Wednesday, July 24, 2024
Home / Klub Miasta Kobiet  / „Mówię, więc jestem” Co robić, gdy ktoś przekracza twoje granice

„Mówię, więc jestem” Co robić, gdy ktoś przekracza twoje granice

Jak chronić się przed przemocą w języku

Małgorzata Majewska na tle domowej biblioteki

Małgorzata Majewska / fot. Maciej Kołodziejczyk

Dlaczego neutralne pytanie: „Chcesz zjeść ten serek?”, ktoś może odebrać jako przytyk do swojej wagi i zareagować pretensją: „A co? Uważasz, że jestem za gruba?”, przypisując autorowi wypowiedzi złośliwą intencję, która mu w ogóle nie postała w głowie.

Małgorzata Majewska w swojej książce „Mówię więc jestem” rozpracowuje język i komunikację, pokazując jego rozmaite warstwy i otwierając oczy na to, jak słowa mogą ranić i przekraczać granice.

Niby to już wiemy, ale czy naprawdę ta wiedza przeszła już nam z umysłu do serca i z myślenia do praktyki? Majewska obiecuje, że po przeczytaniu „Mówię wiec jestem” zaczniemy dostrzegać, ile nadużyć i przemocy jest w języku używanym wobec nas w codziennym życiu, ale też, że nauczymy się stawiać temu granice. I nie są to obietnice bez pokrycia. Ta książka wypełniona przykładami, gromadzonymi przez lata słuchania (i podsłuchiwania) ludzi, jest połączeniem autentyczności doświadczeń i ogromnej wrażliwości językowej autorki.

Małgorzata Majewska będzie gościnią najbliższego Klubu Miasta Kobiet. Nie przegap tej okazji!!! 18 lipca 2024.

Klub Miasta Kobiet: Mówię, więc jestem

Publikujemy fragment wstępu książki „Mówię więc jestem” Małgorzaty Majewskiej (niektóre śródtytuły pochodzą od redakcji)

Niezręczna cisza i poczucie winy

Wiem, jak to jest palnąć coś i tłumaczyć się potem, że wcale nie to miałam na myśli. Zmuszeni jesteśmy znosić wtedy niezręczne milczenie i potępiająco-oceniający wzrok. Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle – tak dobrałam słowa, że ktoś poczuł się urażony.

Wszyscy znamy spotkania rodzinne, na których zawsze jest jakaś ciocia Krysia, która zebranym wytyka życiowe porażki, dodatkowe kilogramy albo brak faceta. Staramy się mieć na uwadze, że ciocia jest wiekowa, że ona już taka jest albo przecież wiesz, że ona tylko żartuje. Ale poczucie frustracji z każdym spotkaniem rośnie.

Dzisiaj żałuję, że w takich sytuacjach nie chroniłam siebie. Nie chodzi o to, by w końcu wybuchnąć i powiedzieć coś tak raniącego, żeby ciocia poczuła się tak, jak ja się czułam, gdy mi dogryzała, że jestem pączuś, albo powtarzała, że jak Pan Bóg rozdawał rozmiary butów, to przy mnie się zagapił i zapomniał powiedzieć: stop. Gdy ciocia to robiła, za każdym razem wyobrażałam sobie ten sam scenariusz: że mówię jej coś równie bolesnego. Niestety, a może na szczęście, wtłoczona przez dorosłych „grzeczność” nie pozwalała zareagować. Ale pewnego razu więzy grzeczności pękły. Bo gdy przekraczanie naszych granic osiągnie punkt krytyczny, jest już za późno na takie względy. Język wtedy nie nazywa tego, co się w nas dzieje. Język sam staje się „dzianiem”, wybuchem, którego nie da się zatrzymać.

Przytyki cioci osiągnęły masę krytyczną i w końcu wybuchłam. A potem nastała niezręczna cisza. Karcące spojrzenia. Wyrzuty rodziców, jak mogłam, przecież wiem, że ciocia jest starszą i schorowaną osobą. Moje poczucie winy, a także wstydu, że nie umiałam się powstrzymać.

Gdy szukałam tematu na doktorat, moja promotorka, profesor Jolanta Antas, poradziła: Wybierz temat o mechanizmie językowym, którego nie rozumiesz. Tak więc napisałam doktorat o deprecjacji, czyli o tym, jak umniejszamy siebie i innych za pomocą słów. Gdy go pisałam, myślałam o tym, jak trudno czasem powiedzieć „stop”, zareagować w porę, zanim złość w nas napęcznieje, postawić granicę, by się chronić i obronić, gdy ktoś słowami próbuje nas sprowadzić do parteru.

Przeczytaj koniecznie:
Feleitony Małgorzaty Majewskiej

Słowa obrony koniecznej

Wiem też, jak to jest, gdy zabraknie języka w gębie. Gdy się nie wie, co powiedzieć. Gdy wszyscy patrzą i czekają na błyskotliwą ripostę, a ty masz ochotę się rozpłakać. Mój przyjaciel jest dorosłym dzieckiem alkoholika (DDA), który całe dzieciństwo odgrywał rolę maskotki. Był dzieckiem, które wygłupami skupia na sobie uwagę całej rodziny i dzięki temu odwraca ją od problemów.

Zawsze radosny, beztroski, głośny. Uwielbiany gość na wszystkich imprezach, bo gdy przychodził, było wiadomo, że będzie fajnie. Ale pewnego dnia odkrył, że ma już dość tej roli. Przestał błaznować. Towarzystwo nie mogło mu tego wybaczyć: Zachowuj się normalnie. Co się z tobą dzieje? Gdzie jest prawdziwy Oskar? Wtedy nie miał narzędzi do obrony siebie.

Kilka lat później wybraliśmy się razem na koncert Ralpha Kaminskiego. Weszliśmy do windy w Centrum Kongresowym. Oskar miał na sobie szalik znanego projektanta, którego wzór z daleka rzeczywiście mógł przypominać szaliki piłkarskie. W windzie znajdowało się już kilka osób. Jedna z kobiet, około pięćdziesiątki, zwróciła mu uwagę, że to nie boisko piłkarskie. Nie słyszałam tego, tylko widziałam, że Oskar coś jej tłumaczy. Do mojego ucha docierały pojedyncze słowa, że to nie tak, że on w życiu nie był na meczu piłkarskim, że nie jest kibicem, że on na koncert. Gdy usiedliśmy już na miejscach, poznałam szczegóły całej historii. Wściekłam się okrutnie, bo jakim prawem obca baba komentuje wygląd mojego znajomego? Czemu on w ogóle zaczął się tłumaczyć? Zamiast powiedzieć jej: Szanowna pani, to trochę niegrzeczne i niestosowne publicznie komentować czyjś wygląd.

Ralph pięknie śpiewał o tęsknocie za czułością i bliskością, a ja przed oczami miałam różne tego typu sytuacje, gdy ktoś mnie tak zaskoczył swoim chamstwem, że zabrakło mi słów, by się obronić. Francuzi mają na to określenie l’esprit de l’escalier, gdy dopiero na schodach, po wyjściu z pokoju, przychodzi nam do głowy, co powinniśmy powiedzieć pięć minut wcześniej. W tej książce chcę opowiedzieć o narzędziach obrony koniecznej, gdy ktoś przekracza nasze granice.

Odwoziłam znajomego do domu i rozprawialiśmy o tym, że mamy wdrukowane przekonanie, iż nie wypada pyskować starszym. Nie pyskujemy więc, a przez to nie chronimy siebie.
Mimo że słowa tamtej kobiety były jawną agresją i atakiem na Oskara. Jego wygląd nie naruszał norm społecznych. Po prostu jeden z jego elementów nie spodobał się tej pani. Ale przecież to jest OK: nie jesteśmy zupą pomidorową, żeby wszyscy nas lubili. Nie musimy podobać się wszystkim. Nie jesteśmy też jednak chłopcami do bicia, by inni po nas jechali. Patrzyliśmy na Kaminskiego na scenie, na jego odwagę w wychodzeniu ze stereotypu męskości, na zabawę sobą. Dotarło też do mnie, że jeśli kiedyś moja niezgoda na takie traktowanie miała dojść do głosu, to właśnie na tym koncercie. Zatem do wszystkich pań i panów od szalików: nie musicie lubić i akceptować naszej inności, ale nie macie prawa tego publicznie ogłaszać światu. Bo my będziemy stawać w obronie siebie i swoich wyborów.

Słowa, które są lekiem

Ale wiem też, jak to jest, gdy bardzo chcemy opowiedzieć bliskiej osobie o tym, co przeżywamy, lecz zwyczajnie brakuje nam słów. W lipcu 2007 roku spotkała mnie największa tragedia w moim życiu: umarła jedna z najbliższych mi osób. Niespodziewanie.

Dwa dni później przyjeżdżają do mnie znajomi. Próbują być blisko. Pocieszyć. Więc dlaczego po ich wizycie czuję się jeszcze gorzej?

Chcieli mnie wesprzeć. Wierzę w to. Ale skończyło się na tym, że to ja ich pocieszałam, że ze mną OK, że się trzymam, daję radę. Intencje mieli dobre. Zabrakło językowych strategii na to, by towarzyszyć mi w cierpieniu. Zaczęłam pisać o tym, jak wspierać ludzi w sytuacjach granicznych. Brałam udział w akcji społecznej „Umierać po ludzku”. Stworzyłam projekt społeczny „Słowo też jest lekiem”. Szkoliłam lekarzy, personel medyczny, wolontariuszy pracujących z terminalnie chorymi pacjentami.
Zajmuję się językiem ponad dwadzieścia lat i nadal pamiętam tamto uczucie. Za to – dzięki wiedzy o języku i psychologii – nauczyłam się radzić sobie z tym, co czuję, co się ze mną dzieje. Język stanowi przepustkę do mojego świata , ale też do świata drugiego człowieka. Do przekonania się i usłyszenia, z jakich cegiełek jest on zbudowany.
Ta książka w prosty i przystępny sposób pokazuje, jak odbieramy świat, co potem znajduje wyraz w języku. Odpowiada na pytanie, dlaczego czasem przekonywanie kogoś do swoich racji zwyczajnie nie ma sensu.

Dlaczego ktoś neutralne pytanie: „Chcesz zjeść ten serek?”, może odebrać jako przytyk do swojej wagi i zareagować pretensją: „A co? Uważasz, że jestem za gruba?”, przypisując autorowi wypowiedzi złośliwą intencję, która mu w ogóle nie postała w głowie.

To książka o tym, jak lepiej zrozumieć siebie oraz innych, ale przede wszystkim o tym, jak dzięki temu nauczyć się stawiać granice, chronić siebie, a przez to lepiej radzić sobie z przemocą słowną i toksycznymi relacjami. Umiejętniej wyrażając siebie, mamy także szansę pogłębić dobre relacje, budując bliskość, porozumienie i wzajemne zrozumienie. Tu nasuwa się pytanie:
Czy po lekturze tej książki życie stanie się łatwiejsze? Odpowiedź brzmi: NIE. Będzie za to pełniejsze. Głębsze. Bardziej sprawcze, bo na waszych warunkach. I to z trzech powodów.

Po pierwsze, zaczniecie dostrzegać, ile nadużyć i przemocy jest w języku używanym wobec nas w codziennym życiu.

Po drugie, będziecie potrafili nazwać to, co wtedy przeżywacie, i dać odpór agresji. Nawet gdy inni natychmiast przystąpią do ataku: Weź nie przesadzaj, Niby taka mądra jesteś, a z matematyki co dostałaś? Będą próbowali powstrzymać wasze zmagania o ustanowienie na nowo granic między wami a światem zewnętrznym.

Po trzecie, sami będziecie musieli wykonać całkiem sporo pracy z własnym językiem. Bo kiedy już wiemy, jak on działa, to jesteśmy bardziej odpowiedzialni także za swoje słowa.

Mówię, więc jestem (wyd. Rebis)

TAGI
Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ