Saturday, May 8, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Marta Bizoń – A do teatru, ty… gwiazdo!

Marta Bizoń – A do teatru, ty… gwiazdo!

Szybko mówi, szybko żyje. Mówi o sobie, że ma ADHD. Właśnie nagrała nowa płytę.

Marta Bizoń / sukienka: Tomasz Karcz, toczek: własność artystki / fot. Anna Ciupryk

Z aktorką i piosenkarką Martą Bizoń rozmawia Aneta Pondo. Występują: Robert Lubera (mąż i menedżer) oraz córka Matylda.

Marta Bizoń / sukienka: Tomasz Karcz, toczek: własność artystki / fot. Anna Ciupryk

Marta Bizoń / sukienka: Tomasz Karcz, toczek: własność artystki / fot. Anna Ciupryk

Najbardziej energetyczna i najszybsza kobieta, jaką znam, wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. Spotykamy się w jej ulubionym miejscu –Warsztacie na krakowskim Kazimierzu, żeby porozmawiać o najnowszej płycie „Tu i tu”. Przy stoliku obok mąż i córka. Jeszcze nie miałam czasu, żeby wyjąć dyktafon, a Marta już zaczyna.

Marta Bizoń: A wiesz, że wszystko zaczęło się na imprezie „Miasta Kobiet”? Już wcześniej planowałam płytę, ale nie miałam dobrego materiału. I wtedy, u was, gdy zobaczyłam tyle fantastycznych kobiet, olśniło mnie, że to powinna być płyta… o mnie. O Marcie Bizoń – żonie, matce, aktorce, córce, kobiecie. Ale taka, z którą będą mogły się identyfikować inne kobiety. I one rzeczywiście się w tym odnajdują. Widzę to po pierwszych koncertach, po tym, jak reagują na „Kochankę mego męża” czy nostalgiczną „Kołysankę dla Malki”, którą zaśpiewałam z córką.

Role kobiety, o których śpiewasz, są jednak dość stereotypowe.

Marta Bizoń: Ale są najtrudniejsze! Być matką, żoną, a jednocześnie czynną zawodowo aktorką to duży wyczyn.

Twoja płyta jest o godzeniu świata teatralnego z realnym czy ogólniej – życia zawodowego i rodzinnego?

Marta Bizoń: Jest o tym, że mój zawód nie miałby sensu bez rodziny, a moja rodzina nie miałaby sensu bez tego zawodu. Tytuł płyty „Tu i tu” pokazuje, że ja żyję w dwóch światach: sztuki i życia, czyli nierealnym – jak go nazywa mój mąż – i realnym. Udaje mi się te dwa światy godzić. Ale piosenki mają wymiar uniwersalny, bo każda kobieta, niezależnie od zawodu, potrafi tak pokombinować, że z układanki, z której trudno coś poskładać, nagle powstaje obrazek.

Partnerstwo w związku ma znaczenie dla godzenia tych światów?

Robert Lubera: Bez partnerstwa nie bylibyśmy razem.

Marta Bizoń: Kiedy się poznaliśmy, każde z nas miało za sobą własne doświadczenia w związkach. Wiedzieliśmy, czego od siebie oczekujemy.

Robert Lubera: Obydwoje jesteśmy artystami i znamy zarówno ten świat realny, jak i nierealny. Mieszkamy i pracujemy razem, więc te światy się nam mieszają. Marta ma wrażliwość, która pozwala jej wcielać się w postaci na scenie, ale to jest cecha, która potrzebuje ochrony. Przełączanie tego guzika: „Marta na scenie” i „Marta domowa”, jest trudne. Można bardzo łatwo ją zranić, jeśli nie wiesz, w którym ona właśnie jest momencie.

Marta Bizoń: Zdarza się, że stajemy naprzeciw siebie nie jak żona i mąż, ale aktorka i menedżer. Kiedyś tak się pokłóciliśmy, Robert nie miał już argumentu, zaperzył się i mówi: Ty, ty, ty, ty… gówniaro! Zaczęłam się śmiać, chwyciłam się za głowę, co my wyprawiamy.

Robert Lubera: W normalnych relacjach menedżer może wymóc na artyście różne rzeczy. Mnie – menedżerowi i mężowi – czasem przychodzi to trudniej. To jak z instruktorem, który uczy twoje dziecko jazdy na nartach – ono słucha jego, ale ciebie niekoniecznie. Ale robimy to już tyle lat, że jakoś się dogadujemy. Poza tym ja jestem jej największym fanem. Bardzo dobrze znam Martę we wszystkich sferach i to, co robi na scenie, uważam za mistrzostwo świata!

Jak się przełącza „Martę na scenie” na „Martę domową”?

Robert Lubera: Najlepiej zejść jej z drogi, dać jej przestrzeń, żeby miała czas na przejście z teatru do życia. To jest trudny moment dla każdego artysty. Też znam to bardzo dobrze z własnego doświadczenia (Robert jest muzykiem – przyp. red.). Grasz koncert, twoja wrażliwość jest na najwyższym poziomie, totalne uniesienie, odbierasz to, co się dzieje, wszystkimi zmysłami, każdą synapsą ciała, i nagle bach!, koniec koncertu, wszyscy wychodzą, zostajesz sam, ale cały czas jesteś na najwyższych obrotach i nie wiesz, jak to skanalizować. To jest strasznie trudne. Artyści, jeśli nie znajdą sposobu na rozładowanie napięcia, piją. Dlatego kiedy wracasz do domu, to musisz mieć kawałek miejsca, przestrzeni, w której to z ciebie zejdzie. Marta ma na przykład kanapę.

Marta Bizoń / sukienka: One&Only, biżuteria: szafa stylisty / fot. Anna Ciupryk

Marta Bizoń / sukienka: One&Only, biżuteria: szafa stylisty / fot. Anna Ciupryk

Marto, opowiedz o schodzeniu ze sceny do życia.

Marta Bizoń: Jeśli nigdzie się nie spieszę, to z przyjaciółką siadamy w garderobie, rozmawiamy, przechodzimy stopniowo z opowieści ze sceny do opowieści o życiu, gadamy o naszych mężach, których nazywamy gburkami na naszej krwi wychowanymi (śmiech), i tak powoli spada z nas napięcie. Ale czasem muszę wrócić od razu do domu, bo na drugi dzień wyjeżdżam na drugi koniec Polski i chcę jeszcze dzieciom zupę ugotować, żeby miały obiad. Albo wracam w tym uniesieniu i widzę, że on nie umył garów, nie wypuścił wody po kąpieli dzieci. I idę go opieprzyć, ale słyszę, jak rozmawia przez telefon, załatwia, ustawia koncerty, pracuje. Więc zaakceptowałam to, że nie robi obiadu i nie zmywa naczyń (śmiech). Jest świetnym menedżerem. Mam ten komfort, że zakładam sukienkę, wychodzę na scenę i śpiewam najlepiej, jak potrafię, a on dba o całą resztę. Zabawne jest, kiedy jednak czasem wychodzi z roli menedżera i jako zwykły mąż mówi dokładnie tak jak w piosence „Cudownie matką być”: „A idź ty do tego teatru, ty gwiazdo”, albo „To nie ty pierzesz, tylko pralka”. Te teksty są przeniesione z naszego życia.

A jest coś, co Ci się nie podoba, co Cię boli?

Marta Bizoń: Jasne. Boli mnie, że Robert nie uznaje walentynek, że nie przynosi mi kwiatów tak często, jakbym chciała, że dużo gada, że robi bałagan… Ale to są tak przyziemne sprawy, że szkoda sobie nimi zawracać głowę. Czasem mam do niego żal, bo nie rozumie, że potrzebuję 20 minut kompletnego wyłączenia się ze wszystkiego, wyciszenia, a on mi właśnie wtedy ładuje do głowy: trutututu, tu koncert, tu wywiad, tu zdjęcia. Mieszkamy w uroczym, ale małym mieszkaniu, gdzie jesteśmy wszyscy na jednej powierzchni i jedyne drzwi, którymi możemy trzasnąć, są od łazienki. Trudno się więc odizolować. Jest za to genialnym ojcem (Malka kiwa głową). Ja mu bezgranicznie ufam. Mamy dwójkę dzieci, chcieliśmy ich oboje. Wierzę mu, on mnie w życiu nie zawiódł. Przez 12 lat naszego małżeństwa nigdy mnie nie oszukał. Kłócimy się, ja mu sprawię przykrość, on mi sprawi przykrość. Piosenka „Byłeś, byłam” jest o tym, że czasami jest się dwiema połówkami tego samego jabłka, a czasami się patrzy inaczej na siebie i miłość. Efekt sprężynki – oddalamy się, żeby się znów połączyć. Są momenty, jak w tej piosence, że chce się rzucić wszystko, trzasnąć drzwiami i wyjść.

Dziennikarka i redaktor naczelna „Miasto Kobiet”, które wymyśliła i wprowadziła na rynek w 2004 rok. „Miasto Kobiet” to jej miłość, duma i pasja. Prezeska Fundacji Miasto Kobiet, która wspiera kobiety w odkrywaniu ich potencjału oraz założycielka Klubu Miasta Kobiet – cyklu spotkań dla kobiet z inspirującymi gośćmi.

Review overview
1 COMMENT
  • Pingback:aneta pondo » Blog Archive » MARTA BIZOŃ – A do teatru, ty… gwiazdo! 7 kwietnia, 2014

POST A COMMENT

Chcę być informowany/a o odpowiedziach