Saturday, February 4, 2023
Home / POLECAMY  / Małgorzata Jantos o swojej sztuce: „Postać Rity Marley jest symbolem wszystkich kobiet, które stoją w cieniu”

Małgorzata Jantos o swojej sztuce: „Postać Rity Marley jest symbolem wszystkich kobiet, które stoją w cieniu”

Jak przywracać pamięć o ważnych kobietach?

Małgorzata Jantos - portret

Małgorzata Jantos / fot. Dariusz Pawelec

W piątek 27 stycznia na deskach teatru KTO wystawiony zostanie monodram autorstwa krakowskiej radnej – Małgorzaty Jantos. „Byłam żoną Boba Marleya” to ponadczasowa opowieść o życiu kobiety w cieniu sławnego męża i refleksja na temat miejsca współczesnej kobiety w świecie zdominowanym przez mężczyzn

 

Laura Nowakowska: Jest Pani radną. Jak to się stało, że napisała Pani sztukę teatralną? W dodatku związaną z legendą reggae, podczas gdy z tego, co wiem, jest Pani miłośniczką jazzu.

Małgorzata Jantos: Jestem pracownikiem naukowym i od czasu do czasu jestem rozliczana z książek, artykułów czy publikacji. I takiej pracy się podjęłam. Temat jest trudny, dotyczy koncepcji filozofii amerykańskiej. Muszę przyznać, że niestety nie idzie mi to najlepiej. Zrobiłam więc to, co robi bardzo wiele osób, które starają się coś napisać…

Siedziałam nad książką i wtedy sobie przypomniałam, że moja dolna szuflada z dokumentami wymaga natychmiastowego posprzątania. Potem stwierdziłam, że jak ta jedna jest posprzątana, to powinnam zająć się następnymi. Kiedy miałam już uporządkowane wszystkie szuflady w domu, zaczęłam się zastanawiać, co by tu jeszcze zrobić.

Rzeczywiście, interesuję się jazzem, chodzę na koncerty, jestem współzałożycielką fundacji Zbigniewa Seiferta. To moje życie. A skąd się wziął Bob Marley? Przy sprzątaniu szuflad słucha się reggae, a ponieważ mam całą płytotekę Boba Marleya, to jego słuchałam. Mam dość zasobną kolekcję różnych płyt, ale sprofilowanych właśnie na muzykę jazzową i reggae. Słuchając tych piosenek, myślałam o życiu Boba Marleya. Zaczęłam czytać artykuły o nim i dotarłam do jego biografii.

 

Czy wcześniej pisała Pani sztuki?

Tak, jeszcze jako studentka pierwszego fakultetu napisałam sztukę, którą wystawił teatr studencko-zawodowy w Teatrze Śląskim. Ale to było tak dawno temu, że sama już tego nie pamiętam. Jestem zatem wtórną debiutantką, jeżeli takie pojęcie w ogóle istnieje.

 

Kim była żona Boba Marleya?

Poza biografią Boba Marleya, natknęłam się również na oddzielną książkę o jego żonie – Ricie Marley.

Zauważyłam, że rzeczy, o których pisze Rita, to sprawy ponadczasowe, dotyczące kobiet żyjących przy boku gigantycznych mężczyzn, odnoszących wielkie sukcesy.

Tacy mężczyźni są w polityce, w kulturze, w popkulturze – wszędzie. Zaczęłam się przyglądać, jak Rita sobie z tym radziła. Na Jamajce wszyscy śpiewają. To jest naturalny rytm życia, więc ona też śpiewała. Założyła chórki, miała własne ambicje, później połączyła się z Bobem Marleyem, którego poznała „na ulicy” i pobrali się. Byli bardzo młodzi, on miał 21 lat, a ona 19. To był naprawdę prosty chłopak, który zresztą wprowadził Ritę w religię i filozofię rasta.

Szybkość rozwoju kariery Boba Marleya byłą nieprawdopodobna. Jego piosenki puszczało w radio na Jamajce, później zaproponowano mu wyjazdy zagraniczne. Zaczęła się nim interesować coraz większa liczba osób ze świata muzycznego. Nagle ten prosty chłopak z Jamajki stał się gwiazdą na całym świecie. Jeździł wszędzie, od Ameryki po Australię.

 

Przeczytaj koniecznie: Premiera „Byłam żoną Boba Marleya” z Katarzyną Chlebny w roli Rity Marley

 

Co robiła wtedy Rita?

Podróżowała z mężem i występowała w jego chórkach. W wystąpieniach publicznych pytano Boba Marleya o Ritę. Z tym, że na pytania, czy ta dziewczyna jest jego żoną, najczęściej zaprzeczał. Odpowiadał, że jest wolny, a ona jest jego siostrą albo przyjaciółką. Każda z nas zdaje sobie sprawę, jakże mogło to być przykre.

 

Dlaczego tolerowała takie zachowanie?

Filozofia rasta nie pozwala na usuwanie i zapobieganie ciąży, więc Rita rodziła kolejne dzieci, mieli ich razem czworo. Ona miała też córkę, którą Bob Marley zaadoptował po ślubie. Szybko okazało się, że obcowanie z człowiekiem tak wielkiej sławy, tak rozpoznawalnym, nie jest łatwe. Rita pisała, że kiedy mąż wspinał się po szczeblach kariery, ona zeszła na dalszy plan. Coraz więcej ludzi próbowało zdobyć jego uwagę, a różni producenci chcieli mieć go dla siebie.

Zamiast żony zaczęła być opiekunką, menadżerką i siostrą, bo przecież cały czas tak o niej mówił – że jest jego siostrą. Kiedy Bob Marley przyjeżdżał w różne miejsca, pojawiała się kolejna miss, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie i spędzić trochę czasu razem. Rita to wszystko tolerowała i znosiła, ale do pewnego momentu.

Kiedy chciała wydać swoją własną płytę, usłyszała od męża „Ale po co ci to?”. Nawet wtedy, kiedy powiedziała, że wydawnictwo muzyczne zapłaci jej duże pieniądze. To właśnie jest to wielkie pytanie mężczyzn, które burzy wszystkie aspiracje: „Po co ci to? Masz pieniądze, dom, dzieci”. Pojawia się więc kwestia: jak można pogodzić bycie sobą, pielęgnowanie siebie i samorealizację z budowaniem relacji z człowiekiem, który tak bardzo dominuje.

 

Jakie przesłanie niesie zatem ten monodram dla współczesnej kobiety?

Postać Rity Marley ma być symbolem. Symbolem wszystkich kobiet, które stoją w cieniu. A przecież za każdym rewolucjonistą, politykiem czy człowiekiem kultury stoi jakaś kobieta. Każda z nich odgrywa jakąś rolę, często stymulując pracę tych twórców.

Ale Rita była inna. Co prawda napisała parę utworów, które śpiewał Bob Marley, jednak ciągle wisiało nad nią pytanie „Po co ci to?”. Nieraz musiała zajmować się dziećmi i myśleć o wszystkim, bo mąż wyjeżdżał na kilka miesięcy. Dlatego Rita jest symbolem wszystkich kobiet, które są w takiej sytuacji i zgadzają się na życie w cieniu. Jej postać skłania także to refleksji nad tym, gdzie jest granica. Kiedy można być wyłącznie siostrą, opiekunką, żoną, a kiedy kobieta ma prawo do własnego życia.

Portret Małgorzaty Jantos

Małgorzata Jantos: „Zdaje się, że wciąż musimy poczekać na równość, wynikającą z kompetencji, a nie preferencji” / fot. Dariusz Pawelec

Powiedziała Pani, że znamy nazwiska sławnych mężczyzn, ale za nimi stoją kobiety, o których się nie mówi. Czy możemy to jakoś zmienić?

Nie możemy jednoznacznie tego przesądzać, bo być może niektóre z nas są wymarzonym cieniem swoich mężczyzn i one chcą odgrywać taką rolę. Ale są też kobiety, które pragną się pokazać i realizować swoje potrzeby. W takiej sytuacji albo jest miejsce na dialog i dochodzi do współpracy, podzielenia obowiązków i wspólnej organizacji codzienności, albo pozostaje życie poza takim układem. Chyba inaczej się nie da.

 

A o tych kobietach, które już znamy z historii, musimy mówić głośno. To chyba najlepsze, co możemy dla nich zrobić

Trzeba o nich przypominać. To jest bardzo ważne. Przyszło mi właśnie na myśl, że w Krakowie jest bardzo niewiele, chyba 15% ulic, które są nazwane imieniem kobiet. To też jest pewnego rodzaju symbol, że tak naprawdę nasza kultura wciąż jest męska. Chociaż można oczywiście powiedzieć, że my w Europie jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji, ale to wcale nie znaczy, że w dobrej. Jest jeszcze wiele do zrobienia.

 

Może cię zainteresować: Mimo zaniku mięśni została modelką i urodziła dziecko. Uczy, że różnorodność jest darem

 

Jest Pani pomysłodawczynią Skweru Praw Kobiet w Krakowie. Jak według Pani możemy przywracać w naszym mieście pamięć o ważnych kobietach?

Myślę, że ta historia będzie się wciąż rozwijała. Przez 24 lata byłam przedsiębiorczynią i działałam w Izbie Przemysłowo-Handlowej, która istniała od 154 lat. A byłam pierwszą kobietą w prezydium Izby. To jest dziwne, że tak to długo trwało. To nie historia sprzed 100 laty, kiedy kobiet nie było w biznesie, ale czas współczesny. Wciąż, tak mi się zdaje, nie kompetencje odgrywają najważniejszą rolę, ale płeć.
Kiedy odeszłam z prezydium, przez wiele lat nie pojawiła się tam żadna kobieta. To pokazuje, że w dalszym ciągu ta sfera jest zdominowana przez mężczyzn.

 

Jak w takim razie, my kobiety, możemy walczyć o równość?

Zdaje się, że wciąż musimy poczekać na równość, wynikającą z kompetencji, a nie preferencji. Wciąż musimy potrafić dwa razy więcej, aby powiedziano, że jesteśmy „niezłe w tym, co robimy”.

I chyba musimy, my kobiety, w to uwierzyć, ponieważ – i tutaj jest problem – dajemy pozwolenie i popieramy ten świat, w którym wciąż dominuje męska opcja uprawiania sztuki, polityki i tak dalej.

 

W rolę Rity Marley wcieli się Katarzyna Chlebny. Co Pani sądzi o tym wyborze?

Kasia jest rewelacyjną aktorką. To, co robi w „Korze” jest niepojęte, ten spektakl trzeba zobaczyć na własne oczy. To jest czas Kasi Chlebny. Ufam aktorce i reżyserowi – Pawłowi Szumcowi. Część sztuki – to ich wkład w całość. Mam nadzieję, że wyjdzie dobrze.

 

Czy możemy spodziewać się kolejnych sztuk Pani autorstwa?

No i właśnie: książka leży, a ja zajmuje się wciąż czymś innym. Tak, chciałabym pociągnąć dalej wątek kobiet żyjących w cieniu. Mam już pomysł, nad którym w tej chwili pracuję. To nie jest takie proste, żeby być rzetelną, muszę najpierw przeczytać książki, listy, pamiętniki, wytworzyć sobie koncepcję, jak to wszystko przedstawić. Mam już wizję następnej sztuki, którą chciałabym kiedyś zaprezentować, ale co z tego wyjdzie, to się okaże po tej premierze. Jeśli wyjdzie dobrze, będę tworzyć kolejne rzeczy. A jeśli nie, to chyba skończę tę książkę, o którą coraz częściej upomina się wydawnictwo.

 

Premiera sztuki „Byłam żoną Boba Marleya” odbędzie się w najbliższy piątek, 27 stycznia, w Teatrze KTO w Krakowie

Dziennikarka, miłośniczka psów, języka i kultury skandynawskiej.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ