Friday, April 19, 2024
Home / POLECAMY  / Mąż słyszy, że „tu wszystkie żony cierpią”. O tym, jak chciałam rodzić po ludzku

Mąż słyszy, że „tu wszystkie żony cierpią”. O tym, jak chciałam rodzić po ludzku

Pierwszy raz w życiu chciałam umrzeć

poród

Jak rodzić po ludzku? Fot. Adobe Stock

Jestem w ciąży i wiem, że poród może być trudny. Koleżanki wielokrotnie opowiadały o swoich doświadczeniach, a Internet pełen jest traumatycznych świadectw. Zbieram te informacje w całość i zaczynam robić dokładny research o szpitalach, położnych, rodzajach porodu i stopniowo układam w swojej głowie wizję własnego porodu. Nic jednak nie jest w stanie przygotować mnie na to, co mnie spotka

 

Ufam, ale z każdym kolejnym skurczem coraz mniej

Będąc terapeutką holistyczną i mając wysoką świadomość własnego ciała oraz znając realia polskich szpitali, podjęłam decyzję o porodzie domowym. Mimo że dla sporej grupy osób są one postrzegane jako dziwactwo lub decydowanie się na niepotrzebne ryzyko, porody domowe również są dobrze zaopatrzone medycznie i kończą się szczęśliwym rozwiązaniem. Położna nie jest tylko dodatkiem do lekarza, ale wysoko wykwalifikowanym niezależnym specjalistą, który może samodzielnie odbierać porody. W Krakowie znalazłam dwa znaczące nazwiska – bo jak rodzić to tylko z najlepszym. W sercu poczułam wielką ulgę, gdy udało się spotkać i umówić współpracę ze specjalistką z ponad 30-sto letnim doświadczeniem.

Przed porodem robimy badania, spotykamy się i dużo rozmawiamy. Jestem spokojna, wiem że najważniejsze jest, by urodzić, a jeśli będzie ku temu przestrzeń, to urodzę w domu. Dla mojego męża najważniejsze jest bezpieczeństwo, dlatego on również zadaje szereg szczegółowych pytań. Nic nie budzi niepokoju, wiemy o możliwości transferu z domu do szpitala, wiemy o planowanym zabiegu medycznym położnej i niemożności asysty w konkretnym terminie. Rozmawiamy o wielu scenariuszach, podejmujemy decyzję.

W końcu zbliża się termin porodu, pytamy położną o umowę ze szpitalem, ale w odpowiedzi słyszymy o inflacji i trudnych czasach, mamy rozliczyć wszystko w gotówce po porodzie. Robi się gorąco, ponieważ termin zabiegu położnej zaczyna pokrywać się z moim rozwiązaniem, jesteśmy uspokajani – druga położna będzie w gotowości, a nawet trzecia, już w samym szpitalu.

Nadchodzi ten moment. Jest sobota, pierwsza w nocy. Cztery dni po wyznaczonym terminie przychodzi pierwszy delikatny skurcz, jestem spokojna, mamy dużo czasu, próbuję spać, aby rano zadzwonić po położną. Dostaję od niej instrukcję, by kontrolować skurcze i dać znać, gdy wejdą we właściwą fazę porodu, według niej nie jest to jeszcze właściwy moment i nie ma sensu, by już przyjeżdżała. W okolicach obiadu skurcze nasilają się, informuję o tym położną, otrzymuję wiadomość, że mam zażyć nospę i dalej obserwować rozwój sytuacji. Gdy po południu ból się nasila, pierwszy raz zaczynam czuć niepokój, skurcze są co raz częstsze. Położna nie widzi sensu w swoim przyjeździe, w jej ocenie poród nadal nie wszedł we właściwą fazę, ale jeśli się niepokoję, to mogę zgłosić się do szpitala na KTG. Rozważam badanie, ale przecież jestem po terminie i jeśli zgłoszę się na oddział, to mnie tam zatrzymają. Ufam położnej i jej doświadczeniu, decyduję się zostać w domu.

Mijają kolejne godziny, a ból staje się nie do zniesienia, wysyłam smsa do położnej, że skurcze przybierają niestandardowy rytm: co 3 minuty, co 14 minut i znów co 5 minut. Położna oddzwania po godzinie, mam iść spać i czekać na właściwy moment, ona przyjedzie rano. Kąpiel. Spacer. Leżenie. Znów kąpiel. Czuwanie. Wycie. Czuję, że coś jest nie tak, boję się.

O północy dzwonię do położnej, każe mi wypić herbatę i zabrania aktywności ruchowych, mam próbować zasnąć. Położna podtrzymuje, że jej przyjazd jest bez sensu, bo „zbada mnie i pojedzie do domu”, mam zaufać jej doświadczeniu. Ufam, ale z każdym kolejnym skurczem coraz mniej. W niedzielę o 01:00 wspólnie z mężem decydujemy, że jedziemy do szpitala, minęła doba odkąd wszystko się zaczęło, jesteśmy przerażeni.

Przeczytaj też:
Chcę urodzić w domu (prawdziwe historie domowych porodów)

Cierpię. Pierwszy raz myślę o śmierci

Kolejny telefon do położnej z informacją o podjętej decyzji. Kobieta twierdzi, że może być u mnie do 30 minut. Za późno, jedziemy do szpitala, czuję, że coś jest nie tak, pytam o drugą położną i słyszę, że w szpitalu nikt na mnie nie czeka, podobno jest zbyt późno. Szok miesza się z przerażeniem, bo przecież miały czekać dwie położne! Jak przez mgłę dociera do mnie absurd sytuacji, do tego położna usilnie prosi, bym nie wspominała podczas przyjęcia do szpitala, że jadę z porodu domowego, ponieważ ona oficjalnie jest na zwolnieniu lekarskim i może mieć z tego powodu problemy. Nie wiem dlaczego postanowiłam tego problemu jej nie robić.

O 2:00 w nocy zostaję przyjęta do szpitala, tam położne wykonują badanie i dopiero wtedy zaczyna się prawdziwy koszmar. „Jeszcze się nic nie zaczęło, a Pani zachowuje się, jakby już się miało kończyć”, „Pani to ma zerowy próg bólu”. Te hasła wykrzykiwały panie przy zapisie, nie chcąc wierzyć, że skurcze trwają już ponad dobę. Dopiero pani doktor prosi o podpięcie KTG, a widząc jego zapis zaleca natychmiastowy monitoring ze względu na ryzyko pęknięcia macicy.

Pani doktor chce wykonać cesarskie cięcie, ale położne proszą o czas na próbę porodu naturalnego. Idę więc na salę porodową, skurcze przybierają na sile. Położne dokonują szeregu możliwych działań, by wywołać poród naturalny, ale mój organizm nie podejmuje współpracy. Cierpię. Pierwszy raz myślę o śmierci.

Mąż próbuje interweniować, ale słyszy, że to porodówka, że „tu wszystkie żony cierpią”.

Pisk, tętno dziecka spada. Położna przemawia do mnie jak do małego dziecka, mówi, że już za chwilę urodzę, że muszę być cierpliwa. Kolejny pisk, dzidziuś ma dość, a mi jest już wszystko jedno, zabrakło mi sił. Biegu po lekarza i transfer na stół operacyjny w celu wykonania cesarskiego. Cięcia już nie pamiętam. Ktoś o coś pyta, ktoś inny coś mówi, widzę zamieszanie i po chwili mam przed oczami dziecko, moje własne piękne dziecko. Punktów 10/10. Jest 7 rano, 30 godzin od pierwszego skurczu, mogę odpocząć, jest dobrze.

Słyszę „Jezus, Maria” i widzę swoją rękę wielkości nogi słonia

Po krótkiej wizycie na intensywnej terapii dostaję jednoosobowy pokój. Początkowo jestem zadowolona, wtedy jeszcze nie wiem jak wygląda opieka poporodowa. W pięknych salach młode mamy zostają zostawione same sobie. Pierwszego dnia nie ma wielkiego dramatu, będąc na morfinie jest mi wszystko jedno. Proszę położne o pokazanie dziecka, ale słyszę, że nie ma takiej możliwości, póki nie wróci mąż lub nie pojawi się ktoś z rodziny. Mama przyjmująca tak mocne leki nie może opiekować się dzieckiem. Położne na wezwanie przychodzą z postawą mocno roszczeniową, wszystko jest problemem. Mija prawie druga doba odkąd nic nie jadłam.

Zmuszam się, by zjeść jogurt przyniesiony z domu. Chwilę później dostaję ostrą reprymendę i słucham o konsekwencjach objadania się domowymi zapasami po cesarskim cięciu. Przestraszona odkładam jogurt, aby 20 minut później dostać szpitalną bułkę z pasztetem niewiadomego pochodzenia.

Pierwsza noc upływa na kroplówkach, przy każdej zmianie informuję położną o wrażliwych żyłach, pani uwzględnia ten fakt i ustawia powolny przepływ. Jakiś czas później przychodzi inna pani i zarzuca mnie pretensjami, podobno majstrowałam przy kroplówce. Próbuję się bronić, bezskutecznie. Położna wie lepiej, ustawia mocny przepływ, chwilę później podpina kolejną kroplówkę. Poniedziałek 5:00 rano przychodzi pani od pionizacji, próbuję usiąść, ale widzę przerażenie malujące się na jej twarzy i słyszę „Jezus, Maria”, patrzę na swoją rękę i widzę rękę wielkości nogi słonia. Żyła nie wytrzymała ciśnienia, kroplówki pływają mi w ręce.

Polecamy też:
Wszystkie moje straty. O ciąży, traumie i odzyskanym życiu

„Matka jak chce, to znajdzie nadludzkie siły, by zająć się swoim dzieckiem”

Z pionizacji i odpięcia cewnika nici, zasłabłam, wracam do pozycji leżącej, kroplówki zostały zamienione na tabletki. Około 6 rano, gdy ja użalam się nad swoją obolałą ręką, wesołym krokiem wchodzi pani z neonatologii i kładzie mi na piersi dziecko.

Próbuję protestować, zbiegają się inne położne, tłumaczę im swoje obawy, bo cewnik, bo niesprawna ręka, bo jeszcze nie wstawałam, jedna z pań stwierdza że „nie rozumie pytania, bo matka jak chce, to znajdzie nadludzkie siły, by zająć się swoim dzieckiem”.

Po tych słowach bez ostrzeżenia zostaje wyciągnięty cewnik, a z mojej sprawnej ręki ktoś pobiera krew, córka cały czas leży na mojej piersi. Odwiedziny zaczynają się o 8:00, ale pomimo tego, gdy wszyscy wychodzą, resztkami sił robię zdjęcie jak moja krew kapie na becik i wysyłam je do bliskich z prośbą o natychmiastowy przyjazd.
Nie będę opisywać wszystkich nieprzyjemności, których doświadczyłam w trakcie pobytu w szpitalu. Jednak chciałabym wyrazić zdecydowany sprzeciw względem znieczulicy i braku profesjonalizmu, z jakim miałam nieprzyjemność się spotkać. Nie ma we mnie zgody na to, by matki cierpiały i szukały nadludzkich sił w sytuacjach, które tego nie wymagają. Niestety najsmutniejszy zostaje dla mnie fakt, że pączki, czekolady, kawa zostawione na oddziale w pokoju położnych z serdecznymi podziękowaniami, stanowczo odmieniły mój pobyt, który od tamtej chwili stał się znośny, a chwilami nawet przyjemny.

Przeczytaj też:
„Jak to nie cieszysz się po porodzie? Chyba coś z tobą nie tak!”

Ufaj, ale sprawdzaj

Pisząc o swoich przeżyciach, niejeden raz nachodziły mnie wątpliwości, czy jest sens o tym mówić głośno, gdy tyle innych kobiet ma za sobą trudniejsze doświadczenia. Po wewnętrznych rozterkach, doszłam jednak do wniosku, że czuję potrzebę informowania wszystkich o mechanizmach traumy, która powstaje w ciszy, gdy dusimy w sobie emocje. Żadna kobieta nie powinna milczeć, żadna nie powinna dawać się zastraszyć, a co najgorsze przyjmować, że to ona jest winna.
Idea porodów domowych jest wspaniała i gdybym miała wybrać raz jeszcze rodzaj porodu, to nie zmieniłabym decyzji. Z tą różnicą, że umowa wraz z wszystkimi ustaleniami byłaby oficjalna, na piśmie. Chciałabym w tym miejscu uwrażliwić na formę zawieranych umów, bo choć wiara w ludzi jest duża, a czasy trudne, to niesmak pozostaje na długo.

Chętnie usłyszałabym przeprosiny, ale to wymaga pokory i przyznania się do złej oceny sytuacji.

Nie mając złudzeń, zadowoli mnie nadzieja, że inna kobieta czytając ten artykuł uwierzy w moc swojej intuicji, a wszelkie umowy będzie zawierać na piśmie ku zasadzie „ufaj, ale sprawdzaj”.

 

Anita (imię zmienione; autorka tekstu pragnęła zachować anonimowość)

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ