Friday, June 18, 2021
Home / Rozwój  / Psychologia  / Miłość w czasach Facebooka

Miłość w czasach Facebooka

Facebook lepiej niż ty sama wie, kto ci się podoba, a kto nie i kiedy podsunąć ci reklamy wózków dla dzieci. Czy portale społecznościowe zabijają miłość i szkodzą związkom, odzierając nas z intymności?

W social mediach namiętnie śledzimy naszych byłych. Sprawdzamy, czy ich życie bez nas jest dobre. | fot. Fotolia

Facebook lepiej niż ty sama wie, kto ci się podoba, a kto nie i kiedy podsunąć ci reklamy wózków dla dzieci. Czy portale społecznościowe zabijają miłość i szkodzą związkom, odzierając nas z intymności? – Wszystko zależy od nas, użytkowników – mówią Agnieszka Molęda i Magdalena Laskowska-Burek, eskpertki social media z Socjomanii

W social mediach namiętnie śledzimy naszych byłych. Sprawdzamy, czy ich życie bez nas jest dobre. | fot. Fotolia

W social mediach namiętnie śledzimy naszych byłych. Sprawdzamy, czy ich życie bez nas jest dobre. | fot. Fotolia

W trakcie zakładania konta Facebook zadaje nam pytanie: kto cię interesuje – kobiety czy mężczyźni. Dlaczego?
Agnieszka Molęda: To pytanie sprawiło mi pewne trudności, kiedy zakładałam konto. Interesują mnie ludzie bez względu na płeć, a to nie ma nic wspólnego z orientacją seksualną. Facebook to nie jest portal randkowy, ale wielu użytkowników to pytanie traktuje w tych kategoriach.

Czyli w Facebooku zawsze chodziło o seks i związki?
Magdalena Laskowska-Burek: To jest pytanie do użytkowników o to, czego oni szukają – seksu, związku, kontaktów zawodowych, i tu to znajdą. Facebook obserwuje potrzeby i dostosowuje swoje narzędzia, by na nie odpowiadać i je zaspokajać. Bo zadowolić klienta znaczy tyle, co powstrzymać go od szukania innego serwisu społecznościowego.

Marketing?
A: Oczywiście. I im bardziej szczerzy jesteśmy, tym lepiej dla marek – większa szansa, że trafią do nas z odpowiednim produktem. Para z długim stażem w końcu zostanie zaatakowana reklamami sal weselnych albo produktów dla dzieci. Sami ujawniamy wiele informacji o sobie, a firmy umiejętnie je przetwarzają. Dlatego warto chronić swoją prywatność, żeby nasze życie intymne nie stało się towarem.

Skąd się biorą trendy panujące w social mediach, takie jak np. publikowanie selfie po seksie? To też pomysł marketingowy?
A: Po pierwsze, jest to ewolucja trendu na selfie w ogóle. Robiliśmy sobie selfie w przymierzalni, w łazience, w lustrze… więc czemu nie po seksie? Fenomen samego selfie wynika z szybkości, z jaką możemy podzielić się zdjęciem z dużą liczbą ludzi. Po drugie – to naśladowanie gwiazd. Obserwujemy ich życie na Instagramie, gdzie dzielą się z nami zdjęciami z prywatnych momentów życia. A my chcemy być tacy jak oni.
M: To potrzeba ekshibicjonizmu w skrajnej postaci. Granice intymności zostają przekroczone.

Może osoby, które opublikowały selfie po seksie, chciały się pochwalić, że są z kimś i są szczęśliwe?
A: Podejrzewam, że dużo ludzi robi zdjęcia w takich momentach szczęścia. Aparat w telefonie jest zawsze pod ręką.
M: Nie wiem, na ile jest to autentyczne, a na ile to próba autopromocji – tworzenia wizerunku wyzwolonej, pewnej siebie osoby. Jeśli ktoś śpi z kimś tylko po to, żeby to później pokazać całemu światu, to wątpię w autentyczność uczuć. W momencie kiedy emocje są tak silne, jak w czasie stosunku, to jednak niewielu myśli, czy ma pod ręką telefon, żeby zrobić zdjęcie.

Zrobić zdjęcie i pokazać innym. Na przykład byłemu chłopakowi…
M: Tak, naszych byłych śledzimy w social mediach namiętnie. Sprawdzamy, czy ich życie bez nas jest dobre. Czy dobrze zrobiłam, że już z nim nie jestem. Bo jeśli ma zdjęcia z wakacji w Azji z nową dziewczyną, a ja byłam tylko nad morzem z koleżanką, to jednak trochę szkoda.
A: Widać kilka tendencji, m.in. usuwanie zdjęć z byłymi po rozstaniu oraz – i to trend obserwowany głównie wśród kobiet – emanowanie porozstaniowym szczęściem. Żeby wszyscy, a przede wszystkim on, widzieli, jak ona sobie świetnie bez niego radzi, nawet jeśli w rzeczywistości płacze w poduszkę. Jest też wreszcie praktyka usuwania byłych z grona znajomych.
M: Czasami zdarzają się też prośby do przyjaciół o usunięcie byłych ze znajomych.

Czy takie zachowania w social mediach są dozwolone? Czy tak wypada?
M: Jeśli jest to powszechne wśród naszych znajomych, to nie ma problemu. To grupa, do której należymy, grupa naszych znajomych, wyznacza normy w social media.

A co ze statusami związków? Zmieniać je? Czy to trąci dziecinadą? Według analiz Facebooka, są to jedne z najpopularniejszych działań użytkowników – są najbardziej lajkowane i komentowane.
A: To bardzo indywidualna kwestia. Niektórzy od razu, inni po jakimś czasie zmieniają statusy. A niektórzy nie mają w ogóle takiej potrzeby.
M: Zmiany statusów związków są dość ekscytujące i jest pewna grupa osób, która to śledzi i łaknie tych informacji.

Chyba najciekawszym statusem jest „to skomplikowane”…
A: Tak, to jest ciekawe zjawisko. Był nawet trend na status „to skomplikowane”. Traktowano go prześmiewczo, z dystansem. Choć pewnie część osób podeszła do sprawy całkowicie poważnie. Ciekawe, co się wtedy kryło za tym skomplikowaniem…

A co, jeśli się rozstaniemy? Zmieniamy status na „wolny” i cały świat się dowiaduje, że coś nam się nie udało?
A: Tak, i to jest powód, dla którego niektórzy w ogóle nie podają informacji o związku.
M: To jest komunikat o porażce, ale można ją przekuć w sukces. Kobieta informuje: „zerwałam z nim”, i oczekuje komentarzy: „on nie był ciebie wart, znajdziesz sobie lepszego”. W przypadku mężczyzny komunikat, że znów jest wolny, ma dotrzeć do wolnych dziewczyn, które ma wśród znajomych, bo chce, żeby się o tym dowiedziały.

A czy to prawda, że Facebook wie wcześniej niż my – zanim jeszcze zmienimy status, o ile go zmieniamy – że się rozstaniemy?
A: Facebook potrafi łączyć informacje o tym, jak często wchodzimy na czyjś profil, z kim rozmawiamy, czyje posty lajkujemy i komentujemy, i częściej wyświetla statusy tej osoby. To algorytm. To nie jest wiedza, ale mocne przesłanki oparte na danych wskazujących, że mamy z tą osobą wiele lub co raz mniej wspólnego.

Facebook przygląda się naszym związkom, ale też pomaga je aranżować. Aplikacje takie jak Snapchat czy Bang With Friends są idealne do flirtu i nawiązywania relacji o charakterze seksualnym.
A: Tu dużą rolę odgrywa specyfika zachowań. Snapchat np. to szybka wymiana informacji, które po chwili znikają, więc jest idealna do flirtu czy seksualnej korespondencji. To także efekt tego, jak się komunikujemy w ogóle: wysyłamy sobie szybko krótkie komunikaty, często w formie obrazków. Powstają też aplikacje i portale łączące ludzi ze względu na status społeczny czy wykonywany zawód. Bardzo popularny jest Tinder, którego używamy, szybko scrollując ludzi i oznaczając, kto się nam podoba, z kim chcemy się spotkać, a z kim uprawiać seks.

Według badań prof. Zbigniewa Izdebskiego („Raport Polpharmy Zbigniewa Izdebskiego nt. seksualności Polaków w Internecie, 2010 r.”), 30 proc. Polaków uprawia seks z osobą właśnie niedawno poznaną w sieci.
M: W internecie często jesteśmy bardziej śmiali, na więcej sobie pozwalamy, ale później trudno jest kontynuować relację w rzeczywistości.
A: Z badań wynika, że 70 proc. ludzi przekłamuje informacje o swoim wyglądzie. Instagram daje nam narzędzia do szybkiego manipulowania zdjęciami. Bywa, że sieć służy nam do podbudowania własnego „ja”, które mocno koloryzujemy. Z drugiej strony internet może pomóc. Gdy prześledzimy czyjś profil na Facebooku lub innym portalu, to wiemy, jakie ta osoba ma poglądy, co lubi robić, gdzie bywa.
M: To jest jak przeglądanie katalogu. Coś musi nas w profilu tej osoby zainteresować. Może to być jakiś ciekawy post albo sposób, w jaki do nas zagada.

Czyli FB ułatwia nawiązanie relacji, która może się przerodzić w związek. Ułatwia też zdradę. Według badań, social media i SMS-y są podstawowym narzędziem zdrady.
M: Myślę, że jak ktoś chce zdradzić, to i tak zdradzi. Ale faktycznie internet ułatwia poszukiwanie, bo zwiększa dostępność osób, które są zainteresowane.

Jak kochamy w erze Facebooka? To uczucia na pokaz, skażone uzależnieniem od lajków i komentarzy?
M: Facebook odzwierciedla jedynie dynamikę naszego życia. Oczywiście są osoby, które łakną społecznej akceptacji, więc treści, które publikują, są obliczone na lajki, jednak jestem daleka od generalizowania. W psychologii funkcjonuje określenie głasków pozytywnych, czyli bodźców dostarczających przyjemności – mogą to być pochwały czy życzliwe słowa pod naszym adresem. Każdy ich potrzebuje do prawidłowego funkcjonowania, ale niektóre osoby potrzebują ich więcej. W świecie wirtualnym takimi głaskami są lajki. Ludzie, którzy mają za mało pozytywnych bodźców w życiu realnym, szukają ich w sieci. I znajdują.

Paulina Bandura

Magdalena Laskowska-Birek – związana z branżą internetową od 2006 roku. Z wykształcenia specjalistka od komunikacji społecznej, z pasji fanka nowych technologii. Obecnie strategy manager w Socjomanii.

Agnieszka Molęda – absolwentka socjologii multimediów i komunikacji społecznej na AGH. Jest specjalistką od public relations w obszarach digital, branży gier video i motion capture. Od czterech lat odpowiada za działania wizerunkowe, marketingowe i content marketing firm.

tomaszmateriał pochodzi z nr 1/2015

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach