Home / Rozwój  / Psychologia  / Jak kupować, żeby nie zwariować?

Jak kupować, żeby nie zwariować?

Minimalizm. Garderoba kapsułowa, zero waste, #noshoppingchallenge i brak telefonu w okolicy łóżka. Czyli ograniczenie konsumpcji

Kobieta zmęczona zakupami jako ilustracja tekstu o minimalizmie

Mam wszystko. Tylko okazuje się, że rano muszę kupić bilet do tramwaju. Boli mnie głowa i chciałabym wypić kawę. Co więcej, zgłodniałam, a nic ze sobą nie wzięłam. Chętnie kupiłabym też obiad do domu, bo nie chce mi się gotować, a w drogerii widzę mój tusz do rzęs w obniżonej cenie. Drobiazgi. A potem zaczynam się zastanawiać: kiedy ostatnio był dzień, w którym nic nie kupiłam? / fot. Fotolia

Wchodzisz do sklepu i na samym środku widzisz górę zabawek. Minus 70%. Skąd wiedzieli, że właśnie chciałaś jakieś kupić?

 

Przecież te tanie zabawki nie przyjechały do Polski dwa tygodnie temu, kiedy wpadłaś na pomysł zakupów! Chociaż… może i sama na to wpadłaś, ale może usłyszałaś reklamę w radiu. Albo zauważyłaś banner w trakcie sprawdzania poczty. Te wszystkie plastiki i plusze zamówiono pewnie rok temu. Zdecydowano, co najchętniej powinnaś kupić w tym roku. Laleczka z fioletowym wózkiem czy zieloną butelką? A może drewniany zestaw z kolejką? Potem produkcja. Tu nawet nie zaglądam, bo to inny temat, na zupełnie inną refleksję, ale sweatshopy* wszystkim nam powinny spędzać sen z powiek… Potem transport. Statki. Czasem któryś utonie. Ale większość dotrze do lokalnych dystrybutorów. Potem tiry i jazda. Do celu już blisko. Wreszcie jest. Sklep. Mocne światło. Dużo plakatów. Tak żeby niczego nie przegapić. Wchodzisz i na samym środku widzisz górę zabawek. Minus 70%. Jak mogłabyś nie skorzystać?
Tak było jeszcze parę tygodni temu. Minęły Święta. Minęły Black Friday, Cyber Monday, Mikołaj, akcja „Karp”, a nawet fajerwerki za pół ceny. Nastał Nowy Rok, a wraz z nim plany, pomysły i poczucie świeżości. Emocjonalna i finansowa gęstość grudnia ustąpiła nowemu, wyczyszczonemu światu. Do następnej orgii daleko.

Świat z tabelki

Ten wyczyszczony świat wciąż jednak ma ci wiele do zaoferowania. W styczniu odchudzanie, czyli drobny sprzęt sportowy, w lutym karnawał, w marcu sprzątanie i rowery, w kwietniu Wielkanoc, w maju grill. Potem lato, podróże i ‒ z końcem lipca – powrót do szkoły. I do biura. Wreszcie – akcje samochodowe i ciuchy na zimę. Chryzantemy na groby. I znowu. Kalendarz adwentowy, Mikołaj, Black Friday, prezenty, choinki, wyprzedaż zabawek. Brzmi znajomo? Większość promocji i sprzedażowych akcji, które oglądasz w sklepach, zaplanowano wiele miesięcy, a czasem i lat wcześniej. Współczesny rynek jest siecią, która funkcjonuje w świadomy i zorganizowany sposób. Bez tabelek i twardej organizacji ciężko przewieźć produkty z jednego końca świata na drugi. A przecież nie jesz tylko polskich jabłek. Lubisz też kiwi i melony. Pitają i persymoną też nie pogardzisz. A one jadą do ciebie dużo dłużej niż kilka godzin. Wygląda więc na to, że jedyną istotą w tym pięknym i poukładanym łańcuchu potrzeb, wrażeń i impulsywnych ekscytacji, nieprzygotowaną do tego doświadczenia, jestem ja. I ty. Bo robimy dokładnie to, czego się od nas oczekuje.

Shopping

Jak wielokrotnie dowiodła Carrie Bradshaw (Seks w wielkim mieście), zakupy to stan umysłu, to pociecha, styl życia i manifestacja pozycji społecznej. Zwłaszcza, jeżeli kupuje się piękne buty Manolo Blahnika, a nie śmietanę osiemnaście procent, ani ziemniaki luz (czyli na wagę). I choć od premiery pierwszego sezonu tego serialu mija w tym roku 20 lat, a przez świat przetoczył się ekonomiczny kryzys, nad-kupowanie jest oczywistością.

Shopping to dziś bardziej aktywność i sposób myślenia, a nie czynność pośrednia pomiędzy stanami nieposiadania i posiadania tego, co potrzebne.

Nie jest to już nawet manifestacja stylu życia ‒ shopping stał się doświadczeniem powszechnym i jestem pewna, że nie tylko ja wychodzę ze spożywczaka z dużo większą liczbą rzeczy, niż planowałam. Wiem, że robisz tak samo.

Minimalizm

Nawet gdy wychodzę z wystawy Bruegela w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum, wychodzę przez sklepik. Zbudowany tu na chwilę, na potrzeby wizytujących wystawę. I są tu bańki z Bruegelem, kalendarze, zeszyciki, długopisy, plakaty, a nawet ręczniki. I wszystko jest śliczne. I oczywiście coś kupuję. Chociaż nie miałam tego w planie. Tak samo jest w Albertinie. Musisz coś kupić, inaczej serce ci pęknie.
Jak trudno jest nie kupować orientuję się, gdy – skuszona instaświatem – próbuję podjąć się wyzwania #noshoppingday. Wydaje się, że to nic. I tak nie planowałam niczego specjalnego. Mam wszystko. Tylko okazuje się, że rano muszę kupić bilet do tramwaju. Boli mnie głowa i chciałabym wypić kawę. Co więcej, zgłodniałam, a nic ze sobą nie wzięłam. Chętnie kupiłabym też obiad do domu, bo nie chce mi się gotować, a w drogerii widzę mój tusz do rzęs w obniżonej cenie. Drobiazgi. A potem zaczynam się zastanawiać: kiedy ostatnio był dzień, w którym nic nie kupiłam?
Z tej refleksji znów wracam do instaświata i odkrywam remedium na wszystko. Minimalizm. Garderoba kapsułowa, zero waste, #noshoppingchallenge i brak telefonu w okolicy łóżka. Czyli ograniczenie konsumpcji. Szybko trafiam na kanał Matta D’Avelli – internetowego twórcy (autor filmu: Minimaliści. Dokument o ważnych sprawach, dostępny na Netflixie) i guru minimalizmu. Krążę dalej i widzę kolejne filmiki innych vlogerów „50 rzeczy, których już nie kupuję”, „30 dni bez zakupów” czy wystąpienie dziennikarki Michelle McGagh na TEDx „Mój rok bez wydawania”. Wspaniałe, tylko dlaczego od razu mam wyrzuty sumienia, że tak nie potrafię?

Kupuj poza sezonem

Wciąż nie wiem, jak kupować, żeby nie zwariować. Ale jeżeli stoję w korku, to wciąż będę w nim stać, nawet słuchając najmilszej muzyki i najlepszych guru minimalizmu. I ty też w nim stoisz, choć wiem, że jest wiele doskonałych gospodyń, kupujących xmasowe prezenty na styczniowych wyprzedażach. Bo korporacyjny rytm handlowy i kalendarz się nie zmieniają. A Boże Narodzenie jest co rok. I Wielkanoc. I powrót do szkoły. I letnie wyjazdy. I chryzantemy. I Black Friday. I wyprzedaż zabawek. I fajerwerki. I styczniowe odchudzanie. I rowery. I łopatki ogrodowe. I Wielkanoc. I tak dalej.

*sweatshopy to fabryki i zakłady pracy cechujące się złymi warunkami technicznymi, łamaniem praw pracowniczych, wykorzystywaniem finansowym pracowników, w tym – często – dzieci. Tak. Tak powstał zapewne twój telefon. I mój podkoszulek.

Anna Petelenz

Autorka bloga www.wzwiazkuzekranem.pl. Jedną nogą w Krakowie, drugą w Wiedniu. Najchętniej pisze o sztuce, korpo i kobietach. Najchętniej w towarzystwie czarnej kawy

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • SylwiaWojda Luty 23, 2019

    Dobrze napisane… diagnoza dzisiejszych czasów. \ja ostatnio poczytałam o efekcie latte..dotyka to własnie drobnych wydatków i impulsywnego kupowania.. Leczę się 🙂 Jak zawsze wspaniały artykuł!

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach