Home / Ludzie  / Gwiazdy  / Marek Grechuta symfonicznie

Marek Grechuta symfonicznie

Marek Grechuta w wydaniu symfonicznym, doprawiony odrobiną rocka i jazzu. Tak było w czasie finałowego koncertu Grechuta Festival.

Danuta Grechuta

Danuta Grechuta, fot. archiwum

Danuta Grechuta

Danuta Grechuta, fot. archiwum

Grechuta Festival 2011 właśnie się skończył. Przynajmniej w Krakowie, bo w tym roku koncerty finałowe zaplanowano dwa – ten drugi w Warszawie (dzisiaj o g. 20 w Sali Kongresowej). Kto jeszcze zdąży niech idzie. Byłam na koncercie finałowym w krakowskiej filharmonii (Marek Grechuta w wydaniu symfonicznym, doprawiony odrobiną rocka i jazzu), więc polecam.

Ale po kolei:

1. Wielkie brawa za pomysł, by Marka Grechutę przełożyć na orkiestrę symfoniczną. Bardzo ożywcze.

2. Zespół Plateau, który nagrał w tym roku płytę „Projekt Grechuta” zaproponował interpretację rockową. Podobno chłopcy grali Grechutę na Przystanku Woodstock, więc tym bardziej doceniam.

3. Z zespołem Plateau wystąpił Wojciech Waglewski i Marek Jackowski, dwaj panowie coraz bardziej zmęczeni życiem (przynajmniej na takich wyglądali), ale na interpretacje tego, co śpiewają wpływa to nienajgorzej.

4. Hanna Banaszak – lubię ją, bo ma klasę, więc wszystko co śpiewa brzmi dla mnie dobrze.

5. Dorota Miśkiewicz była zjawiskowa! Podobnie jak jej interpretacja „Niepewności” i olśniewająca stalowo-szara suknia, w której wystąpiła.

6. Agnieszka Koziarowska. Nie podobała mi się (i na tym poprzestańmy).

7. Andrzej Lampert śpiewał jak młody bóg, a momentami nawet pobrzmiewał matowym głosem Marka Grechuty.

8. Maciej Zakościelny wykonał te same utwory co rok temu na innym festiwalu Korowód, ale wybaczam, bo zrobił to wyśmienicie, a jego śnieżnobiały smoking został doceniony przez publiczność głośnym Oooooo

9. Koncert prowadził Robert Janowski. Ma swoją markę, więc wystarczy że się pokaże, żeby było dobrze, ale fajerwerków nie było.

10. Na scenie był cały czas zespół Anawa – jako łącznik między tym, co stare a nowe.

Na pewno nie było tak odważnie jak rok temu. Ale to zaliczyłabym na plus. Przynajmniej nikt się nie będzie czepiał, że sprofanowano spuściznę Grechuty. W ubiegłym roku pani siedząca obok mnie wyszła w połowie – doskonałego notabene – występu Mezo, mamrotają „Nie mogę tego słuchać, nie mogę tego słuchać, to straszne”. Ciekawe co by powiedziała, gdyby została do końca. Bo na końcu Zakopower po zinterpretowaniu dwóch piosenek Grechuty grał przez godzinę swoje własne utwory niemal rozsadzając ściany nieprzystosowanego do takiej dawki dźwięku kina Kijów. A wysłuchanie „Kaca” do tej pory zaliczam do najbardziej traumatycznych przeżyć muzycznych.

[autor wpisu: Aneta]

 

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach