Home / Felietony  / Łukasz Orbitowski: Tatuaże człowieka dojrzałego

Łukasz Orbitowski: Tatuaże człowieka dojrzałego

Co znaczą tatuaże Łukasza Orbitowskiego?

Tatuaże Łukasza Orbitowskiego nic nie znaczą

Łukasz Orbitowski: A prawda jest taka, że moje tatuaże nic nie znaczą. I cześć. Wyatutowałem sobie czaszkę, bo mi się podobała. Zmieniłem ją na inną, bo projekt nie wyszedł. Wielkie mi rzeczy. Czaszka to czaszka i już / fot. Alex Hockett / Unsplash

Jest późne popołudnie, siedzę sobie w ogródku piwnym, a z przedramienia szczerzy się do mnie całkiem nowa czaszka. To już czwarty tatuaż, jaki sobie zrobiłem. Chyba powinienem go jakoś lepiej traktować, a w każdym razie nie wystawiać na słońce

 

Historia tej czaszki jest długa i ponura, tak jak ona sama. Znalazłem przepiękną czaszkę namalowaną akwarelami przez samego van Gogha. Ponieważ mój stały tatuator nie czuł się pewnie z tym projektem, zgłosiłem się do renomowanego warszawskiego studia, specjalizującego się w przenoszeniu malarstwa na skórę. Mówiono mi, że są drodzy, ale za to dobrzy. Opinia ta okazała się prawdziwa jedynie w połowie, bo to co mi wydziergali, wyglądało na efekt pracy pięcioletniego dziecka zmiksowany z pijackim delirium. Poleciałem do swojego stałego tatuatora, padłem przed nim na kolana, mówiąc „Stary, ratuj!”. Chłop podrapał się w kudłaty łeb i mruknął: „Dziku, ja ci to teraz najwyżej na Mrocznego Kosiarza mogę przerobić”. Przerobił. No i jest.

Poprosiłem, aby zrobił czaszce moje zęby. Mam malowniczą diastemę, której jej udzieliłem. Teraz z przedramienia spogląda na mnie moja własna czaszka – moja osobnicza śmierć.
Opowiadam o tym nie tylko dlatego byście wiedziały, jaki cymbał jest ze mnie. Po prostu pragnę ujawnić mój stosunek do tatuażu. Mam cztery takie – nosorożca, zdewastowany układ planetarny, Sol Invictus, no i tę czachę. Wszystkie powstały stosunkowo niedawno. Zacząłem się tatuować koło czterdziestki. Gdy ktoś mi mówi: „Wiesz, będziesz miał to do końca życia”, odpowiadam: „To nie tak znowu długo”. Cieszę się, że nie zacząłem wcześniej. Przyglądam się dwudziestolatkom, którzy już zrobili sobie pełne rękawki, mają tatuaże na szyi, łydkach i karku. Ładnie, pięknie, ale ja się pytam gdzie, durniu jeden, będziesz robił sobie tatuaże przez resztę życia?

Za mojego życia dokonała się społeczna akceptacja tatuażu. Pamiętam, że jeszcze w latach 80. stygmatyzował on ludzi z marginesu – pijaków i przestępców. Najczęściej pijanych przestępców. Widywałem takich w dzieciństwie, jak grali w karty nad Wisłą, półnadzy, o ramionach poprzecinanych przez sznyty. Mieli na sobie syreny, kotwice, noże i czaszki siną barwą kłute. Wydawali mi się kimś z innego świata niż ten, do którego miałem szczęście należeć.
Pamiętam, jak w latach 90. kolega wydziarał sobie całe ręce. Mówili o nim „ten z tatuażami”. Ludzie oglądali się za nim na ulicy, a zakonnice przykładały blade dłonie do ust. Dziś tatuaże ma niemal każdy. I bardzo dobrze, bo tatuaże są wspaniałe.

Istnieje masa powodów dla których ludzie się dziarają. W moim przypadku robienie sobie tatuaży jest nieszkodliwym objawem kryzysu wieku średniego. Lepiej malować sobie bzdury na skórze, niż rozbijać się porszakiem z nową kochanką. Cieszy mnie to. Zapałałem nawet nienachalną sympatią do swojego wyglądu. Zarazem jestem zupełnie odporny na mitologię narosłą wokół tatuażu.

Nim zrobiłem sobie pierwszy tatuaż, znajomi mówili mi, że ta operacja boli, jakbym wsadził rękę w ognisko. Doradzili, abym zapalił sobie jointa albo nażarł się ketonalu. Inni, mniej liczni, opowiadali o rozkoszy porównywalnej do orgazmu. Cudownie, pomyślałem sobie. Będę trzymał rękę w ogniu przez pół dnia. Albo doświadczę orgazmu trwającego sześć godzin. Nie wiadomo co gorsze. Do niczego takiego nie doszło. Fizyczne doświadczenie tatuowania się przypomina zanurzenie ręki w krzaku jałowca. Mógłbym przy tym drzemać, gdyby tatuatorzy nie byli tacy cholernie gadatliwi. Nie poczułem i nie czuję żadnej magii ani nawet niezwykłej energii, jaką ponoć daje nowy tatuaż. Siedzę, piszę te słowa, patrzę na niego i czuję się jak zwykle, czyli źle.

Dochodzimy do mojego ulubionego pytania, które pada stanowczo nazbyt często: „Co znaczą twoje tatuaże, Łukasz?”. Nigdy nie wiem, co z nim zrobić. Kluczę, kłamię, domyślam się tego, co rozmówca chciałby usłyszeć. Gdybym odpowiedział zgodnie z prawdą, mógłby się obrazić. A prawda jest taka, że moje tatuaże nic nie znaczą. I cześć. Wyatutowałem sobie czaszkę, bo mi się podobała. Zmieniłem ją na inną, bo projekt nie wyszedł. Wielkie mi rzeczy. Czaszka to czaszka i już.

Wydaje mi się, że pytanie o znaczenie tatuażu wywodzi się z czasów magicznych, kiedy rzeczywiście coś symbolizowały. Na przykład moce szamana, albo siłę wojownika. Ale to już dobiegło końca, nie żyjemy w koczowniczym plemieniu, a w pobliskim lesie nie mieszkają duchy. Zdecydowana większość rzeczy, z którymi stykam się na co dzień, nie znaczy zgoła nic. Ja sam nic nie znaczę, po prostu jestem, aż pewnego dnia przestanę sobie być. Tatuaże mają ładnie wyglądać. To ich jedyna funkcja. Będą trwały tyle, co ja. Takie jest prawo rozkładu.

Łukasz Orbitowski

Pisarz o wielkiej pracowitości i jeszcze większej wyobraźni. Zaczął pisać, żeby zaimponować koleżankom w liceum. Dziś ma w dorobku sześć powieści, w tym „Inna duszę”, nagrodzoną w 2015 roku Paszportem Polityki.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Czemu pytam?

Chcę być informowany/a o odpowiedziach