Saturday, May 8, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Mariola Bojarska-Ferenc: Królowa jest tylko jedna

Mariola Bojarska-Ferenc: Królowa jest tylko jedna

Fit to było jej drugie imię już wtedy, gdy w Polsce o aerobiku nikt jeszcze nie słyszał. Dziś nie ukrywa, że jest kobietą spełnioną i zamożną.

Pamiętam listy od adoratorów-szaleńców, Ktoś pisał: „Pani Mariolu! Całuję ekran, jak pani ćwiczy!” /fot. Adam Lewanowicz

Kiedy na początku lat 80. Jane Fonda po raz pierwszy wystąpiła w telewizji z body naciągniętym na lycrowe legginsy, ona była już uznaną gimnastyczką polskiej kadry narodowej. Zdrowo jadła i ćwiczyła po osiem godzin dziennie. Fit to było jej drugie imię już wtedy, gdy w Polsce o aerobiku nikt jeszcze nie słyszał. Jaka jest Mariola Bojarska-Ferenc, polska pionierka fitnessu, dziennikarka i propagatorka zdrowego stylu życia? Na pewno jest niezłomna, a bywa uparta i wybredna. Jej współpracownicy i rodzina wiedzą, że gdy coś idzie nie po jej myśli, potrafi wpaść w złość, a nawet się rozpłakać. Nie ukrywa, że jest kobietą spełnioną i zamożną. – Czy to wstyd? – mówi. – Sama na to zapracowałam.

Pamiętam listy od adoratorów-szaleńców, bo okazało się, że moje programy oglądało bardzo wielu mężczyzn. Ktoś pisał: „Pani Mariolu! Całuję ekran, jak pani ćwiczy!”

Pamiętam listy od adoratorów-szaleńców, bo okazało się, że moje programy oglądało bardzo wielu mężczyzn. Ktoś pisał: „Pani Mariolu! Całuję ekran, jak pani ćwiczy!” / fot. Adam Lewanowicz

Kiedy pojawiła się Pani w telewizji, by pokazać aerobic, złośliwi nazywali Panią dziewczyną w śpiochach. Początki fitnessu w Polsce nie były chyba łatwe.

Pionierzy zawsze mają trudno, musiałam przekonać innych, że ta dziedzina jest przyszłościowa i warto ją propagować. Koledzy z redakcji sportowej, bo tam zaczynałam swoją pracę, nie wierzyli, że uda mi się namówić Polaków do przyjęcia aktywnego stylu życia. To były czasy, gdy nie działały fitness cluby, nikt poza zawodowymi sportowcami nie ćwiczył, a jak ktoś biegł ulicą, to znaczyło, że się co najwyżej spieszy, ale na pewno nie trenuje. Ale jednak kiedy pierwszy raz wystąpiłam w telewizji, koledzy powiedzieli: „Wiesz co, zostaw dziennik sportowy i zostań w tych swoich śpiochach, bo robisz to najlepiej i wiarygodnie”.

Tak samo zareagowali widzowie.

Dostawałam od telewidzów worki listów. Były w nich niesamowite historie, czasem zabawne, czasem problematyczne.

Pamięta Pani jakieś?

Starsza pani pisała, że dzięki moim ćwiczeniom zaczęła chodzić bez balkoniku. To było wzruszające. Jedna kobieta zrobiła sobie zdjęcie nóg, twierdząc, że ma krzywe, i prosiła o ćwiczenia, które je zmienią. Rzeczywiście, nogi były jak na beczce prostowane. Jak wyprostować nogi? Nie wiem. Pamiętam też listy od adoratorów-szaleńców, bo okazało się, że moje programy oglądało bardzo wielu mężczyzn. Ktoś pisał: „Pani Mariolu! Całuję ekran, jak pani ćwiczy!”, i zarzekał się, że choć ma rodzinę, klęczy przed ekranem, gdy tylko zaczyna się mój program. Ktoś inny przysyłał mi regularnie majtki i rajstopy jako dodatek do kartek na święta. To były ogromne, staromodne, o kilka rozmiarów za duże „gacie na wacie”, więc wnioskowałam, że to musiał być jakiś starszy facet. Zaśmiewałam się do rozpuku. Ale nie dziwiło mnie to. Miałam świadomość, że to, co robiłam, budziło męskie zainteresowanie. Ćwiczenia na ekranie, w odważnych strojach, w towarzystwie zgrabnych trenerek – to było zjawisko. Ludzie patrzyli na mnie nawet z samej ciekawości. Nagle w telewizji, i to codziennie, jakaś kobieta w obcisłym stroju pokazuje jogę, pilates, ćwiczenia baletowe, i zakłada nogi na szyję, jakby była z gumy. Dziś nie wywołuje to już zdziwienia.

Prawie każdy coś trenuje i jest wysportowany.

Gdy prowadziłam pierwsze programy z udziałem znanych gości, trudno było namówić kogokolwiek, by ćwiczył razem ze mną. Proszę sobie wyobrazić, że nikt nie chciał pokazać się w kostiumie! Kończyło się więc na rozmowie o diecie, zdrowiu i życiu, a potem ćwiczenia prezentowałam ja i moja grupa. Teraz jest inaczej. Sport stał się popularny i gwiazdy ulegają moim namowom, by założyć dres i podjąć treningowe wyzwanie. Zrealizowałam ponad dwa tysiące programów i nie ma chyba w tym kraju gwiazdy czy polityka, który by ze mną nie ćwiczył.

Z politykami było chyba najtrudniej.

Nie dla mnie. Do przełamywania swoich barier i lęków udało mi się namówić polityków ze wszystkich partii. Wicepremier Piechociński miał starcie z bokserem Diablo Włodarczykiem, cierpiąca na lęk wysokości Beata Kempa wspinała się po linie i wrzeszczała na mnie z góry, że pożałuję, jak tylko ją stamtąd ściągniemy, a potem śmiała się tylko z tego. Grzegorz Napieralski odgrywał ze mną scenę z CK Dezerterzy. Kazałam mu się czołgać przez taki tor przeszkód, że aż się dziwię, że do dziś mnie lubi. Janusz Palikot uprawiał jogę i gotował dla mnie. Dodam, że nikomu się nic nie stało i był to jeden z niewielu programów w telewizji, do którego żaden polityk nie miał uwag. Mój szef był zachwycony, choć wcześniej miał obawy.

W mediach krążą o Pani legendy.

Tak? Jakie?

Jest Pani pracoholiczką, uparciuchem i złośnicą, podobno też potrafi się Pani rozpłakać.

No cóż, zacznijmy od pracoholiczki – to prawda. Zastanawiałam się ostatnio, czego najbardziej by mi brakowało w życiu. I doszłam do wniosku, że pracy. Nie potrafiłabym z niej zrezygnować, siedzieć na kanapie, gryźć pazury i czekać na męża, aż wróci z pracy. W tym, co robię, jestem perfekcjonistką. Wszystko muszę doprowadzić do końca, jestem uparta, nie ma rzeczy dla mnie niemożliwych. Lubię, kiedy mój program „Sztuka życia” w TVP2 jest estetyczny, przemyślany. Na planie jestem postrachem, jak wchodzę, musi być perfekcyjnie, a moja mina podobno mówi za mnie. Faceci chyba się mnie boją. Nienawidzę niechlujstwa, przeciągania terminów, nieodpowiadania na maile i telefony – ogólnie braku kultury biznesowej. Lubię pracować z ludźmi, którzy szybko podejmują decyzję. Jestem zawsze przygotowana, i tyle.

Coś czuję, że tu włącza się złośnica…

Jestem złośnicą, gdy widzę obok siebie dyletanctwo, chamstwo, nieprawdę, gdy ktoś mnie obraża. Jeśli wiem, że mam rację, to nie ustępuję, nawet jeśli musiałabym iść pod prąd. Czasem może się to komuś nie podobać, ale ja i tak mówię, co myślę. Lubię jasne komunikaty, bo to ułatwia życie. Alicja Resich-Modlińska mówi o mnie, że jestem prawdziwa jak drzewo – nieugięta i bez ściemy. Nie powiem komuś, że wygląda dobrze albo ma fajną fryzurę, kiedy myślę inaczej. Przyjaciele to doceniają.

Twarda z Pani kobieta. Co zatem z tym płaczem?

Twarda jestem w pracy, w podejmowaniu decyzji, nawet tych trudnych, i bezwzględna dla leni, oszustów itp. Albo robię coś na sto procent, albo w ogóle – to moja zasada. Płaczę, gdy nikt nie widzi albo w ramionach męża. Zwykle ze wzruszenia lub z bezsilności, gdy ktoś mnie zawiódł. A zawsze w czasie świąt.

Nad karpiem?

Tak, nad karpiem i przy jajku. Choć podobno to mężczyzna powinien zabierać głos przy stole, w mojej rodzinie to ja jestem od mówienia. Przychodzi mi to najłatwiej z racji zawodu, jaki wykonuję. Zawsze wtedy bardzo się wzruszam i łzy same mi lecą. Płaczę też na cmentarzu. Oboje moi rodzice odeszli z powodu choroby nowotworowej, bardzo to przeżyłam i do dziś, gdy tylko przekraczam bramę cmentarza, wylewam morze łez. Beczę jak mała dziewczynka.

 Nie boję się powiedzieć, że ludzie, którzy komentują w internecie, są chorzy i zakompleksieni. Skąd tyle jadu?

Nie boję się powiedzieć, że ludzie, którzy komentują w internecie, są chorzy i zakompleksieni. Skąd tyle jadu? /fot. Adam Lewanowicz

Nie boję się powiedzieć, że ludzie, którzy komentują w internecie, są chorzy i zakompleksieni. Skąd tyle jadu?

Jest Pani bardziej delikatna, niż mogłoby się wydawać.

Tak, jestem bardzo wrażliwa, ale na co dzień tę wrażliwość chowam. Uchodzę za osobę przebojową. Moi szefowie, znajomi zawsze, kiedy się żalę, mówią: „Poradzisz sobie”. Rzeczywiście, nie boję się nowych wyzwań, gdy trzeba, zadzwonię do każdego, by osiągnąć cel, wejdę przez dziurkę od klucza. Natomiast w domu jestem romantyczką. Najbardziej na świecie kocham moich synów i męża. Rozpieszczam ich czasami za mocno. Dzwonię do nich codziennie, mężowi potrafię przerwać ważne służbowe spotkanie, żeby powiedzieć mu, że go kocham.

I co on na to?

Przyzwyczaił się już. Myślę, że bardzo to lubi, choć czasami jest wściekły, gdy trafiam w złym momencie. Sam jest typem mężczyzny, który nie mówi „kocham”.

Nie przeszkadza to Pani?

Oczywiście, że chciałabym słyszeć częściej to słowo. Bywa, że łażę za nim po domu jak ta kwoka i dopytuję: „Rysiu, a kochasz mnie?”. A on na to pyta, czy wiem, że dziś rano wyszedł z łóżka bezszelestnie, by dać mi dłużej pospać, bo późno wróciłam z pracy, i że wracając do domu, kupił świeże owoce i kwiaty, obowiązkowo białe… moje ulubione. I ja wtedy przyznaję mu rację – wiem, że mnie kocha, gesty są ważne, nie słowa. Choć kobiety kochają uszami i potrzebują czasami tych słów.

Są państwo razem ponad ćwierć wieku…

Jesteśmy 23 lata po ślubie, a 26 lat razem. Nadal uwielbiamy przebywać w swoim towarzystwie, rozmawiać, jeść razem kolacje, pić wino, wyjeżdżać na wakacje tylko we dwoje, a nawet tańczyć nad ranem, zupełnie bez okazji. Mamy ten sam gust. Mąż rozkochał mnie w stylistyce art deco, w której urządziliśmy cały nasz dom. Przez tyle lat nauczyliśmy się siebie nawzajem. Jak każdy mieliśmy dobre i złe chwile, które nas wiele nauczyły. Jestem szalona, nie dopuszczam do nudy.

A zaraziła go Pani pasją sportową?

Zadała mi Pani najtrudniejsze pytanie. Szewc bez butów chodzi. Namawianie męża do uprawiania sportu to chyba moja największa życiowa porażka. Zawsze zaczynało się od kupowania sprzętu. Miał grać w tenisa. OK. Będzie tenis. Kupiliśmy rakietę, buty, spodenki, koszulkę. Na tym się skończyło. Wysyłałam go na fitness, ale narzekał. Był dwa razy. Potem kupił wiosła. Groziłam, że jeśli nie będzie na nich trenował, to zapłaci mi cztery razy tyle, ile kosztowały. Nawet to nie pomogło. A ja bardzo chciałabym uprawiać z nim jakiś sport. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Czytaj dalej na następnej stronie

Miłośniczka słowa pisanego i mówionego, gaduła i tropicielka językowych banałów. Dziennikarka lifestylowa, redaktorka, konferansjerka oraz specjalistka od content marketingu. Z „Miastem Kobiet” związana od początku jego istnienia. Najchętniej pisze o ludziach, seksie i gotowaniu. Prowadzi blog obyczajowo-kulinarny historieslodkoslone.pl. Prywatnie zakochana mama i początkująca ogrodniczka.

Review overview
1 COMMENT
  • Avatar
    Dorota 8 sierpnia, 2014

    Puste babsko. Zakochane w sobie i chwalące się tylko tym ile ma kasy. Żenada królowa ? Hahaha
    Żeby ćwiczyć z ludźmi trzeba mieć podejście które mają trenerki fitnessu w teraźniejszych czasach. Czas pani się zakończył i nikt tutaj nie karze od razu umierać. Te młode osóbki pompgły o wiele więcej ludziom niż pani przez tyle lat. To że ma pani tyle kasy nikogo nie obchodzi

POST A COMMENT

Chcę być informowany/a o odpowiedziach