Home / Ludzie  / Kre-aktywne  / Małgorzata Wojtaczka: Grzeczne dziewczynki nie chodzą na biegun

Małgorzata Wojtaczka: Grzeczne dziewczynki nie chodzą na biegun

Poznaj kobietę, która samotnie dotarła na Biegun Południowy

Małgorzata Wojtaczka i Marcin Prokop

Małgorzata Wojtaczka / Bartek Sadowski

Kim właściwie jest Małgorzata Wojtaczka? Tak jednym słowem? To proste: twardzielką. A poza tym biolożką, speleolożką, żeglarką, pierwszą Polką, która samotnie dotarła na Biegun Południowy. I jeszcze jedno: pogodnym człowiekiem

Małgorzata Wojtaczka: Kobieta-jaskiniowiec

Jest uśmiechnięta, stonowana i miła. Czy zawsze była grzeczna dziewczynką? No bez przesady – za taką „całkiem grzeczną”, jak mówi, nigdy nie mogła się uważać. Zawsze próbowała robić coś ciekawszego. Np. w dzieciństwie chodziło o to, by jechać na dłuższą wycieczkę – tam, dokąd mi nie wolno i dokąd rodzice jej nie pozwalają, powspinać się po drzewach. Potem bardzo ciągnęło ją w góry. Nie były to zajęcia, które wywoływały radość rodziców…

Nie zmieniło się to, gdy rozpoczęła studiowanie biologii we Wrocławiu, gdzie się urodziła i wychowała. Jedną z pierwszych decyzji było zapisanie się na kurs taternictwa jaskiniowego. Uznała, że rodzice nie powinni za dużo o tym wiedzieć. Pewnie po to, żeby się „za bardzo nie martwili…”. Dlatego, gdy między Bożym Narodzeniem a sylwestrem wybrała się na obóz w góry, powiedziała im, że po prostu jedzie do Zakopanego. Pech chciał, że przez przypadek spotkali na ulicy jej znajomego, który nieopatrznie się wygadał. Rodzice nie cieszyli się z tej aktywności. Ale słyszała, że znajomym opowiadali o tym z dumą.

Wszystkie zarobione w czasie wakacji pieniądze przeznaczała na sprzęt jaskiniowy, a każdą wolną chwilę spędzała w górach. Tuż po studiach, wraz z Piotrem, partnerem życiowym i grupą znajomych, postanowiła założyć drukarnię. Szybko jednak doszli do wniosku, że to nie dla nich, że lepiej robić to, co się naprawdę kocha. Sprzedali więc interes i kupili jacht motorowo-żaglowy, który nazwali Selma Expedition. Rozpoczęli organizację wypraw arktycznych. Od tej pory Małgorzata Wojtaczka może mówić, że jest „współarmatorem”.

Podkreśla, że samo pływanie nie jest jej pasją. To pozwala jej jednak dostać się w rejony, które lubi – zimne, odległe i niedostępne.

Widziała wiele miejsc, które oczom śmiertelników takich, jak większość z nas ukażą się jedynie w telewizji: przylądek Horn czy dno jaskini Sistema del Hou de la Canal Parda w paśmie Picos de Europa w Hiszpanii (głębokiej na 903 m). Dotarła też samotnie, po 3-tygodniowym marszu na nartach na Newtontoppen, najwyższą górę Spitsbergenu. To, jak się okazało, była jedynie przygrywka do tego, co zaświtało w jej głowie w czasie wędrówki. Pomyślała wtedy, że warto zrobić coś, co potrwa dłużej, będzie jeszcze większe. Lektura książki Liv Arnesen „Grzeczne dziewczynki nie chodzą na biegun” ułatwiła podjęcie decyzji. Co chciała sobie w ten sposób udowodnić? Nic! Wyprawa, jak tłumaczy, nie jest próbą udowadniania sobie czegokolwiek. Biegun jest ważny, ale celem jest marsz.

Samotnie zdobyła Biegun Południowy

Pierwszą Polską Kobiecą Wyprawę Antarktyczną, zakładającą dotarcie od krańca kontynentu do geograficznego Południowego Bieguna Ziemi, Małgorzata Wojtaczka rozpoczęła 18 listopada 2016 roku. Punkt docelowy na wysokości 2835 m n.p.m. osiągnęła po 69 dniach wędrówki (pokonała ponad 1200 km). Przez ten czas ciągnęła za sobą specjalne sanki z zaopatrzeniem, które na początku ważyły 120 kg. Mróz sięgał chwilami minus 40 stopni.
Dlaczego podjęła to wyzwanie rezygnując z wszelkiej pomocy z zewnątrz?

Jest tam zimno, a to lubię. Poza tym to bardzo wielka przestrzeń bez cywilizacji, miejsce bardzo mało zmienione ręką człowieka. No i jest trudno, to też lubię

– mówi 6. kobieta świata, która zdobyła samotnie Biegun Południowy z rozmowie z Marcinem Prokopem.
Czy się bała o swoje życie? Nie – jechała na Antarktydę po to, żeby zebrać siły na życie tutaj.

– Po tygodniu oderwałam się od codzienności i spraw, które trzeba było załatwić jeszcze przed wyjazdem, a po dwóch tygodniach zostało już tylko to, co tu i teraz: marsz oraz Antarktyda, to, co mnie otaczało – ujawnia w programie „Z tymi, co się znają”. Jak dodaje, w czasie tej arcytrudnej wyprawy przekonała się też, że samotność jej nie przeszkadza. Bo, według niej, samotność daje dużą niezależność i poczucie wolności.
– Wydaje mi się, że na co dzień jestem sobą, ale dopiero tam odkryłam, że człowiek staje się prawdziwy, kiedy jest sam – mówi Małgorzata Wojtaczka.

Marzyła, że jak wróci, przez okrągły tydzień zajmie się „nicnierobieniem”. Nie udało się… Po powrocie do cywilizacji pojawiły się zaciekawione media, a zaraz potem było… jej pierwsze wystąpienie publiczne w życiu, od razu dla 6 tysięcy ludzi! Ale w nagrodę w Punta Arenas zafundowała sobie piękną, sportową kurteczkę w kolorze niebieskim – jej ulubionym!

A jak wypoczywa po takich ekstremalnych wyczynach? Jaką plażę wybiera? Żadną! Dobry urlop to taki, w czasie którego może wybrać się w góry ze znajomymi. Najlepiej, żeby po drodze były do zwiedzenia jaskinie. Plażowanie? Nie, tego niebieskolubna twardzielka by nie zniosła…

Rozmowa z Małgorzatą Wojtaczką w cyklu „Z tymi co się znają”

 

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach