Home / Felietony  / Małgorzata Majewska: Zapisany człowiek

Małgorzata Majewska: Zapisany człowiek

Mówienie ma moc. Jest udosłownieniem biblijnego hasła, że „słowo ciałem się staje”

kotek jako ilustracja felietonu małgorzaty majewskiej

Podjęliśmy decyzję, że trudno, będzie szczerbatą Grzanką na mokrej karmie do końca życia, ale tak dłużej być nie może. Po operacji zostały jej tylko kły i jakaś tam pojedyncza zębia sierotka / fot. Manki Kim / Unsplash

Grzance z pyszczka śmierdziało odkąd pamiętam. Urodziła się w naszym domu jako jedna z pięciu konsekwencji przygarniętej bezdomnej kotki Ateny. Została na zawsze i od zawsze chuch jej pyszczka zabijał

 

Przy sterylizacji okazało się, że Grzance nie wypadły mleczne zęby, a obok wyrosły stałe. Usunęli mleczne. Szansa na obniżenie odoru rosła. Ale okazała się mrzonką. Śmierdziało dalej. Dostawała sterydy. Tony zastrzyków i leków. Nadal przytulenie jej było, delikatnie mówiąc, wymagającym doświadczeniem. Podjęliśmy decyzję, że trudno, będzie szczerbatą Grzanką na mokrej karmie do końca życia, ale tak dłużej być nie może. Po operacji zostały jej tylko kły i jakaś tam pojedyncza zębia sierotka. Wiozłyśmy ją z córką do domu i dyskutowały, jak pomóc kotce, która raczej chlubą kociej stomatologii nie zostanie, by jej mokrej karmy nie wyżarło pozostałe kocie stado. Zamknęłyśmy w osobnym pomieszczeniu. Grzanka zjadła jedną saszetkę. Drugą. Trzecią. Po czym wypuszczona rzuciła się na suchą psią karmę. Czym? Jak? Czterema kłami? Gdy dwa dni później przybiegła z upolowaną myszą, poczułam, że jeśli mam żyć z opisywania cudzych, nie tylko kocich, historii, to już nigdy niczego nie wolno mi założyć z góry. Bezzębna kotka gwiazdą Kociego Koła Łowieckiego? Tego ani ja, ani operujące ją weterynarki, by nie wymyśliły.

Od kilku tygodni pracuję nad reportażem. To będzie duży tekst. Historie, w których była przemoc, wstyd, niewiara w to, że można inaczej żyć. Niektóre zakończone happy endem, przy czym szczęśliwym zakończeniem okazał się dla jednej bohaterki moment odwagi, by powalczyć o siebie. Mam dwie bohaterki i jednego bohatera. Chociaż właściwie to nie wiem, czy mam ich troje, czy nie. Bo jednego dnia dostaję zgodę na rozmowę i nagranie, potem, gdy już jadę na spotkanie, słyszę, by dzisiaj nie nagrywać. Siedzimy godzinę, dwie, trzy. Czasem sama bohaterka zadaje mi pytanie: „A panią to nie wkurza, że ja się tak nie mogę zdecydować? Że traci pani przeze mnie czas, bo z tych rozmów nic nie wynika?”. Ona się denerwuje tym, że ja się nie denerwuję jej niezdecydowaniem. Interpretuje to jako moją stratę czasu, bo nie spełnia moich oczekiwań. „Matka by mnie zabiła, jakbym tak jej marudziła”, mówi.
Inna, ta, którą nagrałam i mogę cytować, odpowiadała na moje pytania, jakby wykonywała polecenia. Po kilku godzinach nagrań, mimo że byłyśmy dopiero w połowie jej historii, czułam, że powinnam przerwać. Przerwałam. Potem od jej najbliższej osoby dowiedziałam się, że ta rozmowa ją rozwaliła. Nie miała zarzutów co do mojej etyki. Po prostu ją to przerosło.

Mówienie ma moc. Jest udosłownieniem biblijnego hasła, że „słowo ciałem się staje”. Staje się w takim sensie, że dopiero nazwana rzeczywistość i sposób, w jaki została nazwana, czyni ją realną. Hanna Krall na pytanie Mariusza Szczygła,

Co musi się zadziać w takiej sytuacji, kiedy jest pani i pani bohater, żeby to się udało?,

odpowiada:

No, to jest nasza wspólna sprawa. Ja chcę zapisywać świat, mówiąc górnolotnie. A mój bohater chce być zapisany. Człowiek chce pamiętać i być zapamiętany.

Często, jak słucham różnych opowieści, to mam w sobie zdziwienie, że tak się może potoczyć życie. Scenariusze uznane za niemożliwe, gdyby je wymyślić, po prostu się zdarzają. A ja słucham, by opisując je, nadać im ważność, a może po prostu sens. Bohaterka mówi: „Bo wiesz, jak słucham samej siebie, to mi się w głowie nie mieści, jakie to moje życie porąbane i bezsensowne”. Więc ja, pisząc historię „jej bezsensownego życia”, mam za zadanie tak je opowiedzieć, by ten sens znaleźć. A czasem może tego sensu poszukać czy go wymyślić.
Wydarzenia, zbiegi okoliczności, spotkania albo właśnie nie-spotkania na swojej drodze to jedno. Ale to, jak traktujemy samych siebie w swoich opowieściach, to drugie: „Wiesz, do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego wtedy tam poszłam”, „Wie pani, powinienem zadzwonić do niego wtedy. Stałem, miałem naładowany telefon, ale jakoś tak wyszło, że nic nie zrobiłem, by usłyszeć halo. A tego ‘halo’ pragnąłem najbardziej na świecie. Do dzisiaj żałuję”. „Gdybym wtedy go nie zdradziła, to byśmy byli razem. Kretynka ze mnie”. Gdyby, gdyby, gdyby…

SIŁA MÓWIENIAMówienie, gadanie, nazywanie ma ogromną moc. Podobnie jak milczenie, tajemnica, dyskrecja. To pierwsze…

Publiée par Malgorzata Majewska sur Dimanche 19 mai 2019

W historiach przemocy, gdy moi bohaterowie cierpieli, byli porzucani, bici, upokarzani, po latach dalej najsurowiej oceniają samych siebie. To trochę tak, jakbym po upadku z roweru, gdy krwawi mi kolano i nie wiem, czy rzepka jest cała, zamiast pojechać do lekarza i pozwolić sobie pomóc, jeszcze się sama poraniła. To się kupy nie trzyma. A jednak się trzyma, bo się wydarza.
Dopiero kiedy zaczęłam nagrywać, zapisywać, dopytywać moich bohaterów, z tych spotkań wyłonił mi się człowiek. Gdy przestałam interpretować jego życie, oceniać wybory, uruchamiać schemat, kto tu katem, kto ofiarą.

Teraz skupiam całą swoją uwagę na składaniu jego prywatnych puzzli: jakie strategie sobie obrał mój bohater w swoim życiu, by przetrwać, by zaistnieć, by nie zginąć. Słucham, co musiał sobie wmówić, żeby zachować czasem resztki godności. Może ukryć się we własnej bezsilności, gdy twierdzi: „Ej, serio nie dało się inaczej. To wtedy było normalne”.

Może schować za osiedlowym modelem męskości: „Wie pani, ten kto potrafił mocniej dać w mordę, to był gość”, czasem za własnym prawem do wyznaczania reguł: „Więc ja jej na to, że to mój dom, moje pieniądze i moje dziecko. A ty masz tylko się słuchać”. Jakiś system jakichś naczyń połączonych zatrybił w jakimś momencie życia. Ktoś siedzi w więzieniu. Ktoś zapija traumy. Komuś przydarzyła się miłość życia. Ale żeby cokolwiek nowego miało szansę zaistnieć, najpierw to, co jest, musi zostać przyjęte, wysłuchane, usłyszane. Bo najbardziej boli w nas to, co nie może wybrzmieć.
Robię, a przynajmniej taką mam intencję, swoim bohaterom przestrzeń na wybrzmienie. Gdy pozwalają, włączam dyktafon. Gdy nie, notuję piórem w zeszycie bez danych personalnych. By nawet, gdy ktoś ukradnie moje notatki, i tak nie doszedł, czyja historia jest w nich opisana. Z każdej wyłania się człowiek. Ze swoimi kawałeczkami lęków, obaw przed byciem nieprzyjętym, z radości i ulgi, gdy mimo opowiedzenia tych wszystkich wstydów najgorszych dalej pozostaje uszanowany. Czasem, gdy słyszę trudne historie i w tym słuchaniu jedynie odbijam moje myśli, że „to musiało być dla ciebie trudne”, widzę w oczach kogoś drugiego zdziwienie: „Jakoś nigdy o tym nie pomyślałam w ten sposób”.

rysunek Maćka Dziadyka do felietonu o mówieniu Małgorzaty Majewskiej

rys. Maciek Dziadyk

Grzanka przynosi kolejną mysz. Używa tego, co jej pozostawiła kocia dentystka i wykorzystuje to w optymalny sposób. Ma tylko pięć, może sześć zębów, ale nic ją nie boli. Przyjemnie przytula się teraz koci pyszczek, gdy mruczy zwinięta obok na poduszce. Kiedyś miała wszystkie zęby, ale ból musiał być tak potworny, że była wychudzonym koteczkiem. Żeby mogła łowić, potrzebowała pomocy z zewnątrz. Dla niej zbawieniem okazał się chirurgiczny zabieg. Dla niektórych ludzi zbawieniem jest sam fakt bycia usłyszanym.

Małgorzata Majewska

Językoznawczyni z psychologicznym skrzywieniem. Postrzega język jako przejaw naszej percepcji. Twierdzi, że rozumienie mechanizmów językowych pozwala znaleźć drogę do siebie samego, a dzięki temu do drugiego człowieka. Fascynuję ją wszystko to, co związane z poczuciem sprawczości, zewnątrzsterowności i odpowiedzialności.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach