Home / Felietony  / Małgorzata Majewska: Zardzewiałe narracje

Małgorzata Majewska: Zardzewiałe narracje

Do tej pory obowiązywała jedna duża narracja: patriarchalna. Poukładana. Z ustalonym porządkiem społecznym. Noblistka nazwała ją zardzewiałą, bo nieaktualną

zardzewiale narracje

Zabierałam jej każdą przyjemność wspólnego tiramisu, przypominając, ile mascarpone ma kalorii / fot. jwlez / Unsplash

Pan Władek bił kobiety. Katował. Dostałam kontakt do niego razem z jego sławą damskiego boksera. Zaczęliśmy rozmawiać. Wiedział, że pracuję nad dużym reportażem i zgodził się na rozmowę po ustaleniu warunków anonimowości

– Czy uderzył pan kiedyś kobietę?
– Kobietę? Nigdy.
– Przecież mówiono mi o tym, że pan uderzył i tę, i tę, i tamtą.
– Pani, ale to zwykłe kurwy były. Pani bym nigdy nie uderzył.

 

Pan Staszek nie chleje

zardzewiałe narracje

rys. Maciej Dziadyk

Co było najpierw: kura czy jajko? Czy najpierw uderzył? Czy najpierw zbudował sobie w języku narrację, w której przyporządkował określone osoby do takiej szufladki, że potem mógł je katować i dalej mieć poczucie, że kobiet nie tyka? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że narracje, które tworzymy na temat świata i swojej w nim roli, muszą być tak zbudowane, by dawały zgodę, usprawiedliwiały czy czasem wręcz pochwalały nasze zachowania.
Pan Staszek, chory na chorobę alkoholową, pytany, czy pije, odpowiedział:

„Wie pani, ja nie jestem zwykłym alkoholikiem. Ja jestem koneserem wybitnych win”.

Bo pan Staszek chleje wyłącznie wina z górnej finansowej półki. Ma taki zawód i taki stan konta, że może sobie na to pozwolić. Więc swój alkoholizm ubiera w taki język, który go chroni przed spojrzeniem w oczy chorobie. Może dalej pić, bo w swoich oczach nie jest menelem, tylko koneserem z ambicją na bycie somelierem.

Pracuję nad dużym reportażem na temat prostytucji. Szukam bohaterek. Pewna osoba pisze do mnie:

„Boże, myślałam, myślałam, ale przecież daleko chodzić nie trzeba. Moja znajoma, cudzoziemka, zajmuje się »masażem«, a jej mąż (Polak) u nich w mieszkaniu ma burdel. Sprowadza tam prostytutkę i klientów. Mają małą córkę i długi. Z dziewczyną znamy się od dziecka. W tym samym czasie się przeprowadziłyśmy – ona studiować do Wrocławia, ja z rodziną. Na drugim roku chyba poznała jego i zaszła w ciążę. Pomijając różne rzeczy, doszło do tego, że mieszka z nim i czeka na obywatelstwo, by wziąć rozwód. Dorabia w taki sposób. Na »masaż« bierze dziecko, żeby się gdzieś tam bawiło. Wiem też, że zgodziła się kiedyś na sponsoring – ona od siebie daje seks, a on jej regularnie płaci”.

Po jakiś czasie dodała:

„Jeśli chodzi o moją koleżankę, to tam też jest kolejna kwestia – ona lubi seks. Od 16 roku życia miała już tylu partnerów, że nie da się tego przeliczyć”.

Rano, w dniu, w którym miałyśmy się spotkać, dostaje informację: „Dzień dobry, Marta właśnie napisała, żebyśmy nie przyjeżdżały. Powiedziała, że nie jest prostytutką i że opowiadała mi wszystko nie dla publicznego rozpowszechniania”.

Z językiem tak właśnie jest. Samo nazywanie jest równoznaczne ze stwarzaniem nowej rzeczywistości. Świata, w który jego narrator wierzy bądź musi wierzyć. Pan Władek przecież nie bije kobiet. Pan Staszek nie chleje. Marta najpierw chciała opowiedzieć swoją historię, ale zapewne przylepienie etykietki z napisem „prostytutka” jeszcze przed naszym spotkaniem mogło spowodować, że się wycofała. Prostytutka. Kurwa. Dziwka. Nikt nie chce takiej etykietki. Zresztą ja nigdy ich nie używam w rozmowach z bohaterkami. W tej historii łatka „prostytutki” pojawiła przed spotkaniem, na którym może sposób rozmowy, a więc nazywania, mógłby pozwolić Marcie ocalić samą siebie w swoich oczach. Nie ocali. Bo tym razem do spotkania nie doszło.

rys. Maciej Dziadyk

Do realnego spotkania doszło i niestety z perspektywy lat i mojego nierozumienia tego, czym jest uwiezienie w narracji, już do kolejnego nigdy nie dojdzie. Ta historia ma wiele lat. I ciągle myślę, że nie powinna się wydarzyć. Ale się wydarzyła. Była mocną lekcją. Byłam wtedy dwudziestoletnią studentką, wychowywaną w dyktaturze ciała, które ma spełniać określone wymogi społeczne: ma być szczupłe. Ja miałam być grzeczna i nie przeklinać. Dużo rzeczy miało być. I wtedy było to dla mnie oczywiste. Miała na imię Julita i była żoną naszego znajomego. Starsza ode mnie. Ja ćwiczyłam codziennie. Byłam na diecie. Obsesyjnie się ważyłam. Ona pysznie gotowała. Uwielbiała wyposażać swój dom w piękne przedmioty. I kompletnie w nosie miała własną figurę. Dopóki jej nie dopadłam. Zabierałam jej każdą przyjemność wspólnego tiramisu, przypominając, ile mascarpone ma kalorii. Namawiałam na wspólne treningi. Wskazywałam dodatkowe kilogramy. Aż pewnego dnia usiadła ze mną, by powiedzieć, że bardzo ją skrzywdziłam. Że każde nasze spotkanie uświadamiało jej, że jest wybrakowana i nieatrakcyjna. Że czuła się piękną kobietą, dopóki mnie nie spotkała. Chciałam się tłumaczyć. Przepraszać. Wyjaśniać. Ona nie chciała słuchać. Nie chciała się więcej spotykać.

Narracja kobiet

zardzewiałe narracje

rys. Maciej Dziadyk

Dzisiaj dochodzi do wielu innych spotkań. Prywatnych. Zawodowych. I takich zawodowych, które przeradzają się w prywatne. Czasem na początku rozmowy mamy dwie zupełnie różne narracje. A potem często udaje się tworzyć jedną, wspólną. Nie zawsze się udaje. Bo brakuje nam języka. Olga Tokarczuk w wykładzie noblowskim mówiła o tym, że

„dziś problem polega – zdaje się – na tym, że nie mamy jeszcze gotowych narracji, nie tylko na przyszłość, ale nawet na konkretne »teraz«, na ultraszybkie przemiany dzisiejszego świata. Brakuje nam języka, brakuje punktów widzenia, metafor, mitów i nowych baśni. Jesteśmy za to świadkami, jak te nieprzystające, zardzewiałe i anachroniczne stare narracje próbuje się wprzęgnąć do wizji przyszłości, może wychodząc z założenia, że lepsze stare coś niż nowe nic, albo próbując w ten sposób poradzić sobie z ograniczeniem własnych horyzontów. Jednym słowem – brakuje nam nowych sposobów opowiadania o świecie”.

Niedawno w ramach piętnastolecia „Miasta Kobiet” miałam zaszczyt prowadzić spotkanie z niezwykłymi kobietami: Anetą Pondo, Joasią Hussakowską, Olą Budzyńską i Moniką Jurczyk. I wtedy to zrozumiałam. Że na naszych oczach tworzą się nowe narracje, w tym narracja kobiet. Przez słowo „narracje” rozumiem nie tylko nowe słowa, ale też uczynienie ważnymi tematów do tej pory pomijanych. Mam ochotę powiedzieć: szeptanych, przemilczanych, traktowanych jako nieważne.
Narracja to sposób poukładania świata. Czasem racjonalny, gdy ktoś opiera się wyłącznie na tym, co mierzalne. Czasem magiczny, gdy przypisujemy zdarzeniom tajemnicze moce sprawcze. Czasem religijny, gdy za każdym działaniem widzimy Boga, kimkolwiek on jest. Do tej pory obowiązywała jedna duża narracja: patriarchalna. Poukładana. Z ustalonym porządkiem społecznym. Noblistka nazwała ją zardzewiałą, bo nieaktualną. Myślę, że czas na narracje, które nas wyrażają i dzięki którym ocalamy siebie. Swoją tożsamość, czyli odpowiedź na najważniejsze pytanie świata: kim jestem? Swoje prawo do przynależności wyłącznie z faktu bycia człowiekiem, bez względu na poglądy czy pochodzenie. Do siebie.

Małgorzata Majewska

Językoznawczyni z psychologicznym skrzywieniem. Postrzega język jako przejaw naszej percepcji. Twierdzi, że rozumienie mechanizmów językowych pozwala znaleźć drogę do siebie samego, a dzięki temu do drugiego człowieka. Fascynuję ją wszystko to, co związane z poczuciem sprawczości, zewnątrzsterowności i odpowiedzialności.

Oceń artykuł
2 komentarze

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach