Home / Felietony  / Łukasz Orbitowski: Smutny felieton o umieraniu

Łukasz Orbitowski: Smutny felieton o umieraniu

Obracam kartki kalendarza, planuję nadchodzący rok, uwzględniając obskakiwanie kolejnych nekropolii. Podchodzę do tego z dystansem i humorem, bo inaczej się nie da. Pękam ze śmiechu na stypach

Felieton Łukasz Orbitowski

O umieraniu i nie tylko/ fot. Pixabay

Jest sylwestrowy poranek. Siedzę w szlafroku, piję kawę i myślę o śmierci

 

Z dramatów utkano moją codzienność

To druga kawa tego ranka. Pierwszą zaniosłem sobie do łóżka (taki wygodny ze mnie misiaczek). Ledwo umościłem tam swoje obolałe ciało, a zjawił się kot, majtnął ogonem i wylał cały kubek na pościel. Natychmiast zaniosłem ją do prania. Pralka nie działa, więc nie mam pojęcia, co z tym wszystkim zrobić. Z takich właśnie dramatów utkano moją codzienność (choć uczciwość każe przyznać, że żadnego kota nie było. Sam rozlałem tę kawę, tylko wstydziłem się do tego przyznać).

Pamiętam, jak wiele lat temu przysiadłem z laptopem w jakiejś kawiarence. Był to dość archaiczny lokal, jeden z tych, gdzie ciągle podają herbatę w szklance z koszyczkiem, stoły przykrywa cerata, a szatniarka ma wąsy. Praca szła fatalnie, bo przy stoliku obok urzędowało  czterech panów. Byli dobrze po sześćdziesiątce, ale piwo wciągali jak przed maturą; do tego opowiadali sobie mnóstwo anegdot i bez przerwy się śmiali. Złościłem się trochę, bo nie mogłem pracować. Z drugiej strony, cieszyłem się bliskością tych starych królów życia, ich luzem i wesołością. Podsłuchiwałem, o czym gadają. W ten sposób poznałem przyczynę tego spotkania. Byli na stypie. Do knajpy zaszli prosto z pogrzebu. Pochowali kumpla ze swojego rocznika. Anegdotki, którymi się przerzucali, dotyczyły właśnie jego. Byłem młody i głupi, więc nie mogłem tego zrozumieć – jak można śmiać się i żartować na stypie? Przecież gdyby przyjaciel mi umarł, nie zdołałbym wykrztusić słowa ze ściśniętego gardła. Tak właśnie myślałem. Dziś jestem stary i głupi, więc już tak nie myślę.

Rozpruł się worek z pogrzebami

W mijającym roku byłem na czterech pogrzebach. Najbliższym zdrowie się sypie, co wróży kolejne. Rok wcześniej zmarli, kolejno, ukochany wujek z dzieciństwa i mój ojciec. Rozpruł się worek z pogrzebami. Gdzie nie spojrzę, to trumna. Obracam kartki kalendarza, planuję nadchodzący rok, uwzględniając obskakiwanie kolejnych nekropolii. Podchodzę do tego z dystansem i humorem, bo inaczej się nie da. Pękam ze śmiechu na stypach.

W ogóle, umieranie innych zmieniło moje życie na lepsze. Mianowicie, zrozumiałem, że chcę cieszyć się życiem, bo przecież w każdej chwili mogę się pożegnać z tym najpiękniejszym ze światów. Mało tego, odejście ojca stawia mnie następnego w kolejce do trumny. Nie ma już pleców, za którymi mógłbym się schronić. Mam czterdzieści dwa lata, więc statystycznie wszedłem w drugą połowę życia. Niby daleko, ale widzę skończoność czasu, którym dysponuję. Zamierzam spędzić go w gronie ludzi, których kocham, na pracy twórczej i dobrej zabawie. Być może istnieją lepsze pomysły. Żaden jednak nie przychodzi mi do głowy.

Jednak pogrzeby się nie skończą. Przez pierwsze czterdzieści lat nie straciłem właściwie nikogo bliskiego. Teraz odchodzą jeden po drugim. Tak już będzie, bo lata lecą, a o dobre zdrowie coraz trudniej. Znam tak wielu ludzi, że na mocy statystyki każdego roku kostucha zabierze paru w nicość. Będę ich żegnał. Te pożegnania wpiszą się w moją codzienność. Nie mam na to ochoty.

Obracam kartki kalendarza, planuję nadchodzący rok, uwzględniając obskakiwanie kolejnych nekropolii. Podchodzę do tego z dystansem i humorem, bo inaczej się nie da. Pękam ze śmiechu na stypach.

 

Wszystko jest czarne albo białe

Rozmawiałem na ten temat z moim przyjacielem, starszym o jakieś piętnaście lat. To mądry człowiek, do tego były wojskowy. Żołnierze postrzegają świat w bardzo specyficzny sposób. Wszystko jest czarne albo białe. Istnieje jedynka albo zero, bez żadnych ułamków. Sam przyzwyczajam się do odcieni szarości i trenuję wyrozumiałość. Ale, kto wie, może tacy ludzie jak mój przyjaciel mają rację? Powiedział, czego nauczyła go śmierć. Otóż odejście rodziców, kumpli, koleżanek niczego tak naprawdę nie zmieniło. Przecież dalej chodzi do pracy, rozwija swoje zainteresowania i pielęgnuje miłość. Słońce wciąż świeci. Miastem jeżdżą tramwaje. Ludzie, którzy robili zakupy w osiedlowym warzywniaku, teraz chodzą do Biedry. Człowiek, bez którego nie wyobrażaliśmy sobie życia zniknął, a wszystko biegnie dalej, po staremu.

Trudno o lepszą lekcję pokory. Przecież ja również umrę. Mam nadzieję, że za parę ładnych dziesięcioleci, niemniej trudno stwierdzić, jak naprawdę z tym umieraniem będzie. To kluczowe z mojego punktu widzenia wydarzenie jest pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Ja jestem tego pozbawiony. Rodzina i przyjaciele po prostu pogodzą się z moją śmiercią i będą żyli dalej. Tak naprawdę nic się nie zmieni.

Jestem jak rozlana kawa i pralka, co się zepsuła.

 

Łukasz Orbitowski

 

Pisarz o wielkiej pracowitości i jeszcze większej wyobraźni. Zaczął pisać, żeby zaimponować koleżankom w liceum. Dziś ma w dorobku sześć powieści, w tym „Inna duszę”, nagrodzoną w 2015 roku Paszportem Polityki.

Oceń artykuł
BRAK KOMENTARZY

SKOMENTUJ, NIE HEJTUJ

Chcę być informowany/a o odpowiedziach