na zupę cebulową, którą robię i nieskromnie przyznam – wychodzi mi świetnie – tyle razy słyszałam: poproszę o inną. Zdziwiłam się wyborem mamy i z zapartym tchem czekałam aż pierwsza łyżka zawędruje do jej ust. Usłyszałam: „Kremowa, puszysta, delikatna” i olśniło mnie. Moja mama po prostu lubi kremy. Nie zupy. Dlatego nie miałam szans ze swoją cebulową, bo u mnie cebula pływa gęsto a zupa jest wyraźna, pełna przypraw, smaków, które jeszcze podbija wino. A tu, z grzankami i tartym serem skomponowała się w delikatną całości tworząc aromatyczną tarczę przeciw zimie. Zupa Chili podzieliła nasze zdania z tatą. Dla mnie była idealnie wyważona: gęsta i dobrze pikantna – nie tworzyła uczucia pieczenia w ustach zaraz po jej skonsumowaniu, zostawiała raczej pikantną ścieżkę na języku. Tata po Chili spodziewał się…Chili. Dlatego konsumpcja z facetami pchnęła mnie do nowego działu recenzji, które możecie poczytać pod tagiem Damsko-męskie uwodzenie żołądka. Percepcja smaku kobiet i mężczyzn jest fascynująco inna. Niemniej jednak oboje zgodziliśmy się, że zupa była dobra.

Moo Moo Steak & Burger Club / fot. abitetoeat.pl

Rozochoceni przystawkami oczekiwaliśmy na nasze dania główne. I oto na stole pojawił się on: T-Bone (69 zł)! Widelce zadrżały, ze strachu wstrzymałam oddech, kiedy kęs średnio wysmażonego mięcha zginął w czeluściach jamy ustnej taty. Jest i on! Błysk w oku! Pomruk zadowolenia! Wiedziałam, że tata jest kupiony. Sama spałaszowałam spory kawałek. Mięso było sprężyste, ładnie odchodziło od kości, jego grubość i poziom wysmażenia były takie, jak być powinny. Moo Moo zdało egzamin na piątkę z plusem. Nie mniej smakowały nam burgery. Muszę przyznać, że wariacji w karcie w tym dziale kulinarnym nie brakowało. Trudno było się zdecydować, więc klucz wyboru był następujący: coś czego wcześniej nie jadłyśmy i co brzmi na tyle absurdalnie, że warto tego spróbować. Padło na: Burger w tortilli z pomidorem i salsą z avocado (21 zł) oraz Burger z mozzarellą, suszonymi pomidorami, pesto i rucolą (23 zł). Wyśmienite, duże porcje, więc wzięte do tego frytki – mimo, że są moim ulubionym przysmakiem to już nie znalazłam na nie miejsca w brzuszku.

Faktem jest, że na zamówienie trzeba chwilę zaczekać. Nie będę Was okłamywać – mógłby być krótszy. Niemniej jednak szarlotka, którą dostaliśmy w ramach przeprosin od firmy – jak dla mnie – rozgrzesza całkowicie ten temat. Dlaczego? Bo sztuką jest potrafić się zachować w stosunku do konsumenta tak, aby z niekomfortowej sytuacji wyniósł tylko miłe wspomnienia. A my właśnie takie wynieśliśmy. Bo obsługa jest równie ważna co wydawane jedzenie. I nadal brakuje restauracji w Krakowie, gdzie poziom obsługi, uprzejmości oraz umiejętności rozwiązywania niekomfortowych sytuacji jest na dobrym, nawet nie napiszę wysokim (co nie znaczy nadętym!) poziomie. I warto o tym mówić, jak również chwalić kiedy się ją spotyka. W Moo Moo możecie jej doświadczyć.

***

O Ani:

Uważa jedzenie za magię, a jego powstawanie – za czarowanie. Lubi wszystkie kuchnie świata, nawet ekstremalne. Eksperymentuje, doświadcza i dzieli się swoją pasją z czytelnikami swojego bloga www.abitetoeat.pl Zwyciężczyni pierwszej edycji „Ugotowani” w TVN. Subiektywnie opowiada o poznanych miejscach, smakach serwując swoje wariacje na temat jedzenia.

O blogu:

A bite to eat czyli „coś do jedzenia” to blog kulinarny mojej pasji – gotowania. Znajdziecie tu różne kulinarne wyzwania, przepisy moje i zapożyczone, pomysły i wariactwa, opowieści o kulinarnych podróżach, recenzje odwiedzanych przeze mnie miejsc. Chcę by „A bite to eat” było dla Was inspiracją do codziennego gotowania.

Zapraszamy na www.abitetoeat.pl


Oceń artykuł