Saturday, September 25, 2021
Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Mariola Bojarska-Ferenc: Królowa jest tylko jedna

Mariola Bojarska-Ferenc: Królowa jest tylko jedna

Fit to było jej drugie imię już wtedy, gdy w Polsce o aerobiku nikt jeszcze nie słyszał. Dziś nie ukrywa, że jest kobietą spełnioną i zamożną.

Pamiętam listy od adoratorów-szaleńców, Ktoś pisał: „Pani Mariolu! Całuję ekran, jak pani ćwiczy!” /fot. Adam Lewanowicz

Kiedy na początku lat 80. Jane Fonda po raz pierwszy wystąpiła w telewizji z body naciągniętym na lycrowe legginsy, ona była już uznaną gimnastyczką polskiej kadry narodowej. Zdrowo jadła i ćwiczyła po osiem godzin dziennie. Fit to było jej drugie imię już wtedy, gdy w Polsce o aerobiku nikt jeszcze nie słyszał. Jaka jest Mariola Bojarska-Ferenc, polska pionierka fitnessu, dziennikarka i propagatorka zdrowego stylu życia? Na pewno jest niezłomna, a bywa uparta i wybredna. Jej współpracownicy i rodzina wiedzą, że gdy coś idzie nie po jej myśli, potrafi wpaść w złość, a nawet się rozpłakać. Nie ukrywa, że jest kobietą spełnioną i zamożną. – Czy to wstyd? – mówi. – Sama na to zapracowałam.

Pamiętam listy od adoratorów-szaleńców, bo okazało się, że moje programy oglądało bardzo wielu mężczyzn. Ktoś pisał: „Pani Mariolu! Całuję ekran, jak pani ćwiczy!”

Pamiętam listy od adoratorów-szaleńców, bo okazało się, że moje programy oglądało bardzo wielu mężczyzn. Ktoś pisał: „Pani Mariolu! Całuję ekran, jak pani ćwiczy!” / fot. Adam Lewanowicz

Kiedy pojawiła się Pani w telewizji, by pokazać aerobic, złośliwi nazywali Panią dziewczyną w śpiochach. Początki fitnessu w Polsce nie były chyba łatwe.

Pionierzy zawsze mają trudno, musiałam przekonać innych, że ta dziedzina jest przyszłościowa i warto ją propagować. Koledzy z redakcji sportowej, bo tam zaczynałam swoją pracę, nie wierzyli, że uda mi się namówić Polaków do przyjęcia aktywnego stylu życia. To były czasy, gdy nie działały fitness cluby, nikt poza zawodowymi sportowcami nie ćwiczył, a jak ktoś biegł ulicą, to znaczyło, że się co najwyżej spieszy, ale na pewno nie trenuje. Ale jednak kiedy pierwszy raz wystąpiłam w telewizji, koledzy powiedzieli: „Wiesz co, zostaw dziennik sportowy i zostań w tych swoich śpiochach, bo robisz to najlepiej i wiarygodnie”.

Tak samo zareagowali widzowie.

Dostawałam od telewidzów worki listów. Były w nich niesamowite historie, czasem zabawne, czasem problematyczne.

Pamięta Pani jakieś?

Starsza pani pisała, że dzięki moim ćwiczeniom zaczęła chodzić bez balkoniku. To było wzruszające. Jedna kobieta zrobiła sobie zdjęcie nóg, twierdząc, że ma krzywe, i prosiła o ćwiczenia, które je zmienią. Rzeczywiście, nogi były jak na beczce prostowane. Jak wyprostować nogi? Nie wiem. Pamiętam też listy od adoratorów-szaleńców, bo okazało się, że moje programy oglądało bardzo wielu mężczyzn. Ktoś pisał: „Pani Mariolu! Całuję ekran, jak pani ćwiczy!”, i zarzekał się, że choć ma rodzinę, klęczy przed ekranem, gdy tylko zaczyna się mój program. Ktoś inny przysyłał mi regularnie majtki i rajstopy jako dodatek do kartek na święta. To były ogromne, staromodne, o kilka rozmiarów za duże „gacie na wacie”, więc wnioskowałam, że to musiał być jakiś starszy facet. Zaśmiewałam się do rozpuku. Ale nie dziwiło mnie to. Miałam świadomość, że to, co robiłam, budziło męskie zainteresowanie. Ćwiczenia na ekranie, w odważnych strojach, w towarzystwie zgrabnych trenerek – to było zjawisko. Ludzie patrzyli na mnie nawet z samej ciekawości. Nagle w telewizji, i to codziennie, jakaś kobieta w obcisłym stroju pokazuje jogę, pilates, ćwiczenia baletowe, i zakłada nogi na szyję, jakby była z gumy. Dziś nie wywołuje to już zdziwienia.

Prawie każdy coś trenuje i jest wysportowany.

Gdy prowadziłam pierwsze programy z udziałem znanych gości, trudno było namówić kogokolwiek, by ćwiczył razem ze mną. Proszę sobie wyobrazić, że nikt nie chciał pokazać się w kostiumie! Kończyło się więc na rozmowie o diecie, zdrowiu i życiu, a potem ćwiczenia prezentowałam ja i moja grupa. Teraz jest inaczej. Sport stał się popularny i gwiazdy ulegają moim namowom, by założyć dres i podjąć treningowe wyzwanie. Zrealizowałam ponad dwa tysiące programów i nie ma chyba w tym kraju gwiazdy czy polityka, który by ze mną nie ćwiczył.

Z politykami było chyba najtrudniej.

Nie dla mnie. Do przełamywania swoich barier i lęków udało mi się namówić polityków ze wszystkich partii. Wicepremier Piechociński miał starcie z bokserem Diablo Włodarczykiem, cierpiąca na lęk wysokości Beata Kempa wspinała się po linie i wrzeszczała na mnie z góry, że pożałuję, jak tylko ją stamtąd ściągniemy, a potem śmiała się tylko z tego. Grzegorz Napieralski odgrywał ze mną scenę z CK Dezerterzy. Kazałam mu się czołgać przez taki tor przeszkód, że aż się dziwię, że do dziś mnie lubi. Janusz Palikot uprawiał jogę i gotował dla mnie. Dodam, że nikomu się nic nie stało i był to jeden z niewielu programów w telewizji, do którego żaden polityk nie miał uwag. Mój szef był zachwycony, choć wcześniej miał obawy.

W mediach krążą o Pani legendy.

Tak? Jakie?

Jest Pani pracoholiczką, uparciuchem i złośnicą, podobno też potrafi się Pani rozpłakać.

No cóż, zacznijmy od pracoholiczki – to prawda. Zastanawiałam się ostatnio, czego najbardziej by mi brakowało w życiu. I doszłam do wniosku, że pracy. Nie potrafiłabym z niej zrezygnować, siedzieć na kanapie, gryźć pazury i czekać na męża, aż wróci z pracy. W tym, co robię, jestem perfekcjonistką. Wszystko muszę doprowadzić do końca, jestem uparta, nie ma rzeczy dla mnie niemożliwych. Lubię, kiedy mój program „Sztuka życia” w TVP2 jest estetyczny, przemyślany. Na planie jestem postrachem, jak wchodzę, musi być perfekcyjnie, a moja mina podobno mówi za mnie. Faceci chyba się mnie boją. Nienawidzę niechlujstwa, przeciągania terminów, nieodpowiadania na maile i telefony – ogólnie braku kultury biznesowej. Lubię pracować z ludźmi, którzy szybko podejmują decyzję. Jestem zawsze przygotowana, i tyle.

Coś czuję, że tu włącza się złośnica…

Jestem złośnicą, gdy widzę obok siebie dyletanctwo, chamstwo, nieprawdę, gdy ktoś mnie obraża. Jeśli wiem, że mam rację, to nie ustępuję, nawet jeśli musiałabym iść pod prąd. Czasem może się to komuś nie podobać, ale ja i tak mówię, co myślę. Lubię jasne komunikaty, bo to ułatwia życie. Alicja Resich-Modlińska mówi o mnie, że jestem prawdziwa jak drzewo – nieugięta i bez ściemy. Nie powiem komuś, że wygląda dobrze albo ma fajną fryzurę, kiedy myślę inaczej. Przyjaciele to doceniają.

Twarda z Pani kobieta. Co zatem z tym płaczem?

Twarda jestem w pracy, w podejmowaniu decyzji, nawet tych trudnych, i bezwzględna dla leni, oszustów itp. Albo robię coś na sto procent, albo w ogóle – to moja zasada. Płaczę, gdy nikt nie widzi albo w ramionach męża. Zwykle ze wzruszenia lub z bezsilności, gdy ktoś mnie zawiódł. A zawsze w czasie świąt.

Nad karpiem?

Tak, nad karpiem i przy jajku. Choć podobno to mężczyzna powinien zabierać głos przy stole, w mojej rodzinie to ja jestem od mówienia. Przychodzi mi to najłatwiej z racji zawodu, jaki wykonuję. Zawsze wtedy bardzo się wzruszam i łzy same mi lecą. Płaczę też na cmentarzu. Oboje moi rodzice odeszli z powodu choroby nowotworowej, bardzo to przeżyłam i do dziś, gdy tylko przekraczam bramę cmentarza, wylewam morze łez. Beczę jak mała dziewczynka.

 Nie boję się powiedzieć, że ludzie, którzy komentują w internecie, są chorzy i zakompleksieni. Skąd tyle jadu?

Nie boję się powiedzieć, że ludzie, którzy komentują w internecie, są chorzy i zakompleksieni. Skąd tyle jadu? /fot. Adam Lewanowicz

Nie boję się powiedzieć, że ludzie, którzy komentują w internecie, są chorzy i zakompleksieni. Skąd tyle jadu?

Jest Pani bardziej delikatna, niż mogłoby się wydawać.

Tak, jestem bardzo wrażliwa, ale na co dzień tę wrażliwość chowam. Uchodzę za osobę przebojową. Moi szefowie, znajomi zawsze, kiedy się żalę, mówią: „Poradzisz sobie”. Rzeczywiście, nie boję się nowych wyzwań, gdy trzeba, zadzwonię do każdego, by osiągnąć cel, wejdę przez dziurkę od klucza. Natomiast w domu jestem romantyczką. Najbardziej na świecie kocham moich synów i męża. Rozpieszczam ich czasami za mocno. Dzwonię do nich codziennie, mężowi potrafię przerwać ważne służbowe spotkanie, żeby powiedzieć mu, że go kocham.

I co on na to?

Przyzwyczaił się już. Myślę, że bardzo to lubi, choć czasami jest wściekły, gdy trafiam w złym momencie. Sam jest typem mężczyzny, który nie mówi „kocham”.

Nie przeszkadza to Pani?

Oczywiście, że chciałabym słyszeć częściej to słowo. Bywa, że łażę za nim po domu jak ta kwoka i dopytuję: „Rysiu, a kochasz mnie?”. A on na to pyta, czy wiem, że dziś rano wyszedł z łóżka bezszelestnie, by dać mi dłużej pospać, bo późno wróciłam z pracy, i że wracając do domu, kupił świeże owoce i kwiaty, obowiązkowo białe… moje ulubione. I ja wtedy przyznaję mu rację – wiem, że mnie kocha, gesty są ważne, nie słowa. Choć kobiety kochają uszami i potrzebują czasami tych słów.

Są państwo razem ponad ćwierć wieku…

Jesteśmy 23 lata po ślubie, a 26 lat razem. Nadal uwielbiamy przebywać w swoim towarzystwie, rozmawiać, jeść razem kolacje, pić wino, wyjeżdżać na wakacje tylko we dwoje, a nawet tańczyć nad ranem, zupełnie bez okazji. Mamy ten sam gust. Mąż rozkochał mnie w stylistyce art deco, w której urządziliśmy cały nasz dom. Przez tyle lat nauczyliśmy się siebie nawzajem. Jak każdy mieliśmy dobre i złe chwile, które nas wiele nauczyły. Jestem szalona, nie dopuszczam do nudy.

A zaraziła go Pani pasją sportową?

Zadała mi Pani najtrudniejsze pytanie. Szewc bez butów chodzi. Namawianie męża do uprawiania sportu to chyba moja największa życiowa porażka. Zawsze zaczynało się od kupowania sprzętu. Miał grać w tenisa. OK. Będzie tenis. Kupiliśmy rakietę, buty, spodenki, koszulkę. Na tym się skończyło. Wysyłałam go na fitness, ale narzekał. Był dwa razy. Potem kupił wiosła. Groziłam, że jeśli nie będzie na nich trenował, to zapłaci mi cztery razy tyle, ile kosztowały. Nawet to nie pomogło. A ja bardzo chciałabym uprawiać z nim jakiś sport. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Valentino powiedział kiedyś, że nigdy nie zje na plastikowym talerzu. I ja się pod tym podpisuję. Wolę wszystkiego mieć mniej, ale dobrej jakości /fot. Adam Lewanowicz

Valentino powiedział kiedyś, że nigdy nie zje na plastikowym talerzu. I ja się pod tym podpisuję. Wolę wszystkiego mieć mniej, ale dobrej jakości /fot. Adam Lewanowicz

Mąż docenia Pani wysportowaną sylwetkę?

Uwielbia ją, więc chowa przede mną słodycze! Jestem łasuchem, uwielbiam jeść, bo zawsze mi tego odmawiano. W czasach gdy trenowałam gimnastykę, byłam wiecznie na diecie. Mam słabość do bezy z kremem, ale wiem, że i mąż, i wy nie odpuścicie mi. Sama też lubię, jak mam wszystko na swoim miejscu. Przeszkadzałby mi każdy zbędny kilogram. Jestem dojrzałą kobietą, więc nie chcę wyglądać anorektycznie, ale zdrowo. Wysportowana czuję się atrakcyjniejsza.

Pani wciąż tak dużo ćwiczy?

Osobie, która jest tak wytrenowana jak ja, nie wystarczy godzina lekkich ćwiczeń. Każdy dzień zaczynam od marszu w szybkim tempie, w cieplejsze dni spaceruję na świeżym powietrzu, gdy jest zimno – na bieżni, oglądając „Pytanie na śniadanie”. Jestem bardzo świadoma tego, że z każdym rokiem moje ciało wymaga więcej troski – konieczne jest wzmacnianie mięśni i gęstości kości na siłowni. Zawsze więc wykonuję szereg ćwiczeń na wszystkie partie mięśni – ramiona, plecy, brzuch… A najchętniej – jeśli ćwiczę coś wyłącznie dla siebie – wybieram wszelkie formy ruchu powiązane z tańcem. Byłam gimnastyczką artystyczną i baletnicą, raz zatańczyłam nawet w balecie Sabat w Casablance, choreografia towarzyszy mi od zawsze. Uwielbiam drums alive albo latino aerobic, zumbę lub balet klasyczny.

Boi się Pani starości?

Nie, bo ja nie będę stara! Będę dojrzałą kobietą pełną energii. Nie ma nic gorszego niż samoograniczanie się, mówienie, że już mi czegoś nie wypada, bo to już nie ten wiek, że nie można, że to nie dla mnie. Tymczasem sport, obcisłe ubrania, podróże, nowe wyzwania, seks – na wszystko możemy sobie pozwolić, niezależnie od wieku. Kobiety, gdy stają się babciami, zaczynają się czasem inaczej czesać, ubierają się w przedpotopowe stroje, bo sądzą, że tak musi być. I przestają się interesować światem. Czasy się zmieniły, możemy do końca być atrakcyjne, wszystko zależy od nas. Uwierzmy w siebie, nie dajmy sobie wmówić, że po pięćdziesiątce życie się kończy. Ja ciągle się czegoś uczę, wyjeżdżam na kongresy, czytam książki – to bardzo rozwija, odmładza i pomaga zachować na długie lata sprawność, także intelektualną. Nie potrafię stać w miejscu. W swojej pracy zawodowej chcę się teraz skupić na dojrzałych kobietach. Prowadzę cykl szkoleń dla firm i kobiet w różnym wieku, w których motywuję je nie tylko do ruchu i aktywności, ale także pokazuję, jak można poprawić swoje życie dzięki zbilansowanej diecie, nowoczesnemu myśleniu, zadbanemu wizerunkowi i wierze w siebie.

Jest Pani już babcią?

Tak, ale tylko dla Marcelka. Z moim kochanym wnuczkiem, choć ma dopiero rok, już ustaliłam, żeby nie mówił do mnie babciu, tylko Mary (śmiech).

Lubi Pani luksus?

Uwielbiam! Uważam, że żyje się tylko raz, i po to zarabiam pieniądze, by żyć wygodnie i spełniać marzenia. Nigdy nie wiem, kiedy odejdę z tego świata, więc jeśli kiedyś mam to zrobić, to chcę być w dobrych butach, pięknej sukni i szczęśliwa. Nie wstydzę się tego, że stać mnie na wiele. Valentino powiedział kiedyś, że nigdy nie zje na plastikowym talerzu. I ja się pod tym podpisuję. Wolę wszystkiego mieć mniej, ale dobrej jakości.

To niezbyt popularne przyznawać się do zamożności w kraju, gdzie ciągle wielu ludziom nie starcza na życie.

Polacy nie potrafią się cieszyć z cudzego sukcesu, chcieliby, żeby wszyscy mieli po równo. A tak nie jest. Moje koleżanki mają więcej niż ja. Zawsze autentycznie się z tego cieszę. Gratuluję im. Fajnie, że otaczają mnie spełnieni ludzie. Jak już ustaliłyśmy, jestem pracoholiczką, i na to, co mam, ciężko pracuję. Nigdy niczego w życiu nie dostałam, na wszystko ciężko pracowałam, jestem z tego dumna. Wie Pani, gdy byłam młoda i wydałam pierwsze płyty z callaneticsem, które odniosły ogromny sukces, także finansowy, otrzymałam za to nowe BMW. I proszę sobie wyobrazić, że aby uniknąć komentarzy, parkowałam ten samochód dwa skrzyżowania przed pracą, bo obawiałam się zazdrości. A teraz nie myślę o tym. Stać mnie, nie ukradłam. Jak sobie coś kupię, to cieszę się jak dziecko. Moją torebkę od dobrego projektanta noszę dumnie przed sobą. Ktoś nawet zażartował, że wyprowadzam ją jak pieska na spacer. Kocham Pradę i wszyscy o tym wiedzą.

Podobno nie korzysta Pani z pomocy stylistów. To, w czym pokazuje się Pani na czerwonym dywanie, to wyłącznie własne stylizacje?

Nigdy nie wypożyczyłam żadnej rzeczy po to, żeby pokazać się na ściance. Najlepiej się czuję w swoich ubraniach, bo one określają mój styl. Chodzę w trzech kolorach: czarnym, białym i szarym. Im prostsze rzeczy, tym lepsze. Mogę iść pięć razy w jednej sukience, ale zmieniam dodatki; raz założę sweterek, raz kurtkę skórzaną. Nie znoszę wypożyczonych rzeczy. Sądzę, że nie sztuka wyglądać fajnie w wypożyczonej sukience i udawać księżniczkę. Owszem, wypożyczam ubrania do programów. Jeśli widzą mnie państwo w kolorach, to z pewnością nie pochodzą one z mojej szafy. Wyjątek robię też dla sesji zdjęciowych, ale nigdy nie pozwalam siebie przebierać, zawsze pragnę pozostać sobą.

Rozumiem, że na komentarze w internecie już się Pani uodporniła.

Jestem za mądra, by się nimi przejmować. Nie boję się powiedzieć, że ludzie, którzy komentują w internecie, są chorzy i zakompleksieni. Skąd tyle jadu? Jak można o kimś pisać, że jest głupi, stary i brzydki, ot tak po prostu? Nie czytam tego, co ludzie wypisują na mój temat, bo bym zwariowała jak oni. Czasem synowie chcą się jednak z tego pośmiać. Przynoszą komputer i mówią: „Zobacz, mama, co tym razem o Bojarskiej napisali”. Wtedy płaczemy ze śmiechu. Jak można wymyślać tyle bzdur?

Co ostatnio tak Was rozbawiło?

Ostatnio dowiedziałam się, że jestem starym babskiem i powinnam już odejść. Muszę ich zmartwić – nigdzie się nie wybieram. Nie pojmuję takiego zachowania. Nie podchodzę do starszych ode nie osób i nie mówię im, że powinny już umrzeć, by zrobić innym miejsce. Tego chamstwa nie mogę zrozumieć. Każdy kiedyś będzie dojrzały i będzie chciał pracować, cieszyć się życiem. Wiem, kim jestem, i byle kto mnie nie zrani.

Czuje Pani na plecach oddech konkurencji?

Robię swoje od lat i z nikim nie konkuruję, nie ścigam się, bo nie muszę. Na moją pozycję w mediach pracowałam ciężko, ucząc się od najlepszych na świecie trenerów i wykładowców. W ciągu tych lat nie miałam ani jednego złego komentarza dotyczącego pracy. Ilość lat świadczy o zaufaniu moich odbiorców, którym co roku serwuję nowości dotyczące zdrowego stylu życia. Nie mam fitness klubu, więc nie konkuruję o klienta z trenerami. Wybrałam drogę dziennikarską. Innej dziennikarki i trenerki fitness w jednym nie znam.

Skomentuje Pani metody treningowe Ewy Chodakowskiej?

Metody? To żart? Wszystko, co miałam do powiedzenia na jej temat, już powiedziałam i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Pamiętajmy, kochani, że zęby leczy się u stomatologa, a nie u kowala.

Za oceanem furorę robi Mel B, była wokalistka Spice Girls, i jej 10-minutowe zestawy ćwiczeń. Podobno przynoszą świetne efekty.

Nie ma czegoś takiego jak dobry 10-minutowy trening. Przykro mi, że ciągle muszę to tłumaczyć; 15-20 minut powinna trwać sama rozgrzewka przed treningiem i każdy trener, który ukończył jakąś sensowną szkołę, powinien o tym wiedzieć. Tym, którzy bez przygotowania rzucają się na głęboką wodę treningów, niedopasowanych do ich indywidualnych potrzeb i stanu zdrowia, grozi wielkie niebezpieczeństwo. Skutki regularnych ćwiczeń z jakąś Zuzią czy Józią mogą być różne, często nieodwracalne. Po złym fryzjerze włosy odrosną, a tu? Co z tego, że schudniesz, jeśli na zawsze zniszczysz sobie stawy kolanowe? Trzeba wybierać mądrych, wykształconych trenerów. Inspirować do ćwiczeń może każdy, ale ustawiać trening – tylko fachowiec. Dostaję listy od dziewczyn, u których źle prowadzony trening doprowadził do rozbudowania mięśni ud, jak u kulturysty. I co ja im mam powiedzieć? Jak mają sobie teraz te mięśnie zmniejszyć? Wypadałoby leżeć w łóżku, wsadzić nogi w gips i czekać na zanik mięśni. Takie są skutki, gdy za trenowanie biorą się osoby bez odpowiedniego przygotowania.

Media okrzyknęły Panią polską królową fitnessu.

Za każdym razem gdy jeżdżę do USA na najważniejsze konferencje fitness na świecie, a ciągle jestem tam jedyną reprezentantką naszego kraju, trenerzy ze świata, których gościłam w swoich programach, mówią o mnie: „Patrzcie, królowa z Polski przyjechała”. To miłe mieć u nich taki szacunek. Popularyzuję fitness, a teraz wellness, w telewizji i prasie nieprzerwanie od 28 lat. Na swoim koncie mam ponad dwa tysiące programów fitnessowych w TVP, trzy książki, cztery płyty, film z ćwiczeniami w Dreamlinerach, ponad 200 artykułów w najlepszych polskich magazynach, 40 kongresów światowych fitness. Czy dalej wymieniać?

Przyzna Pani, że królowa jest tylko jedna?

No cóż… A czy widziała Pani, żeby w jakimś kraju panowały dwie królowe?

Rozmawiała Karolina Siudeja

Miłośniczka słowa pisanego i mówionego, gaduła i tropicielka językowych banałów. Dziennikarka lifestylowa, redaktorka, konferansjerka oraz specjalistka od content marketingu. Z „Miastem Kobiet” związana od początku jego istnienia. Najchętniej pisze o ludziach, seksie i gotowaniu. Prowadzi blog obyczajowo-kulinarny historieslodkoslone.pl. Prywatnie zakochana mama i początkująca ogrodniczka.

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • Avatar
    Dorota 8 sierpnia, 2014

    Puste babsko. Zakochane w sobie i chwalące się tylko tym ile ma kasy. Żenada królowa ? Hahaha
    Żeby ćwiczyć z ludźmi trzeba mieć podejście które mają trenerki fitnessu w teraźniejszych czasach. Czas pani się zakończył i nikt tutaj nie karze od razu umierać. Te młode osóbki pompgły o wiele więcej ludziom niż pani przez tyle lat. To że ma pani tyle kasy nikogo nie obchodzi

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach