Home / Felietony  / Małgorzata Majewska  / Małgorzata Majewska: Cena unieważnienia

Małgorzata Majewska: Cena unieważnienia

Rezygnacja z bycia ważnym dla siebie samego ma swoją cenę

rys. Maciej Dziadyk

Miało być romantycznie. Jazda konna w terenie z małym źrebaczkiem o romantycznym imieniu Sonet. Bajka. No właśnie, bajka. Bo źrebię podbiegające znienacka do innych koni doprowadzało je do skrajnej furii. Jedynie instruktorka utrzymała się na swoim wierzchowcu. Nasza trójka glebła równo. Ta bajka nie miała bajkowego happy endu. Ale może właśnie wybicie z bajkowego świata do realnego jest najlepszym z możliwych happy endów?

rys. Maciej Dziadyk

W bajce możemy być Kopciuszkiem, który w kuchennym zaciszu biernie czeka, by ktoś go dostrzegł i wynagrodził trudy czekania. Nagroda za przetrwanie w niewidzialnej społecznie formie w bajce się należy, żeby sprawiedliwości stało się zadość. Kopciuszek cierpliwie oddziela mak od popiołu i nagle dobra wróżka załatwia wszystko: ekstra kieckę, wypasione butki i mega makijaż. I tak odstawiona, niczym po metamorfozie w TVN STYLE, bohaterka wyrywa się z cichego kuchennego kącika i zostaje dostrzeżona. To świat docenia jej wrażliwość, zauważa wyjątkowość, oświetla blaskiem reflektorów.

Jednak tylko w bajce takie tematy przychodzą z zewnątrz. W życiu to nie działa. W życiu jest odwrotnie. Nie dostaniemy od świata niczego, czego nie mamy w sobie. Jeśli siebie nie akceptujemy, przyciągniemy partnera, który nie będzie nas akceptował, jeśli nie dajemy sobie prawa do błędu, to życie przyniesie nam takie sytuacje, w których poczujemy się ośmieszeni; jeśli nie ufamy, że jesteśmy wystarczająco dobrzy tacy, jacy jesteśmy, to ciągle będziemy wchodzić w relacje i sytuacje typu „gdybym”: gdybym tylko była mądrzejsza, chudsza, wyższa, to bym była szczęśliwa. Ale skoro jestem głupsza, grubsza i niższa, to mogę sobie siedzieć bezpiecznie w ciepełku bezradności, nieszczęśliwości i poczucia krzywdy.

rys. Maciej Dziadyk

Prowadziłam zajęcia z wystąpień publicznych. Miały być neutralne historie. Ale ta, którą opowiedziała mi studentka wbiła mnie w ziemię. Opowiadam za jej zgodą. Studentka jest młodą, śliczną mężatką. Ponieważ ich nowe mieszkanie nie było jeszcze gotowe, na kilka miesięcy przeprowadzili się do mieszkania dwóch sióstr męża. Ona nie chciała przeszkadzać szwagierkom. Chciała być niewidoczna. Nie gotowała więc w ich kuchni, żeby nie naruszać ich przestrzeni. Po pracy szła do Biedronki kupić porcję pierogów ze „Swojskiej Chaty”. Pierogi gotowała w jednym garnku, jadła, myła naczynia. Jakby jej w tej kuchni nie było. Bo chciała „nie przeszkadzać”. Unieważniła siebie na tych kilka miesięcy. Zamroziła. Cena? Trzynaście kilogramów na plusie. Niewidzialność dla innych uczyniła ją niewidzialną dla siebie. Jak sprytnie trzeba siebie nie widzieć, żeby nie zauważyć dodatkowych trzynastu kilogramów? Nie dwóch czy trzech. Trzynastu.

Bo tak to już jest. Rezygnacja z bycia ważnym dla siebie samego ma swoją cenę. To transakcja z odroczonym terminem zaksięgowania. Tyle że to zaksięgowanie nastąpi od razu z odsetkami. To mogą być dodatkowe kilogramy. Siniaki od niezarejestrowanych uderzeń, bo nie widzieliśmy tego kantu szafki. Zgubione kluczyki od samochodu czy porysowany zderzak. Kiedy? No właśnie, kiedy? W jakimś niebycie, w którym nie patrzyliśmy na samych siebie.

rys. Maciej Dziadyk

Tego nas nauczono. Gdy się rodzimy, jesteśmy w pełni zależni od wspólnoty, w której przyszliśmy na świat. Małe dziecko nie przeżyje bez opieki dorosłego. Wtedy poznaje jedną z najważniejszych prawd o życiu: żeby przetrwać, potrzebuje innych. Oprócz pokarmu i ciepła, dziecko potrzebuje emocji, dotyku, uważności. Potrzebuje, by ten, kto na nie patrzy, widział je. Dostrzegał jako osobną, ważną jednostkę, która ma swoje potrzeby i jest ważna. A jeśli tak się nie dzieje, a często się nie dzieje, maleństwo nabywa inne przeświadczenie: żeby przetrwać, musi nauczyć się zgadywać potrzeby innych i unieważnić swoje. Wtedy przeżyje. Odcięte od kontaktu ze sobą, ale obsesyjnie skupione na kontakcie z innymi. Zależne od ich akceptacji. I nawet jeśli biologicznie spokojnie by samo sobie poradziło, to emocjonalnie już nie potrafi. Umie tylko w aureoli akceptacji innych. A inni je akceptują na swoich warunkach: gdy jest miłe i sympatyczne, broń Boże się nie złości czy smuci. Bo wtedy nazywa się je „konfliktowym” i wyklucza ze społeczności. A pierwotny instynkt mówi: „Bez nich nie przetrwasz”. I wybiera ich potrzeby, marginalizując własne. Wierzy w bajkę o szczęśliwym życiu, w którym w pewnym momencie zgubi właściwy bucik, a właściwy książę zastuka do właściwych drzwi i wreszcie nada ważność nieważnej dla siebie postaci.

Bycie w kontakcie ze sobą to bycie w kontakcie z całym wachlarzem naszych emocji. Nie tylko radości i szczęścia, ale też smutku, złości, zazdrości. To danie sobie prawa do tego, jacy realnie jesteśmy. A bywamy wredni czy złośliwi. To prawo do powiedzenia sobie: jestem dla siebie ważna i drugi człowiek jest dla mnie ważny. Do tęsknoty za kimś czy prawa do wypicia w ciszy zielonej herbaty. Do zgody na siebie realnego. Wtedy realny świat, czyli realne kilogramy lub realnie wystające szafki mogą zostać realnie zauważone. Gdy udajemy, że nie jesteśmy dla siebie ważni, to musimy unieważniać, czyli anulować te uczucia, na które nie mamy zgody. Anulujemy też świat realny. Wtedy, gdy cofam moim autem, mogę patrzeć na ten słupek z tyłu i go nie widzieć. Mogę patrzeć na drugiego człowieka i go nie widzieć. Dopóki, patrząc na siebie, nie dam sobie prawa na widzenie samej siebie.

Małgorzata Majewska

Językoznawczyni z psychologicznym skrzywieniem. Postrzega język jako przejaw naszej percepcji. Twierdzi, że rozumienie mechanizmów językowych pozwala znaleźć drogę do siebie samego, a dzięki temu do drugiego człowieka. Fascynuję ją wszystko to, co związane z poczuciem sprawczości, zewnątrzsterowności i odpowiedzialności.

Oceń artykuł
1KOMENTARZ
  • Avatar
    Barbara Luty 27, 2018

    świetny artykuł. Sprowokował mnie do poczytania o chronicznym spóźnialstwie. Znalazłam dosyć ciekawy. Cóż z tego i tak wszyscy zapamiętają mnie jako tę, która przychodzi w połowie wykładu i nawet na własny ślub potrafiła się spóźnić. Przemyśliwam to co tu przeczytałam. Czasem w desperacji dowcipkuję, że krewni i znajomi królika muszą się liczyć z tym, że i na moje zwłoki będą zmuszeni poczekać. Zaginą, wypadną z karawanu?

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach