Tuesday, October 27, 2020
Home / Moda  / Monika Jurczyk: Szefowa naszych szaf

Monika Jurczyk: Szefowa naszych szaf

Pierwsza polska personal shoperka, autorka książki „Szefowa swojej szafy”, zdradza jak z ubrania wyczytać charakter człowieka

Monika Jurczyk Szefowa swojej szafy

Monika Jurczyk / fot. Joanna Czaczkowska

Liczysz na podwyżkę lub awans? Zacznij się ubierać, jakbyś już to dostała. Monika Jurczyk, pierwsza polska personal shoperka, autorka książki „Szefowa swojej szafy”, zdradza jak z ubrania wyczytać charakter człowieka lub zrobić zbroję, a za jego pomocą stworzyć… samca alfa

 

 

Jesteś stylistką, personal shopperką? Co wpisujesz do rubryki „zawód”?

Monika Jurczyk: Chyba nie jestem już tylko stylistką. Zaczyna mi się wydawać, że jestem szefową wszystkich szaf (śmiech). Mam to nawet na wizytówce.

Czy nie sądzisz, że zbyt dużą wagę przywiązujemy do tego, jak wyglądamy?

Przeciwnie, uważam, że zbyt małą. W Polsce można dostrzec dwie skrajności: albo dbasz o siebie za bardzo, czyli interesujesz się tylko tym jak wyglądasz, stoisz przed lustrem, zastanawiając się, ładnie czy nie ładnie – albo nie dbasz o to w ogóle, gdyż nie chcesz być kojarzona z ubraniami. Jesteś przecież inteligentna i skupiasz się na zupełnie innych rzeczach. Nie ma nic pośrodku, nie ma racjonalnego wykorzystywania ubrania do realizacji własnych celów. A przecież ubranie jest po coś.

Rzeczywiście, wiele wykształconych, inteligentnych osób uważa, że zajmowanie się ciuchami jest wręcz uwłaczające.

A ja uważam – zresztą już wcześniej powiedział to któryś z polityków – że staranność w ubiorze zdradza inteligencję człowieka. Jeśli można sobie pomóc ubraniem, dlaczego z tego nie korzystać? Dla mnie jest to też kwestia szacunku dla drugiej osoby. To, że ktoś się stara, bo chce się ze mną spotkać, że ona się maluje, on starannie wiąże krawat… Jestem bardzo daleka od krytykowania. Nie należę do obozu stylistów, którzy mówią: o Jezu, jak ona się ubrała. Nawet jeśli ktoś przesadzi, za mocno obwiesi się biżuterią, nałoży za dużo makijażu, doceniam, że się starał. Wolę to od totalnego lekceważenia innych osób, wyrażanego niechlujnym ubraniem.

A co z naszym… wnętrzem?

Gdy spotykasz się z kimś nieznajomym, w ciągu pierwszych 7 sekund kształtuje się jego pierwsze wrażenie na twój temat. Na początku masz tylko ubranie, dopiero później możesz zacząć mówić, przekonywać do swojej osoby, do swoich działań, do swojego wnętrza. Ale tych pierwszych 7 sekund jest najważniejsze. Musisz wówczas nie tylko wyrazić swoją osobowość, ale masz też szansę zbliżyć się do swojego rozmówcy przez to, jak wyglądasz i co masz na sobie. Ty nie ubrałaś się dziś na czarno, prawda? Bo wiedziałaś, że nie lubię tego koloru. A ja się ubrałam w dzianinę, bo wiem, że ty jesteś zielona, a takie miłe i przyjazne materiały pomagają w miłym prowadzeniu rozmowy.

Co to znaczy, że jestem zielona?

To twój typ pracobowości, czyli osobowości wyrażonej ubraniem. Zielona jest empatyczna, nastawiona na współpracę i budowanie relacji. Chce wyglądać ładnie, ale nie lubi się za bardzo wyróżniać.

Takie rzeczy można wyczytać ze sposobu ubierania się?

Oczywiście. W książce Szefowa swojej szafy wprowadziłam podział na cztery typy pracobowości. Oprócz Zielonej Realizatorki jest Niebieska Analityczka, ubrana zawsze zgodnie z zasadami, poza tym lubiąca się wyróżniać Żółta Inspiratorka oraz Czerwona Wojowniczka, czyli liderka dopasowująca ubranie do celu, jaki zamierza osiągnąć. Mój pomysł, by wyodrębnić te cztery typy pracobowości, wiążące charakter człowieka z ubraniem, zrodził się w czasie kolacji z coachem Ewą Błaszczak, i rozmowy o… facetach. Ponieważ jestem singielką, gadałam o przechodzących obok naszego stolika mężczyznach. Ewa zaczęła: „Ten jest niebieski, nie nadaje się dla ciebie w ogóle, ten jest czerwony, nie przeżylibyście razem nawet minuty. Ale ten jest żółty, podobni jesteście trochę do siebie, a tamten jest zielony”.

Ma to jakieś przełożenie na praktykę?

Rozpoznanie typu pracobowości to ważny element budowania własnego, spójnego wizerunku, ale też komunikacji z innymi ludźmi. Jeśli potrafisz odróżnić żółtą od zielonej, będziesz inaczej rozmawiać z każdą z nich. Możesz do nich dopasować swoje ubranie, żeby wzbudzić zaufanie, nawiązać lepsze relacje.

Czy to nie manipulacja?

Manipulujemy ludźmi codziennie – ubraniem, tym co mówimy, jak się zachowujemy. Usiłujemy się wpasować w grę społeczną, a ubranie jest jej elementem. Jeśli ma nam pomagać (moja książka jest o wizerunku w pracy, a tam ubranie bezwzględnie powinno nam pomagać), to musimy się zastanowić, jaki mamy cel, kogo chcemy do siebie przekonać, do kogo chcemy się zbliżyć. A może się zdarzyć i tak, że masz bardzo ważne spotkanie, ale nie czujesz się na tyle silna, aby negocjować z ważnym VIP-em. Powinnaś się wtedy ubrać tak, żeby zbudować prestiż. Nałożyć zbroję, przemyśleć ubranie tak, aby dodawało pewności siebie. Kiedy moja firma zaczęła się rozwijać, spotykałam z klientami w ich kapiących od bogactwa biurach, i czułam się jak szara myszka. Wtedy zrozumiałam, że powinnam wyglądać tak, jakbym szła negocjować jak równy z równym. Zdecydowanie pomogła mi w tym moja torebka Chanel. W takiej zbroi zupełnie inaczej się zachowujesz, inaczej mówisz, inaczej gestykulujesz.

Jak taka zbroja powinna wyglądać?

Wydaje mi się, że każda z nas ma inne wyobrażenia o ubraniu dającym siłę. To też jest związane z typami osobowości. Czerwona wojowniczka zastanowi się, z kim negocjuje i jakie ta osoba nosi marki, a potem takie same marki włoży na siebie, żeby przypadkiem nie zdarzyło się, że wszyscy mają na przegubach rąk roleksy, a ona nie. Żółta z kolei bardzo lubi zwracać na siebie uwagę i wyróżniać się, więc wybierze element, który ją wyróżni. Żółte wierzą też w magię ubrań, w to, że coś daje szczęście lub siłę. To może być pierścionek po babci, zegarek, który raz przyniósł szczęście i teraz się wierzy, że już zawsze tak będzie. Ale mamy też międzynarodowe kanony określające, jak powinien wyglądać mundurek budujący prestiż. To powinno być mocne ubranie, czyli takie, które ma strukturę. Takie, które nam nadaje kształt, a nie takie, któremu my go nadajemy. Taki strój trzyma nas w ryzach. Dlatego super profesjonalne są koszule. Zapożyczyłyśmy je od mężczyzn, a „wizerunek męski” bardzo długo znaczył tyle co „wizerunek profesjonalny”. Wzięłyśmy sobie te koszule, i to się wpisało w kanon.

Teraz, jeśli nie wiesz, co masz na siebie włożyć na ważne spotkanie, to koszula zawsze będzie dobrym wyborem. Jeżeli do tego dodasz na przykład czerwoną szminkę, która może być symbolem kobiecej siły, to przestajesz się przebierać za mężczyznę, ale na własny sposób redefiniujesz jego zasady dress kodu.

Żakiet?

Powinien być. To też wzięłyśmy od mężczyzn. Zasady dress kodu są tak mocno wdrukowane w naszą podświadomość, że choć pozornie nie zdajemy sobie sprawy, co jest profesjonalne, to kiedy myślimy „ołówkowa spódnica”, widzimy albo panią w korporacji albo asystentkę prezesa. Nie myślimy wtedy o bombce, plisowance czy innych delikatnych sukienkach – myślimy o ołówkowej spódnicy, która ma strukturę i jest do połowy kolana, bo takie są standardy dress kodu. Innym symbolem symbolem siły może być obcas. Jeśli jednak ktoś nie czuje się dobrze na obcasach, może wybrać buty inspirowane męskimi. To mogą być oficerki, damskie oxfordy, półbuty. Jeśli tylko będzie to mniej lub bardziej dosłowne zapożyczenie od mężczyzn, będzie się kojarzyło z profesjonalizmem.

A jeśli ktoś, z kim się spotykamy, nie łapie tych sygnałów, nie zwraca uwagi na ubranie? Może tak w ogóle być?

jurczyk

Monika Jurczyk / fot. Joanna Czaczkowska

Moim zdaniem podświadomie zawsze zwracamy na to uwagę. Przeprowadzono badanie, w którym pracownikom banku po lewej stronie sali pozwolono nieznacznie rozluźnić krawaty, podczas gdy ich koledzy po prawej mieli je zaciągnięte nienagannie. Dziewięćdziesiąt procent klientów banku kierowało się na prawą stronę, choć nie potrafili powiedzieć dlaczego. Po prostu widzisz bankowca z rozluźnionym krawatem i myślisz, że coś jest z nim nie tak. Z kolei w słynnym badaniu Elliota Aronsona okazało się, że gdy mężczyzna w garniturze przechodził przez ulicę na czerwonym świetle, pozostali ludzie na chodniku ruszali za nim. Gdy jednak na czerwonym świetle przechodził ten sam mężczyzna, ale ubrany w dżinsy, to reszta pukała się w głowę. Dlaczego za jednym szli, a za drugim nie? Bo ten pierwszy miał garnitur, był postrzegany jako lider.

W swojej książce piszesz o sytuacji, gdy podczas spotkania w firmie byłaś pewna, że rozmawiasz z dyrektorką, a to była tylko jej asystentka. Czy to znaczy, że będąc asystentką nie można się ubierać tak dobrze jak dyrektorka?

Tak, to jest bardzo źle odbierane. Wychodzę z założenia, że należy się ubierać jak na stanowisko, na które się dopiero aplikuje. Profesjonalny wizerunek jest bardzo mocno związany z komunikatem, jaki wysyłasz. Jeśli swoim komunikatem wprowadzasz w błąd, możesz spowodować niemiłe sytuacje. Nasz profesjonalizm to też poznanie swojego miejsca i miejsca, w którym chcemy być. Ubranie ma pokazywać nas tylko o krok dalej, niż jesteśmy.

Słuchając ciebie można odnieść wrażenie, że skompletowanie profesjonalnej garderoby to spory wydatek.

Niekoniecznie. Po pierwsze, profesjonalna szafa nie wymaga zbyt dużej liczby ubrań, bo skoro mamy być konsekwentne, wiarygodne, to nie będziemy ich zmieniać co sezon. Dobry płaszcz może służyć nawet kilka lat. Po drugie – bardzo trudno jest zbudować prestiż w oparciu o tanie rzeczy. Co z tego, że kupisz tani żakiet, skoro po paru wyjściach będzie tak zniszczony, że trzeba będzie poszukać nowego? Zresztą, ubranie nie musi być super drogie. W mojej książce przytaczam piramidę ubierania się, która pokazuje, w które rzeczy należy zainwestować, a w które nie. Białe T-shirty, białe koszule niszczą się tak samo niezależnie od tego, czy mają logo wielkiego projektanta, czy sieciówki. Nie ma też potrzeby inwestowania w rzeczy, które należy wymieniać co sezon. Chciałabym, żeby kobiety się nauczyły, że nie muszą mieć dużo w szafie. Życie jest łatwiejsze, jeśli jest tam niewiele.

Ile rzeczy wystarczy, żeby być dobrze ubranym do pracy?

Codzienny standard to dwa żakiety, jedna dobra spódnica, dwie świetne sukienki, jedne spodnie, siedem gór na zmianę, trzy pary butów, świetny płaszcz, dobre dodatki – i już jesteś ubrana.
Ja też nie mam dużej szafy. Pozbywam się rzeczy raz na pół roku i dobrze mi to robi. A i tak zauważam, że jak coś strasznie lubię, to chodzę w tym, dopóki się nie rozsypie.

Jak wygląda twój zawodowy mundurek?

Nauczyłam się, że nie mogę być „za bardzo”, dlatego nie przesadzam z ubieraniem się na zakupy z klientkami, staram się siebie tonować, żeby ich nie przytłaczać. Dzięki teorii pacobowości zdałam sobie sprawę, że zupełnie inaczej muszę się ubrać na szkolenie do banku, inaczej na spotkanie z mamami wracającymi do pracy, a jeszcze inaczej do telewizji. Jednak zawsze konsekwentnie trzymam się swoich wyróżników: szminki, krótkich włosów i okularów. Do pracy zawsze muszę mieć wygodne buty. Kocham szpilki, ale do pracy nie ma takiej opcji. Ostatnio w Paryżu przymierzałam buty Fendi i były dwie wersje – na niskim i na wysokim obcasie. Pan sprzedawca, przeuroczy człowiek, przekonywał mnie do tych na wysokim, bo moje nogi wyglądały w nich super. Ja mu mówię: „słuchaj, ja jestem personal shopper, dużo chodzę i muszę mieć wygodne buty”. A on na to, że obcas nigdy nie jest za wysoki. Prawie strzelił focha, gdy wybrałam buty na niższym obcasie.

Czy czujesz że ludzie, postrzegając cię przez pryzmat twojej pracy, krytyczniej oceniają twój wygląd?

Jestem czerwono-żółta, a tacy mają to gdzieś. Żółci uważają, że są najlepsi na świecie i że się na wszystkim znają. Czerwoni są na tyle pewni siebie, że mają gdzieś, co inni pomyślą. Dlatego nie czuję presji, i kocham się ubierać. Ale mam takie dni, że nie chcę robić makijażu, a czasem chcę wyjść w dresie i butach emu. A potem idę na spotkanie biznesowe i ktoś mi mówi: „wiesz, moja koleżanka koło ciebie mieszka i mówiła mi, że jak wyrzucałaś śmieci, to byłaś w rozwleczonej bluzie”. A ja myślę, i co z tego, mam prawo chodzić w rozwleczonej bluzie, kiedy tylko chcę. Tak, wiem, że jestem oglądana. Mam nawet wrażenie, że w pewnym momencie tak bardzo się stroiłam, że zbudowałam mur wokół siebie, a ludziom zaczęło się wydawać, że jestem gwiazdą i nie da się ze mną pogadać.

To może jeszcze trochę zmniejszysz ten dystans i opowiesz o swoich kompleksach i słabych stronach?

Miałam straszny kompleks brzucha. Nadal chyba mam, ale zawzięłam się i ćwiczę, choć kocham jeść. Ja nigdy się nie czułam pięknością. Gdy czasem w knajpie jakiś facet próbuje mnie poderwać i widzę, że to ten najprzystojniejszy na sali, myślę sobie: „O Boże, zwariował. Ja?” Zawsze postrzegałam siebie jako tę oryginalną, a nie jako piękną. Owszem, dawniej wydawało mi się, że nie jestem standardowa. Od tamtego czasu dużo się zmieniło, ale nadal zdarza się, że kiedy wracam w moje rodzinne strony i ktoś, kto mnie dawno nie widział, mówi: Boże, jaka ty jesteś teraz ładna.

Poczucie oryginalności miało ci rekompensować poczucie braku bycia piękną?

Tak. Natomiast teraz coraz częściej myślę: no tak, jestem ładna. No, nie myślę tak codziennie, nie budzę się dzień po dniu z myślą, że jestem piękna. Raczej, że jestem fajna.

Lepiej być pięknym czy fajnym?

A nie lepiej mieć wszystko?

Kiedy zaczęłaś zwracać uwagę na to, jak się ubierasz?

O, zaczęłam szybko, ale popełniałam masę błędów. Ubierałam się strasznie dziwnie. Już w podstawówce nie lubiłam się ubierać jak inne koleżanki. Był nawet moment, gdy do srebrnej sukienki nosiłam buty do biegania.

Kiedyś zostałam wyrzucona z lekcji religii za moją różową sztruksową sukienkę, która obrażała Boga.

Uczyłam się głównie od babci, która dawała mi oparcie w moich poszukiwaniach. Ubranie było dla mnie zawsze ważne. Tyle że wcześniej zależało mi przede wszystkim, żeby być oryginalną. Odzywała się ta moja żółta domieszka. Teraz ważniejszy jest komunikat dla otoczenia i to, jak ja się w tym czuję.

Studiowałaś politologię. W jaki sposób z polityki przeskoczyłaś do mody? To tak odległe od siebie światy.

No, nie aż tak odległe. W liceum byłam młodą polityczką, przewodniczącą sejmiku wojewódzkiego, która do ratusza przychodziła w czerwonych martensach. Lubiłam łamać schematy. Kiedy przyjechałam na studia do Krakowa okazało się, ze działalność samorządowa to jest zupełnie coś innego niż polityka, i że znowu musiałabym robić dokładnie to, co robiłam w liceum. Nudy. Ktoś mnie złapał na ulicy i zaprosił na casting do agencji modelek. To było 10 kilogramów temu, a że nie narzekałam na nadmiar gotówki, zaczęłam robić zdjęcia i chodzić w pokazach, kiedy potrzebowali oryginalnych dziewczyn z krótkimi włosami. Bycie modelką nie podobało mi się. Ale ubrania mi się podobały, i praca z ubraniami też. Moja agencja modelek działała przy Szkole Artystycznego Projektowania Ubioru, i pani dyrektor zauważyła, że z modelingiem nie bardzo jest mi po drodze, ale wiedziała też, że robię specjalizację dziennikarską, więc zaproponowała mi robienie gazety dla SAPU, i tak się zaczęło.

Kiedy zaczęłaś pracować jako personal shopperka?

Zaczęłam od małych kroczków. Najpierw pracowałam w SAPU, potem przez pół roku jako visual merchandiser w sieciówce. Zwolniłam się stamtąd sama – straszna praca, lobbing… Ale jestem im wdzięczna, bo dzięki nim postanowiłam, że nie będę tak pracować. Byłam dopiero na drugim roku studiów, ale już wiedziałam, że również praca w korporacji nie jest dla mnie. W tym czasie przyjaciółka z Londynu opowiedziała mi, jak się tam robi zakupy z personal shopper. Nim zjadłyśmy po ciastku i wypiłyśmy kawę, zdążyłyśmy wymyślić nazwę, logo i wszystko co potrzebne, aby ta usługa zaczęła się sprzedawać w Polsce. Ponieważ jestem czerwono-żółta, po prostu zaczęłam to robić, w ogóle się nie zastanawiałam.

Skąd ci przyszło do głowy brać pieniądze za coś, czego sama się dopiero uczyłaś?

Na początku to były tak małe pieniądze! Moja usługa kosztowała chyba 100 zł za dzień. Miałam doświadczenie z SAPU i ze sklepu, wiedziałam, jak się ubiera ludzi, a reszty się nauczyłam. Kupiłam nieliczne książki na ten temat, które były dostępne po polsku, i trochę po angielsku, i zaczęłam się kształcić. Mój pierwszy klient, który jest nadal moim klientem, do tej pory nie wie, że był pierwszy.

Do był duży stres?

Tak, wielki, ale już na tych pierwszych zakupach okazało się, że jestem w tym dobra.

Podczas zakupów rozpierała mnie radość. Robię to już dziewiąty rok i nadal mam ten moment, że chce mi się płakać, jak znajdę na przykład dobry płaszcz. Ze szczęścia.

Shopperkom, które uczę, powtarzam, że bardzo wiele osób zna się na ubieraniu, na modzie, ma gust, ale jak człowiek nie kocha ludzi, nie będzie potrafił tego robić. Super ważne jest to, jak ludzie czują się z tobą na zakupach, a to poznasz po tym, że chcą się umawiać na następne. Moja politologia też mi pomaga – dzięki niej potrafię się ze wszystkimi dogadać. To są studia, które wszechstronnie rozwijają. Nie czuję się tylko panią od mody, od zakupów, ciuchów. I widzę, jak ubranie może zmienić życie. Bo ono naprawdę zmienia życie moich klientek i klientów.

Jakim sposobem?

jurczyk monika

Monika Jurczyk / fot. Joanna Czeczkowska

Często trafiają do mnie klientki, które są na jakimś zakręcie. Nigdy nie chodzi tylko o ubrania. Gdyby były tylko ciuchy, wystarczyłoby przejrzeć gazetę albo zobaczyć stylizację u nas na stronie WWW, a potem pójść i kupić nowe ciuchy. Zawsze w tle jest coś ważnego. No i po zakupach zdarza się, że klientka zmienia się tak bardzo, iż postanawia zmienić także swojego życiowego partnera. Bo jeśli kobieta nie czuje się z mężczyzną piękna i doceniona, a widzi w TV te wszystkie babeczki, które płaczą na kozetce u Mai Sablewskiej, to w końcu myśli sobie: „Też bym tak chciała”. I zmienia swój wygląd, i zaczyna się czuć piękna. Wtedy zauważa, jak zmieniają się na jej widok reakcje innych ludzi. To zazwyczaj pierwszy krok, żeby zrobić coś jeszcze. Jeśli rośnie twoje poczucie wartości, to masz odwagę powiedzieć, że się na pewne rzecz nie zgadzasz, niezależnie czy to jest życie prywatne – relacje z matką, przyjaciółką, kimkolwiek – czy praca, gdzie potrzebujesz kopniaka, żeby pójść i powiedzieć: „Chcę zarabiać więcej, bo jestem świetna”. Kiedy dobrze wyglądasz, to te rzeczy przychodzą łatwiej.

A mężczyźni? Też się zmieniają?

Z mężczyznami jest tak samo. Dobrze ubrany facet nie musi być przystojny, bo i tak dobrze wygląda. Zauważa, jak zaczyna działać na otoczenie, zarówno na kobiety, jak i na mężczyzn, z którymi się spotyka, negocjuje. Szybciej do niego dociera, że kiedy świetnie wygląda, to i więcej może, a im szybciej to pojmuje, tym szybciej staje się samcem alfa. Wtedy już nic go nie zatrzyma.

Czy miałaś w swojej pracy jakieś pamiętne sytuacje?

Pamiętam wzruszającego maila. Miałam we Wrocławiu klientkę, którą ubierałam w czasie pierwszej ciąży i później. Potem była w drugiej ciąży i okazało się, że dziecko urodzi się bardzo chore. Rozumując stereotypowo założyłam, że przestanie korzystać z moich usług, bo ma dużo ważniejsze rzeczy na głowie. Tymczasem ona napisała mi wzruszającego maila, że nadal chciałaby dobrze wyglądać, bo nie chce, aby dziecko, gdy będzie starsze, poczuło, że ona powiesiła się na krzyżu z jego powodu. To było mocne. Wstrząsnęło mną.

Aneta Pondo

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach