Tuesday, June 15, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Mela Koteluk – bez rewolucji

Mela Koteluk – bez rewolucji

Mela Koteluk wdarła się na scenę i narobiła sporo szumu, zdobywając w tym roku dwa Fryderyki i kilka innych nagród. Kiedyś bała się wystąpić przed jury, dziś uchodzi za osobę apodyktyczną.

Mela Koteluk/ fot. Honorata Karapuda

Mela Koteluk/ fot. Honorata Karapuda

Mela Koteluk wdarła się na scenę i narobiła sporo szumu, zdobywając w tym roku dwa Fryderyki i kilka innych nagród. Kiedyś bała się wystąpić przed jury, dziś uchodzi za osobę apodyktyczną.

Mela Koteluk/ fot. Honorata Karapuda

Mela Koteluk/ fot. Honorata Karapuda

Miasto Kobiet: Co Cię najbardziej dziwiło przez ostatnie półtora roku?

Mela Koteluk: Pozytywnie czy negatywnie?

Miasto Kobiet: Pozytywnie.

Mela Koteluk: Właściwie wszystko, a najbardziej to, że ludzie przychodzą na nasze koncerty, że wyrosła wokół naszej muzyki publiczność. Do dziś pamiętam nasz pierwszy koncert 15 września zeszłego roku w Katowicach. Kompletnie nie wiedziałam, czy ktoś przyjdzie. Okazało się, że cała sala zapełniła się ludźmi, którzy do tego znali płytę. Potem okazało się, że niemal każda sala jest zapełniona.

Miasto Kobiet: Nie byłaś na to przygotowana?

Mela Koteluk: „Spadochron wziął się z intuicji, naturalnie i spontanicznie. Nie miałam żadnych planów promocyjnych, kampanii ani nic z tych rzeczy. Po premierze było bardzo spokojnie. Liczyłam się z tym, że nie wydarzy się nic szczególnego – z reguły debiutancka płyta przechodzi bez echa. Grunt, by nie osiąść na mieliźnie zniechęcenia, tylko zdawać sobie z tego sprawę i grać dalej. Moim zdaniem najbardziej pomogli nam ludzie, oddolnie przekazując sobie informacje o piosenkach. „Spadochron” wpadł im w ręce i zaczęli się z nim emocjonalnie wiązać. I tak, mówiąc najprościej, machina ruszyła.

Miasto Kobiet: W „Spadochronie” śpiewasz: „Gdybyś zamienił się w spadochron/ mogłabym polecieć gdziekolwiek razem z tobą”. Co poświęciłabyś dla drugiej osoby?

Mela Koteluk: Poświęcenie czegoś dla drugiej osoby bywa jednocześnie oczekiwaniem czegoś w zamian. Coś takiego nie ma nigdy dobrych skutków.

Miasto Kobiet: Często zaczynam przeglądać płyty od podziękowań. U Ciebie na pierwszym miejscu są dziadkowie i rodzice. Czym dla Ciebie jest rodzina?

Mela Koteluk: Najważniejszym punktem odniesienia. Miałam okres buntu i wydawało mi się, że ich nie potrzebuję, ale po trzech lat pracy w Anglii, kiedy poukładałam sobie różne rzeczy, zatęskniłam za nimi. Teraz są dla mnie autorytetami, potrzebuję ich. Zawsze mogę do nich zadzwonić w trudnym momencie, a oni jednym zdaniem potrafią trafić w sedno, znają mnie i wspierają. Bunt, oderwanie się jest bardzo istotne – to droga do dokopania się do własnej tożsamości.

Miasto Kobiet: Są Twoimi pierwszymi słuchaczami?

Mela Koteluk: Są dumni, że robię to, co zawsze chciałam, ale nie są bezkrytyczni, mają zdrowe podejście do wszystkich wydarzeń w moim życiu. Cenię ich, bo pozwalają sobie na szczerość, na którą zawsze mogę liczyć. Pamiętam, że moja babcia przez wiele lat pytała mnie, kiedy zacznę normalną pracę. Ona w ogóle nie postrzegała tego, co robię, w kontekście zawodu, tylko pasji. Potem coś jej przeskoczyło i teraz mam od niej duże wsparcie.

Miasto Kobiet: Wciąż odpowiadasz na maile fanów?

Mela Koteluk: Szczerze mówiąc, ostatnio troszkę wypadłam z tej roli, bo brakuje mi na to czasu. Jednak kiedy tylko mam wolną chwilę lub noc, robię sobie takie „odpisywanie party”. Wiesz, to mój jedyny fizyczny kontakt z moimi fanami. Dla mnie jest ważne, aby poznać, kim są ludzie, którzy kupują nasze płyty i przychodzą na koncerty.

Miasto Kobiet: ie jest to chyba częsta praktyka, aby artyści sami korespondowali ze swoimi fanami.

Mela Koteluk: Ja z kolei spotykałam się z opiniami innych artystów, że takie spoufalanie się nie jest dobre, że to przekraczanie pewnej granicy, które potem bywa szkodliwe. Jestem daleka od wynajmowania dodatkowych rąk do pomocy, choć tak mi radzono. Wolę rzadziej odpisywać, ale osobiście.

Miasto Kobiet: O czym piszą fani?

Mela Koteluk: Nie dzielę tego na kategorie, ale postaram się to teraz usystematyzować. Część osób opowiada o wrażeniach z odsłuchu płyty lub z koncertu. Inni są młodymi wokalistami lub mają swoje zespoły i proszą o radę, np. czy warto brać udział w talent show. Tu akurat niewiele mogę pomóc, bo nie brałam udziału. Jeszcze inni proponują swoje teksty. Wszystko to eleganckie maile. Mój zespół ma w nie wgląd i chłopcy powiedzieli ostatnio, że są zaskoczeni, bo brak maili obrazoburczych. Nie ma listów od nachalnych ludzi, którzy chcieliby mi obrzydzić chwilę przy komputerze (śmiech).

Miasto Kobiet: Piszą, że jakaś piosenka zmieniła ich życie?

Mela Koteluk: Nie sądzę, aby któraś wywróciła komuś życie do góry nogami, ale piszą, że zostali zmotywowani, zainspirowani do zmian w życiu. W ogóle byłam zaskoczona, że „Spadochron” działa krzepiąco. Myślałam, że to płyta smutna w wymowie. Nie pisałam tych tekstów w radosnych momentach swojego życia, ale może to właśnie zadziałało na opak (śmiech).

Miasto Kobiet: Nie przeraża Cię, że piosenka może mieć takie znaczenie dla ludzi, wpływać na ich losy, na ich postanowienia?

Miasto Kobiet: Piosenka nie ma wyłącznie funkcji rozrywkowej. Trzeba czuć odpowiedzialność za słowo, zobaczyłam to dopiero pod koniec trasy jesiennej. Oczywiście to nie jest masowe zjawisko, a jednostkowe, gdy pod wpływem piosenki dziewczyna rzuca studia czy chłopak rzuca dziewczynę. Zresztą ja sama też szukam bodźców, kiedy chodzę do teatru czy do kina. Wyłapuję drogowskazy.

Miasto Kobiet: Cofnijmy się do Twojej młodości. Czy miałaś piosenki, które zmieniały Twój sposób patrzenia na świat?

Mela Koteluk: Jako młoda dziewczyna słuchałam wszystkiego z polskiej i zagranicznej muzyki. Wtedy odkrywałam swoją tożsamość, a w piosenkach szukałam punktów odniesienia. Bardzo szybko wyprowadziłam się z domu rodzinnego i na rozdrożach szukałam jakichś światełek w piosenkach, płytach, w książkach, w teatrze i oczywiście w ludziach, których spotykałam.

Miasto Kobiet: Czy to, w jaki sposób piosenki wpływały na Ciebie w młodości, ma wpływ na to, jak tworzysz swoje własne utwory?

Mela Koteluk: Nie mam kontroli nad tym procesem. To wygląda bardziej na materializowanie myśli, a nie próby osiągnięcia jakiegoś celu.

Mela Koteluk / fot. Honorata Karapuda

Mela Koteluk / fot. Honorata Karapuda

Miasto  Kobiet: Czym jest dla Ciebie piosenka?

Mela Koteluk: Wyważoną proporcją między muzyką a tekstem. Znalezienie tych odpowiednich proporcji jest bardzo trudne. Kiedyś mentalnie należałam do kręgu poezji śpiewanej i tam występował brak równowagi między muzyką a tekstem. W pewnym momencie wycofałam się z tego, bo dla mnie muzyka i tekst są tak samo ważne. To jak gotowanie, czyli szukanie odpowiednich miar. Trzeba mieć do tego dryg. Nie mówię, że mam. Na razie się uczę (śmiech).

Miasto Kobiet: Szefujesz głównie facetom. Jak dajesz sobie z tym radę?

Mela Koteluk: Daję, choć zaczęło się robić zbyt intensywnie. Uchodzę za dość apodyktyczną osobę, ale próbuję z tego wyjść (śmiech). Wczoraj (rozmawialiśmy 26 sierpnia – przyp. aut.) mieliśmy nawet w zespole rozmowę o tym, żeby oni czuli wolność w tworzeniu. Wolę pracować z mężczyznami niż z kobietami, może to kwestia przyzwyczajenia.

Miasto Kobiet: Tupiesz nogą w spornej sytuacji?

Mela Koteluk: Jak jest zbyt spokojnie, to czasami nawet specjalnie prowokuję. Lubię rzucić kamyczek, żeby coś zafalowało. Lubię konfrontacje, twórcze napięcia.

Miasto Kobiet: Kasia Nosowska mówiła mi kiedyś, że musiała się pozbyć części swojej kobiecości, aby faceci z jej zespołów byli sobą. Jaką część kobiecości Ty musiałaś poświęcić dla swojego zespołu?

Mela Koteluk: Ostatnio usłyszałam, że nie mam za grosz kokieterii, że jestem strasznie konkretna i stanowcza, że z tym nie da się żyć (śmiech). Ktoś inny powiedział mi, że jestem maszynką do rozwiązywania problemów. Gdy pojawia się jakiś problem, to szybko go rozwiązuję i idę dalej. Ale czy coś poświęciłam? Nie wiem.

Miasto Kobiet: Śpiewałaś w chórkach z Gabą Kulką i ze Scorpions. Co dało Ci to doświadczenie?

Mela Koteluk: Bardzo wiele, bo przede wszystkim miałam możliwość nauczenia się współpracy w zespole. Twój śpiew traktowany jest na zasadzie instrumentu, nie możesz pokazać swojej osobowości, bo to jest nawet niewskazane. Jesteś częścią całości i musisz o tym pamiętać. Dla mnie była to także lekcja pokory. Jednak zawsze myślałam, żeby się uniezależnić i pracować na własne konto.

Miasto Kobiet: Trzy lata mieszkałaś w Londynie, a jednak wolałaś wrócić do Polski i śpiewać w języku ojczystym. Przecież zamykasz sobie w ten sposób drogę do międzynarodowej kariery, tak bardzo przez wielu Polaków ukochanej. Nie korciło Cię, żeby próbować sił na świecie?

Mela Koteluk: Każdy robi to, co czuje. Ja nigdy nie czułam się świetnie, śpiewając w języku angielskim, choć napisałam w tym języku dużo piosenek dla innych artystów. W Anglii, znając język, szłam do teatru i miałam czasami wrażenie, że nie wszystko rozumiem, nie mam dostępu do drugiego dna. Nie wiem, ile musiałabym tam mieszkać, żeby czuć się swobodnie. Nie miałam poczucia, że to mój język.

Miasto Kobiet: Kaśka Nosowska powiedziała kiedyś, że zakochała się w polskim języku i nie żałuje, że nie zna dobrze innych.

Mela Koteluk: Słyszałam ostatnio dowcip: „Dlaczego piszesz w języku polskim? Bo potrafię” (śmiech). Ja też lubię język polski i te wszystkie meandry. Studiowałam na wydziale, na którym wykładał pewien językoznawca, i miałam okazję z nim chwilkę porozmawiać na temat tekstów. Powiedziałam, że piszę do muzyki, i zapytałam go, czy mogę transakcentować. I on powiedział, że to jest dopuszczalne wtedy, gdy jest się artystą, że on nie widzi barier językowych. Język staje się plastyczny i można go używać w różny sposób, nawet transakcentując. To też przyniosło mi ulgę, bo trudno jest pisać po polsku. W Polsce jest bardzo wiele osób, które piszą fantastycznie. Ostatnio zakochałam się w płycie „Ambiwalencja” Lubomskiego, na którą teksty napisał niejaki Sławomir Wolski. Świetne słowa.

Miasto Kobiet: Spotkałaś na swojej drodze kilka osób, które później stały się znane dzięki udziałowi w różnych talent show. Dlaczego nie obrałaś tej drogi?

Mela Koteluk: Bo w tych grupach i na tych warsztatach, gdzie ich spotykałam, zawsze byłam najbardziej nieśmiałą osobą i bałam się odezwać. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłabym wyjść przed jury i coś zaśpiewać.

Miasto Kobiet: Nie wierzę.

Mela Koteluk: Naprawdę. Dlatego nigdy nie poszłam do takiego programu.

Miasto Kobiet: To jedyny powód?

Mela Koteluk: Nie mam takiego głosu, który mógłby zabić jury swoim tembrem lub oktawą.

Miasto Kobiet: Tam ważna była też interpretacja.

Mela Koteluk: Myślałam, że nie mam tyle siły przebicia. Gdy zaczynał się „Idol”, w każdą środę przyjeżdżałam pociągiem „Lubuszanin” na lekcje do Eli Zapendowskiej. Opowiadała o Kubie Wojewódzkim i Robercie Leszczyńskim i była ciekawa, co z tego programu wyjdzie. Ona też mnie nie ciągnęła. Mówiła mi wręcz, że mnie tam nie widzi. Ale tak jak Ci mówię, byłam nieśmiała, wycofana i pewnie nic bym nie zwojowała.

Miasto Kobiet: Przez te lata sporo się zmieniło, już taka nieśmiała nie jesteś.

Mela Koteluk: Zmieniłam się psychicznie. Będąc w Anglii, nie miałam kontaktu z muzyką poza tym, że maniakalnie chodziłam na koncerty. Myślałam, że skończyła się przygoda ze śpiewaniem. Nie do końca wierzyłam, że mogę „zbudować swoją publiczność”. Po powrocie pomyślałam, że skoro kocham śpiewanie i daje mi ono radość, to mogę śpiewać. To przecież moje życie. Nie muszę podbijać świata ani robić wielkiej rewolucji. Mogę tylko sobie pośpiewać.

 rozmawiał Leszek Gnoiński

Oceń artykuł
2 komentarze
  • Avatar
    Wikitoria 2 października, 2013

    Na jaki adres można napisać maila do Meli?

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach