Home / Rozwój  / Psychologia  / Michalina Wisłocka – pani od „tych rzeczy”

Michalina Wisłocka – pani od „tych rzeczy”

Sex coach teraźniejszości o "sex coach" przeszłości. Czego nauczyła nas kontrowersyjna ginekolożka i pisarka?

"Sztuka kochania" / fot. materiały prasowe

„Czasem, kiedy rozmawiałem z Michaliną o seksualności człowieka i nieopatrznie użyłem sformułowania, że zajmuje się seksem, natychmiast poprawiała mnie: Ty pamiętaj, ja nie zajmuję się seksem, ja zajmuję się miłością” – tak o Michalinie Wisłockiej mówił jej przyjaciel, znany seksuolog Zbigniew Izdebski w książce Violetty Ozminkowski Sztuka kochania gorszycielki

"Sztuka kochania" / fot. materiały prasowe

„Sztuka kochania” / fot. materiały prasowe

Kim była autorka jednego z pierwszych w Polsce przewodników po seksualności? Ginekolożką i pisarką. Dla jednych niekwestionowanym autorytetem, dla innych skandalistką, bez zahamowań zdradzającą szczegóły swojego intymnego pożycia. Dla jednych prekursorką seksuologii, dla drugich grafomanką bez naukowego warsztatu. Dla jednych odważną, bezkompromisową, gotową podważać społeczne tabu, dla drugich ekscentryczką z łagodnym autyzmem, szczerą aż do bólu, nierespektującą cudzych granic.

Zawsze na skrajnych biegunach: samotna albo nieprzytomnie zakochana; pogrążona w pracy lub bezczynnym marazmie. W barwnych strojach, nieodłącznej chustce na głowie, kolorowy ptak, „Malowanka”. Sprowadziła seks na ziemię, choć postulowała, by nie oddzielać go od miłości. Uczyła kobiety przeżywania rozkoszy, a mężczyzn – wrażliwości na żeńskie potrzeby. Leczyła niepłodność i walczyła o dostęp do antykoncepcji (przez co wśród konserwatywnych zasłużyła sobie na miano „Hitlera nienarodzonych dzieci”). Bezpruderyjna, znacznie wyprzedziła swoją epokę, żyjąc w trójkącie miłosnym (ona + mąż + przyjaciółka) w czasach, gdy seks pozamałżeński nadal nazywany był cudzołóstwem. Nadmiernie wrażliwa (omal nie umarła z miłości – gdy rozstała się z mężem, zachorowała na zapalenie mięśnia sercowego), obawiała się, że sama nigdy nie zazna cielesnych rozkoszy.

Michalina Wisłocka / fot. Agencja BEWPhoto

Michalina Wisłocka / fot. Agencja BEWPhoto

Jej najważniejsza książka, Sztuka kochania, ukazała się w 1976 roku. Śmiało można nazwać ją największym fenomenem wydawniczym PRL-u (kto wie, czy nie wszech czasów?). Podobno przez dziesięć pierwszych lat sprzedano siedem milionów egzemplarzy (nie licząc pirackich kopii krążących na czarnym rynku). Więcej niż Pana Tadeusza i Biblii. Każdy, kogo świadome życie zahaczyło o tamtą epokę, miał ją w ręku lub przynajmniej słyszał ten tytuł. Wisłocka wywołała w Polsce rewolucję.

Zanim jednak Sztuka kochania stała się bestsellerem, przeleżała swoje na cenzorskich półkach. Autorce oberwało się też od medycznych autorytetów. „Zalecam redukcję gadulstwa i smakoszostwa trącącego dla czytelnika erotomanią. Nadmiar recept ośmiesza autorkę, oscylując na krawędzi pornografii, i jest zbędny. Notabene: w całej znanej mi literaturze światowej nie widziałem ponad stu stron informacji na temat stosunku i orgazmu (no to zobaczyłem)” – wyzłośliwiał się profesor Kozakiewicz (Sztuka kochania gorszycielki).

W PRL-u Wisłocka była gwiazdą. Kiedy w 2005 roku umierała, była w biedzie, praktycznie zapomniana. Reżyserka Maria Sadowska postanowiła wskrzesić ją w filmie „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, który 27 stycznia wchodzi na polskie ekrany. Z tej okazji i my chcemy przypomnieć o jej prekursorskiej działalności. Rozmawiamy z Martą Niedźwiecką, popularyzatorką świadomości seksualnej, pierwszą w Polsce certyfikowaną sex coach.

Sex coach, Marta Niedźwiecka / fot. Gosia Turczyńska

Sex coach, Marta Niedźwiecka / fot. Gosia Turczyńska

Sztuka kochania natychmiast stała się bestsellerem. Mówiono nawet, że jej wydanie zapoczątkowało rewolucję seksualną w Polsce. Na czym polegał fenomen książki Wisłockiej?

Jego składowe były dwie. Fakt, że sprzedano aż siedem milionów egzemplarzy, wynika zarówno z treści książki, jak i okoliczności jej powstania. W czasach, o których mówimy, w Polsce nie było poradników dotyczących seksualności. Były książki popularnonaukowe, które posługują się trochę innym językiem. Wielka zaleta książki Wisłockiej polega na tym – co wcale nie jest takie łatwe do powtórzenia – że została napisana dla normalnych ludzi, a nie dla akademików. Czytelnicy, czyli zwyczajni ludzie uprawiający seks, dostali pozycję miarodajną, rzeczową, przygotowaną z uwzględnieniem ówczesnego stanu badań.

Mimo że autorka nie była seksuologiem.

Na tym też zasadza się przełomowość Sztuki kochania. Wisłocka nie była seksuologiem – była ginekologiem, praktykiem. Napisała książkę z punktu widzenia lekarki, która styka się z problemami ludzi. Cały ten przekaz był blisko człowieka. W odróżnieniu od bardzo drętwych książek naukowych czy popularnonaukowych.

Wisłockiej udało się odpowiedzieć na społeczne zapotrzebowanie?

Jej książka pojawiła się na pustyni seksualności, gdy powszechne były braki w świadomości, edukacji i zapóźnienie mentalne. I to jeszcze w czasach, kiedy książki cieszyły się dużą estymą.

Teraz wolimy korzystać z innych źródeł.

Obecnie pojawia się stosunkowo dużo dobrych, a przynajmniej przyzwoitych książek o seksie. Tylko my już tak nie czcimy słowa drukowanego. Coraz bardziej ufamy internetowi, który stał się najważniejszym źródłem informacji. Michalina Wisłocka pisała w czasach, w których istniał też tzw. drugi obieg, szara strefa obrotu kopiowanymi książkami, więc można było kupić Sztukę kochania i na czarnym rynku. Wiem od reżyserki filmu, że nakręciła scenę, w której Wisłocka idzie na słynny bazar Różyckiego w Warszawie i ogląda pirackie kopie swojej książki.

W jednym z wywiadów Wisłocka wspomniała o tym, że jej pacjentki w ogóle nie potrafiły mówić o swoim ciele ani seksualności. Pokazywały: tu mnie boli, albo narzekały na „te sprawy”. To ona nauczyła Polaków intymnego języka?

Z językiem jest tak, że nikt nie może go wynaleźć samodzielnie, to jest proces, a nie jednorazowe wydarzenie. Ale Sztuka kochania i inne publikacje tego typu rzeczywiście tworzą jakiś wspólny mikrokosmos mówienia o seksie. Wisłocka bardzo się nam językowo przysłużyła, dzięki niej dostaliśmy podstawy przystępnego słownika, ani medycznego, ani wulgarnego. Proces nauki nie jest jednak zakończony. Polacy nadal mają straszny problem nie tylko z mówieniem o seksie, ale i ze zgodą na mówienie o nim. Na to się składa wiele czynników, łącznie np. z przekonaniem, że rozmowa o seksie zabija sam seks. To jest bardzo polskie myślenie.

Skąd się to bierze?

Z historycznych uwarunkowań. Jako wspólnota kulturowa myśmy się nigdy specjalnie nie zajmowali seksualnością. Woleliśmy politykę, historię, walkę o niepodległość, ogólnie „wielkie sprawy”. Do tych rzeczy mamy bardzo bogaty język, ale do mówienia o miłości, w tym także fizycznej, już nie.

Zgadza się pani z Wisłocką, że dobrym źródłem języka erotycznego jest literatura piękna? A może lepiej korzystać ze słowników medycznych?

Jeśli to jest pytanie o praktyczne poszukiwania własnego języka, wcale bym nie wybierała, tylko stawiała na różnorodność źródeł. Czasem sprawdzi się język poezji, a czasem np. staropolszczyzna, która jest jędrna i dosadna. Raz będziemy potrzebować terminu medycznego, a kiedy indziej – psychologicznego. Tu nie ma jednej drogi.

Czy Sztuka kochania bardzo się zestarzała?

Moim zdaniem to wciąż jest porządny poradnik o seksie. Wisłocka wiele kwestii wykłada w naprawdę fajny sposób. Weźmy słynny fragment o pozycjach seksualnych, który w swoim czasie wzbudzał spore kontrowersje, a nadal okazuje się bardzo pragmatyczny. Wisłocka udowadnia, że czasem wystarczy zmienić pozycję, żeby rzeczy zaczęły się dziać same. Że można się dostosowywać do anatomicznych uwarunkowań. Że satysfakcja wzrasta. Że da się kontrolować czas erekcji i przebieg stosunku.

Nie wszystko pewnie jest aż tak aktualne?

Zmienił się chociażby stosunek do antykoncepcji. Na szczęście w nowym wydaniu Sztuki kochania poświęcony jej rozdział został poprawiony. Wyszedł z tego bardzo nowoczesny przewodnik, który stanowi doskonały kontrapunkt dla informacji, które się po prostu zdezaktualizowały. Trochę się niestety zestarzał język Sztuki kochania, w tym sensie, że nieco przypomina XIX-wieczne poradniki dla panien. Książki, które dotyczą niby żeńskiej seksualności, ale na koniec dnia i tak wracają do tzw. androcentrycznego modelu seksualności, w którym najważniejszy jest seks z penetracją. Czyli z pozoru kobieta może mieć swoje potrzeby i chcieć korzystać z różnych technik seksualnych, ale ma świadomość, że i tak zwieńczy je penetracja. A że w penetracji uczestniczy penis, wszystko kończy się, brzydko mówiąc, na chłopie.

Mężczyzna jest tym ostatnim akcentem, bez którego życie seksualne kobiety się nie dopełni?

To jest już na szczęście bardzo oldskulowy sposób myślenia. On nadal pokutuje, ale seksuologowie na świecie (choć niekoniecznie w Polsce) mówią: „stop!”. Kobieta w swojej seksualności jest samodzielna i samoistna. Może korzystać zarówno z masturbacji, seksu z kobietą, jak i seksu z mężczyzną. Na świecie doszło do dramatycznego obniżenia statusu penetracji.

Dlaczego?

Dowiedzieliśmy się przede wszystkim, że z punktu widzenia kobiecej anatomii, fizjologii i struktury potrzeb to jednak łechtaczka gra pierwsze skrzypce w osiąganiu satysfakcji seksualnej. Właściwie to żadna nowość, Wisłocka też trochę pisze o tym, że seks z penetracją dla większości kobiet łączy się z niskim poziomem wrażeń. Nie dlatego, że są popsute albo coś jest z nimi nie tak, tylko dlatego, że są stworzone do przeżywania innych rodzajów przyjemności.

A co ze Sztuką kochania jako podręcznikiem uwodzenia?

Wisłocka pisze czasami w sposób, który mnie osobiście bardzo dziwi. Zwłaszcza jeśli wezmę pod uwagę jej niezależność osobistą, odwagę i bezkompromisowość. Kiedy czytam fragment o tym, że blondynki mogą płakać przy mężczyznach, ponieważ wtedy nosek im się różowi i to bardzo uroczo wygląda, a brunetki powinny raczej unikać łez, bo im szkodzą na urodę (co nie wzbudza w mężczyznach chęci opieki, tylko chęć ucieczki), to dostaję, za przeproszeniem, wkurwu. I zastanawiam się, czy to dlatego, że jestem brunetką, czy dlatego, że to jest strasznie patriarchalne i mizoginiczne. Używanie łez jako metody świadomego manipulowania mężczyzną na poziomie refleksji nad tym, czy ładnie wyglądam, jak płaczę? No nie, nie ma we mnie na to zgody po prostu! A potem panie, które stosują tego typu metody, dziwią się, że mężczyźni uważają je za stworzenia z innej planety… To są takie detale, które wynikają prawdopodobnie – przynajmniej tak to sobie tłumaczę – z mentalności tamtych czasów. Z tego, że Wisłocka chciała trafić do ludzi, więc wpisywała się w obowiązujący sposób myślenia.

Tworząc nie tylko poradnik seksualny, ale i zestaw zasad, jak zdobyć i utrzymać przy sobie mężczyznę.

I w tym sensie się zdezaktualizowała, ponieważ my coraz mniej chcemy zdobywać i utrzymywać mężczyzn, a coraz bardziej pragniemy być z nimi w partnerskich relacjach.

Może książka przybrała taki kształt ze względów autobiograficznych? Wisłocka nie miała najlepszych doświadczeń z płcią przeciwną. Może pisała tę książkę, by trochę je odczarować?

Jestem bardzo ostrożna w interpretowaniu rzeczywistości za pomocą XIX-wiecznej kategorii „chcesz zrozumieć poetę, idź w świat poety”. Autorzy piszą zarówno o sobie, jak i nie o sobie, więc ocena dzieła Wisłockiej jedynie z perspektywy jej życia zdecydowanie je zubaża. Nie ominiemy faktu, że autorka doświadczyła licznych trudności miłosnych i seksualnych. Wiemy jednak, że rozmawiała też z wieloma nieusatysfakcjonowanymi kobietami, które gościły w jej gabinecie. Z tego zbudowała swój model myślowy. Taki trochę oparty na przekonaniu (moim zdaniem absolutnie błędnym i niepotrzebnym), że mężczyźni to zwierzęta i chodzi im tylko o jedno.

Apelowałabym jednak o spojrzenie na historię Wisłockiej nie z perspektywy takiej, że „oto nieszczęśliwa w miłości i seksie baba napisała książkę, próbując odczarować temat na własny użytek”, a przez pryzmat tego, że ona przepuściła przez siebie te wszystkie trudne historie. Że próbowała przepracować temat, dając konkretne recepty kobietom, które cierpiały w związkach. Myślę, że najlepszym słowem kluczem będzie tu empatia.

Mimo tej wrażliwości i naukowego zaplecza Wisłocka miała ogromne kłopoty z wydaniem Sztuki kochania. Z jednej strony cenzura…

Ta książka bardzo długo, bo aż cztery lata, półkownikowała (jak się wtedy mówiło o publikacjach wstrzymanych przez cenzurę i leżących na półkach) w pokoju cenzorskim miłościwie panującej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nawet jak już odniosła sukces, to nadal wielu osobom było to nie w smak. Gdy Wisłocka mówiła, że chce ludzi uświadamiać, władze zamieniały ten czasownik na „gorszyć”. To ukazuje stopień niezrozumienia tego, czym ona się tak naprawdę zajmowała.

Do tego dochodziły autorytety medyczne, które, łagodnie mówiąc, nie akceptowały jej.

Wisłocka właściwie przez większość swojego życia doświadczała wykluczenia ze strony środowiska medycznego i naukowego. Dla ginekologów seksuologia była wówczas czymś abstrakcyjnym, a seksuologowie traktowali obserwacje Wisłockiej jako bezwartościowe, bo oparte nie na naukowych eksperymentach, tylko obserwacjach z gabinetu. Na jedenastu recenzentów powołanych do przeczytania Sztuki kochania pozytywnie wypowiedziało się o niej tylko dwóch. Dlatego też na jej książkę i postać trzeba patrzeć jako na pewnego rodzaju heroizm w walce o własne przekonania. Nawet jeśli czytamy Sztukę kochania w 2016 roku i ona nas trochę uwiera, przypomnijmy sobie, że kobieta, która za nią stoi, miała tyle jaj – jak to się potocznie mówi, choć w tym przypadku chodzi przecież o waginę – i tyle determinacji, żeby zawalczyć o wydanie książki i możliwość kontynuowania pracy na własnych warunkach.

Mówi pani, że Wisłocka chciała Polaków uświadamiać. Co jest jej największą zasługą na tym polu?

Na przykład to, że ona seks po prostu urealnia. Dając do zrozumienia, że miłość to nie tylko pokrewieństwo dusz (jak pisał ironicznie Boy-Żeleński) czy tarzanie się w rozpuście. Że za tym wszystkim stoi biologia: anatomia, hormony, neuroprzekaźniki itp. Udało jej się wpisać tę polską nadmuchaną, romantyczną, odciętą od fizyczności miłość w tkankę ciała. I to jest fantastyczne. Mamy narodową tendencję do myślenia o miłości w kategoriach czysto romantycznych, w sensie: wygenerowanych z epoki romantyzmu, które są tak toksyczne, że tylko w łeb sobie strzelić, naprawdę.

Toksyczne i zgubne w skutkach dla życia eroto-miłosnego (to z kolei Gombrowicz).

Powinnam, jak ten polityk rzymski, Katon Starszy, który każdą swoją wypowiedź publiczną kończył zdaniem: „A poza tym uważam, że Kartagina powinna być zburzona”, wieńczyć wszystkie wywiady stwierdzeniem: „Zabijmy mit romantyczny w naszym narodzie!”. On przynosi szkody na każdym poziomie, od miłosnego po seksualny. Większość naszych nieszczęść wynika z tego, że my myślimy romantyzmem.

Mimo wszystko, jak radzi Wisłocka, nie oddzielajmy jednak miłości od seksu.

Wisłocka bez kompleksów przyznaje, że pisze też o uczuciu, które łączy ludzi, i – co superważne – że seks jest jednym z jego składników. To, co pan z panią (pan z panem czy pani z panią) robią w łóżku, jest takim samym elementem miłości jak np. to, że wymieniają obrączki. Mamy tendencję do myślenia o związkach wyłącznie w ich duchowym aspekcie. To nierealistyczne, patetyczne wręcz. Seks jest nieodzownym składnikiem miłości pomiędzy dwojgiem dojrzałych ludzi. Jest wyrazem uczuć. Jest po prostu naturalnym elementem życia.

Co nie oznacza, i co powtarzam za Michaliną Wisłocką, że wszystko już o nim wiemy i nie musimy się uczyć.

To jest praca u podstaw, którą rozpoczęła Wisłocka, a jednocześnie temat do końca nie załatwiony. Seks to nie umiejętność wrodzona. Mamy z góry daną zdolność do prokreacji, owszem, ale do seksu już nie. Zawsze porównuję edukację seksualną do procesu nabywania języka. Każdy człowiek rodzi się z mózgiem przystosowanym do nauki mowy, ale to, jakiego języka się nauczy, ile języków pozna, jak dobrze będzie nimi władał i czy w którymś będzie miał coś do powiedzenia, zależy od praktyki. Jedni ludzie zostaną na poziomie słownika liczącego 5000 słów, obsłużą sobie tym całe życie i będą szczęśliwi, a inni będą chcieli pisać poematy. A żeby to robić, cóż, będą musieli wziąć się do roboty.

Że seksu trzeba się uczyć, trzeba ciągle powtarzać. Jak mantrę. Jak zdartą płytę. Znowu ta Kartagina! [śmiech]

Ewa Szponar

 

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • Avatar
    Kaśka Styczeń 23, 2017

    Udało mi się być na pokazie przedpremierowym i uważam, że jest to film zdecydowanie wart zobaczenia- nie dość że historia jest świetnie opowiedziana, to jest pouczający i do tego momentami przezabawny 🙂

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach